Reklama

Prywatny folwark?

31/07/2012 00:00
Posuwają się za daleko, sieją we wsi coraz większą nienawiść - o strażakach-ochotnikach z Radawnicy mówi jeden z mieszkańców tej miejscowości. - Wieś się przez nich podzieliła, to chora sytuacja - dodaje drugi. Naczelnik OSP Sławomir Łoboda odżegnuje się od tych zarzutów

Stosunki pomiędzy częścią strażaków a częścią mieszkańców wsi od dawna są napięte, nigdy dotąd pretensje nie uderzyły w druhów tak bezpośrednio i z taką mocą jak teraz. Radawniczanie, którzy postanowili naświetlić nam problem wprost mówią o tym, co ich w zachowaniu strażaków-ochotników razi. - Najbardziej boli mnie to, że młodzi po kolei odsuwają starszych wiekiem ludzi – szczerze przyznaje dh Zofia Dudek, dodając, że doskonałym tego przykładem był jubileusz obchodów istnienia jednostki. - Nie zaproszono mnie na 60-lecie, pomimo tego, że tyle lat w straży służyłem – potwierdza jeden z członków, odznaczony jedenastoma medalami strażak z 40-letnim stażem. - Nie prosi się już starszych ani nawet wdów po strażakach – mając na myśli różnego rodzaju uroczystości mówi nasz kolejny rozmówca. Naczelnik Ochotniczej Straży Pożarnej Sławomir Łoboda nie zgadza się z tymi zarzutami. - Jest to absolutnie nieprawda. Wszyscy strażacy informowani są o każdym zebraniu, każdym szkoleniu, a tym bardziej uroczystości – odpowiada krótko.
[[reklama]]
Prywaciarze?

Części mieszkańców wsi nie podoba się panujący w straży układ i kumoterstwo. Jak opowiadają, od kiedy jednostce szefuje S. Łoboda stworzyła się grupka czterech, pięciu osób, które nie liczą się z pozostałymi druhami. Między innymi z tego powodu grono strażaków systematycznie ma się uszczuplać. - Są młodzi, którzy chcą wstąpić do straży, ale zrobią to tylko wtedy, gdy się zmieni naczelnik – wyjaśnia jeden z naszych rozmówców. Osobom, które zabrały głos nie podoba się również fakt, że grupka strażaków, o których mowa, o jakimkolwiek wyjeździe powiadamia siebie telefonicznie, inni mają więc kłopot, by pojechać do akcji. Mało tego, podobno często wskakują oni do wozu pod wpływem alkoholu. - Jeżdżą pijani do akcji i to mi się nie podoba – otwarcie mówi Adam Czepulonis. - Nie będę nic mówił, bo nie chcę po głowie dostać – mniej dosłownie na pytanie, czy to prawda, odpowiada inny nasz rozmówca. - To nie jest prywatna straż, choć tak się niektórym wydaje – tłumaczy A. Czepulonis. Podobnego zdania jest Z. Dudek. - Nie może tak być, że ważnych jest kilku, reszta strażaków się nie liczy – mówi. - Wyróżniani są Ci, którzy się za dużo nie odzywają. Ja dużo mówię i to się im nie podoba, jestem dla nich niewygodny – A. Czepulonis w ten sposób przedstawia sprawę. - Normalnie cyrk – podsumowuje mężczyzna chcący zachować anonimowość.

Jak do tych zarzutów ustosunkowuje się S. Łoboda? - To absolutnie nie jest straż prywatna. Może kogoś razi, że ja w pewnych kwestiach decyduję, ale dzieje się tak m.in. z tego względu, że jestem naczelnikiem i członkiem zarządu jednocześnie. Jeżeli ktoś zasiada w zarządzie to ma więcej do powiedzenia niż zwykły członek – referuje. W kwestii obsadzania wyjazdów tymi samymi osobami: - Po pierwsze mamy ograniczoną liczbę osób, które posiadają badania, po drugie odbywa się to w ten sposób: wyje syrena i przybiegają strażacy. Cały czas widzę tych samych. Zdarzają się wyjazdy, np. do owadów błonkoskrzydłych, o których informuje nas Złotów – wtedy nie włącza się syreny. Z doświadczenia wiem, jak to jest. Dzwonię do jednego – nie może, dzwonię do drugiego – nie może. Po iluś tam razach dzwonię do tych, którzy są dyspozycyjni i mogą wyjechać. Jasne, że owady to nie wypadek, nie pożar, ale musimy reagować szybko. Trzeba wyjechać już, a nie za godzinę – wyjaśnia naczelnik.

Jeden z naszych rozmówców, przygotowany na taką odpowiedź, już wcześniej powiedział, że faktycznie zdarzyło się, że do akcji nie mógł jechać, ale nie jest to powód, by sądzić, że sytuacja zawsze będzie się miała podobnie.
[[reklama]]
W kwestii rezygnacji młodych S. Łoboda upatruje przyczyn w czarnym PR. - Jest to tak, że pewna grupa ludzi, która nas nie lubi, robi nam pod górkę. Nie wiem dlaczego. Może uważają, że straż jest niepotrzebna? - zastanawia się. - Jesteśmy na nowych członków otwarci. Jeśli ktoś chce się przyjąć, zobaczyć sprzęt, nie ma problemu – mówi. - Działamy społecznie, tracimy swój własny czas, a robi nam się problemy – podsumowuje. - Zawsze znajdzie się ktoś, komu coś nie pasuje – twierdzi jeden ze strażaków. - Działamy prężnie. Jest nas kilkunastu członków, którzy się dogadują. Nie ma spięć – wyjaśnia inny. Nie wszyscy są jednak tego samego zdania. Według jednego z naszych rozmówców silne związki nie są wynikiem przyjacielskich relacji lecz pozastrażackich zależności.

W kwestii alkoholu naczelnik przyjmuje jednoznaczne stanowisko. - Nie spotkałem się z taką sytuacją. - Jeśli ktoś stawia taki zarzut, niech pokaże palcem – dodaje, mając na myśli zapewne wskazanie konkretnych osób. - Zdarzyło się, że na dźwięk syreny przybiegła osoba nietrzeźwa. Nie zabraliśmy jej na akcję, staramy się takie zachowania eliminować – przekonuje druh, który woli pozostać anonimowy. - Nikt nigdy nikogo za rękę nie złapał. Przy mnie nikt pijany nie jechał – twierdzi inny strażak. - Jeśli ktoś jest pijany to trzeba dzwonić po odpowiednie służby – instruuje komendant gminny OSP Roman Głyżewski – takie zajścia są niedopuszczalne.
[[nowa_strona]]
Podzieleni

Sprawa strażaków poróżniła wieś i szczerze przyznają to jej mieszkańcy. Jedni mówią o druhach pozytywnie, drudzy negatywnie, jeszcze inni w ogóle nie chcą się wypowiadać. - Posuwają się za daleko, sieją we wsi coraz większą nienawiść – mówi o strażakach jeden z mieszkańców Radawnicy. - To chora sytuacja – twierdzi drugi. Nie podoba mi się to. Jest zamęt, brakuje zaufania – przyznaje następny - Były spięcia o świetlicę – mówi jeden z druhów – ale ją oddaliśmy. Przypomnijmy, świetlica została przekazana w użytkowanie na czas kadencji urzędującego sołtysa. - Strażacy idą na każde zawołanie. Jeszcze nikomu nie odmówiliśmy – opowiada następny, wyjaśniając, że przygotowują pokazy z okazji dnia dziecka, święta szkoły itd. - Ja osobiście nie słyszę żadnych zarzutów, ktoś pokątnie rozsiewa plotki – twierdzi S. Łoboda. - Z księdzem współpraca układa nam się dobrze, ze szkołami i sąsiednimi miejscowościami również. Byliśmy ostatnio w Józefowie, we Franciszkowie, wcześniej robiliśmy piękny pokaz w Radawnicy – wylicza. - Współpracujemy ze wszystkimi organizacjami, które tylko poproszą nas o pomoc.
[[reklama]]
Według części radawniczan wiele do życzenia pozostawia też sprawność fizyczna strażaków. - Kiedyś ćwiczenia rozpoczynały się długo przed zawodami, teraz prawie wcale nie ćwiczą. W zeszłym roku mieli gorszy czas niż młodziczki. Normalnie wstyd – opowiada radawniczanin. - To jakiś absurd, zarzut bez podstawy. Przed każdymi zawodami gminnymi ćwiczymy. Jeśli ktoś tego nie widzi to zapraszam na plac za remizą, niech sobie popatrzy – krótko odpowiada S. Łoboda.

Kondycja to jedno, kiepska organizacja i dbałość o sprzęt – to drugie. Według części naszych rozmówców kłopoty ze sprzętem wynikające z nieumiejętnego użytkowania i lekceważenie zaleceń to norma. Efekt? Kilkukrotnie przegrzany silnik, motopompa bez paliwa – lista zarzutów jest dłuższa. Zdaniem radawniczan zdarzyła się sytuacja, kiedy nowe auto nie wyjechało do akcji i trzeba było się posiłkować starym. - Stary wóz był jeszcze w podziale bojowym, nowy już mieliśmy, ale nie uzbrojony do końca. Na śmiech byśmy pojechali autem bez uzbrojenia. Zresztą nie był jeszcze wprowadzony do podziału – tłumaczy S. Łoboda, dodając, że nowe auto nie wyjechało do akcji z przyczyn formalnych.

Przepraszam, czy tu biją?

Nasi rozmówcy zarzucają też strażakom zbytnią krewkość – potyczki słowne, a nawet rękoczyny. Połamane żebra, złamana ręka – w ten sposób ze spotkania z dwoma strażakami wyszedł Z. Dudek. - Straciłem przytomność – opowiada, jego żona pokazuje nam ślady po kopniakach, które zostały na galowym mundurze. Do zdarzenia doszło w maju, po dniu strażaka. Sprawa została zgłoszona na policję, Z. Dudkowi – jako że ten chciał załatwić sprawę ugodowo – obiecano wówczas, że w niedługim czasie w Radawnicy zjawi się dzielnicowy. Dzielnicowy się nie pojawił, a kiedy nasz rozmówca udał się na komendę, by wyjaśnić zwłokę, okazało się, że żadnego zgłoszenia nie ma. Trzeba je było złożyć jeszcze raz. Niedawno umorzono postępowanie – w uzasadnieniu wyjaśniono, że brak jest wystarczających dowodów, że Z. Dudka pobito. - Wiarygodność podejrzanych jest większa – nasz rozmówca w ten sposób odbiera tę sprawę. Przyznaje, że w trakcie zdarzenia, podobnie jak dwaj strażacy, którzy mieli go pobić, był pod wpływem alkoholu, więc nie jest w stanie stwierdzić kto jakie ciosy mu zadawał, jest pewien jednak, że całe zdarzenie to nie fatamorgana. - Strażacy to dorośli ludzie. Na zebraniu do żadnego zajścia nie doszło, a przecież nie mogę egzekwować zachowań w życiu prywatnym – do sytuacji odnosi się naczelnik radawnickiej jednostki. - Strażak powinien człowiekowi służyć, a tu jest odwrotnie – podsumowuje Z. Dudek. – To nie są strażacy, dla nich się już nic nie liczy, nie cofają się przed niczym – twierdzi jego żona Zofia.
[[reklama]]
Czekają na reakcję

Radawniczanie, z którymi rozmawialiśmy, zastanawiają się, dlaczego R. Głyżewski nigdy nie zareagował, pomimo iż wiedział, jak wygląda sytuacja w miejscowej jednostce. Jak mówi jeden z naszych rozmówców, nie raz mu o wszystkim opowiadał. - Jednostka ma do akcji wyjechać i to jest najważniejsze. Nie będę wnikał w sąsiedzkie sprawy. Tu podłoże jest prywatne i ja w to nie wchodzę, a organizacyjnych zarzutów nie ma – wyjaśnia komendant gminny, dodając, że żadna oficjalna skarga do niego nie dotarła.

Patrycja Koplin

Foto:www.sxc.hu
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama