Reklama

Przewoźnik dusz

03/08/2015 08:00
Latem wypoczywa u rodziców w Zakrzewie, w ciągu roku sprawuje posługę kapłańską w Bydgoszczy. Jest m.in. kapelanem na oddziale onkologicznym dla dzieci. O bliskim obcowaniu ze śmiercią z ks. Dariuszem Okońskim rozmawia Piotr Steffen

Sam zdecydował się Ksiądz na taki charakter posługi?


Nie decydowałem o tym, przydzielono mi rolę kapelana szpitala dziecięcego.


Czuł się Ksiądz gotowy na takie wyzwanie?


Kapelanem jestem trzynaście lat i przyznaję, że dotykały mnie bardzo trudne momenty. Przez lata doświadczeń zauważyłem jednak, że gdy czułem się dobrze względem mojego sumienia, kiedy moje wnętrze było w porządku, potrafiłem radzić sobie z otaczającą rzeczywistością. Siłę zawsze odnajduję w wierze i modlitwie. Tylko w taki sposób można wypełnić siebie dobrą, pożyteczną treścią, którą możemy dzielić się z innymi. Zwłaszcza z tymi, którzy są w tak trudnych sytuacjach.

Reklama


Ciągle znajduje się Ksiądz w pobliżu śmierci.


Taka jest moja kapłańska droga. Rzeczywiście miejsca, w których przebywam, są specyficzne. Pewnie dlatego dochodzi w nich do niepowtarzalnych relacji, tworzy się wyjątkowy ekosystem, gdzie w relacji z chorym pacjentem człowiek wędruje poza szpital. Jeśli trzeba, wsiadam w samochód i np. jadę do rodziny dziewczynki, która zmarła dziesięć lat temu. Jej bliscy traktują mnie jak przyjaciela. Podobnie jest z rodziną młodego chłopaka, którego pochowano krótko po tym, jak skończył osiemnaście lat. To było zaledwie kilka tygodni temu. Pojechałem do niego do domu, żeby w chwili, kiedy było wiadomo, że nic nie uda się już zrobić, odprawić mszę. Dotarłem tuż po jego śmierci. Przy nim chciałem odprawić mszę, dlatego poproszono o możliwość przygotowania ciała. Poszedłem więc piętro wyżej, żeby wypić kawę. Przyłączył się do mnie cały korowód osób, bliskich i znajomych chłopca, którzy chcieli skorzystać z sakramentu spowiedzi. Bardzo to przeżyłem. Ta sytuacja była spełnieniem mojej kapłańskiej tożsamości. Tego, że w kontekście tej bolesnej sytuacji, cierpienia tych osób, mogłem ofiarować tym ludziom łaskę uświęcającą.

Reklama


Ma Ksiądz poczucie, że takie kapłaństwo, z racji tych dodatkowych obowiązków, jest bardziej wartościowe niż tradycyjne – powiedzmy gdzieś w wiejskiej parafii. Mówiąc kolokwialnie, czy ma Ksiądz poczucie, że wykonuje lepszy kawał roboty?


Dawniej być może pojawiała się we mnie pokusa takiego wartościowania, ale szybko zdałem sobie sprawę, że porównywanie jest bezcelowe. Ta posługa nie jest powodem do dumy, a wyłącznie do radości. Chociażby z tego, że mogę być bardziej człowiekiem, także sam dla siebie, we własnych oczach. Nie kuszę się na takie porównania, bo każda droga kapłańska jest inna i wyjątkowa. Każdy ma predyspozycje do innych zadań.

Reklama


Jakie Ksiądz ma predyspozycje do swojej posługi wśród chorych, często niestety umierających dzieci?


Głównie uwarunkowania psychiczne. Przy czym tu nie chodzi o to, że psychika jest silna. Bardziej chodzi o wiarę. Jestem przekonany, że gdybym nie wierzył, nie dałbym rady. Usłyszałem kiedyś, że popracuję tak trzy lata i koniec, bo więcej się nie da. Sam dziwię się czasami, że wytrwałem trzynaście lat.


Rutyna?


Czasami zadaję sobie to pytanie, ale chyba jej nie ma, skoro w wielu sytuacjach wciąż płaczę.

Reklama


Zdarzało się, że wątpił Ksiądz w swoją posługę – w to, że potrafi dać należne wsparcie tym, którzy w chorobie szczególnie tego potrzebują?


Oczywiście. Ale skoro dalej to robię, znaczy, że chyba wywiązuję się z tego we właściwy sposób. Zdarzały się momenty rozważań nad zmianą charakteru posługi. Czasami takie przemyślenia trwały dzień, dwa, ale te chwile były niczym w porównaniu z radosnymi twarzami maluchów. W jednym uśmiechu schorowanego dziecka jest ogromne antidotum na wszystko.


Potrafi Ksiądz znaleźć w posłudze tak bliskiej ludzkiego bólu i cierpienia cokolwiek pozytywnego?

Reklama


Mimo wszystko są takie aspekty naszych doświadczeń z chorobą, a jedną z nich jest to, że nagle zaczynamy cieszyć się prostymi rzeczami, do których na co dzień większość podchodzi w przelocie. Ludzie ściągają nagle maski i okazuje się, że ich największym pragnieniem jest życie i jego właściwe pielęgnowanie. Niestety, w codzienności tracimy zbyt wiele czasu na sprawy nieistotne, co najczęściej wynika z tego, że mamy zbyt dobrze i nawet tego nie czujemy, nie rozumiemy. Wielu ludzi ma zapewnione wszystko, co niezbędne do życia, a ich problem polega jedynie na tym, jak zapewnić sobie luksus. Osoby, które zmagają się ze śmiertelną chorobą funkcjonują w innej rzeczywistości, są na innym poziomie świadomości.


Dużo czasu poświęca Ksiądz na wizyty na oddziałach?

Reklama


To nie jedyne moje obowiązki, bo mam też 20 godzin katechezy w technikum, 6 godzin zajęć w przedszkolach, a między chorymi często przebywam już w czasie wolnym, od poniedziałku do czwartku. Odwiedzam też szpital psychiatryczny z dorosłymi, gdzie spotykam się z ludźmi uzależnionymi. Na oddziale onkologicznym jest czterdzieścioro dzieci. Najmłodsze mają dwa, trzy lata. Takie maluchy już mnie rozpoznają.


Kim jest Ksiądz dla tych dzieci i ich rodziców?


Nie powiem, że jestem terapeutą, bo to nie będzie zgodne z prawdą. Nie jestem też psychologiem ani psychiatrą. Przede wszystkim jestem człowiekiem, a jeśli mam już przypisywać sobie jakąś rolę, to mogę powiedzieć, że jestem służącym. We wszelkich możliwych wymiarach. Bo kapłan przede wszystkim ma służyć. Na oddziale jestem po prostu Darkiem. Do dyspozycji innych niemal przez całą dobę, bo nawet gdy nie ma mnie na oddziale, kontaktujemy się przez internet czy telefonicznie.

Reklama


Czuje Ksiądz lęk przed tymi trudnymi sytuacjami i relacjami?


To nie jest lęk. Nie boję się śmierci.


Swojej czy obcowania ze śmiercią innych?


Jej stałej obecności w miejscu, w którym przebywam z chorymi dziećmi. Poprzez zdarzenia wynikające z bliskości z osobami, które przeprowadzam na drugą stronę, również często sobie zadaję pytanie o swoją śmierć. Zastanawiam się nad tym, jak przyjąłbym na siebie takie cierpienie. Nie ma sensu odpowiadanie na takie pytania, bo to zawsze będzie tylko teoretyzowanie, którego nie da się w żaden sposób porównać z rzeczywistością. To jest możliwie do przeżycia jedynie w indywidualnej, granicznej sytuacji.

Reklama


Natomiast mam lęk przed czymś innym. O to, czy zrobiłem wszystko co mogłem od strony duchowej, żeby wesprzeć pacjenta w jego odchodzeniu z tej rzeczywistości do tej ważniejszej. Czasami mam wrażenie, że pacjenci „uciekają mi”. Była pewna dziewczyna, którą chciałem pojednać z Jezusem. Nie udawało mi się. Przed jej przeszczepem szpiku kostnego wszedłem do śluzy i zauważyłem, że zaczęła płakać. Wycofałem się. Ale dzisiaj wiem, że płacz oznacza gotowość do przyjęcia Chrystusa. Bardzo często jest tak, że łzy oznaczają, że następuje oczyszczenie i że człowiek ma pragnienie spotkania się na zupełnie innym poziomie. Po tej operacji dziewczyna zapadła w śpiączkę, po jakimś czasie przebudziła się na oddziale intensywnej opieki medycznej. To, co wtedy się stało, było jednym z najpiękniejszych doświadczeń na drodze mojego kapłaństwa. To był moment, w którym dziewczyna, która zawsze była na NIE, przyjęła wszystkie sakramenty, po czym podniosła rękę, pogładziła mnie po poliku... (oczy księdza Darka wyraźnie wilgotnieją). Ona już nie żyje, ale mam poczucie, że odpowiedziałem na jej potrzebę, która była ukryta, a której symptomy zobaczyłem, gdy przed operacją pierwszy raz zobaczyłem ją płaczącą.


Większość pacjentów, często przecież balansujących na granicy życia i śmierci, żyje w dobrych relacjach z Bogiem?

Reklama


Oddział jest wizytówką rzeczywistości. Widać niewierzących, ludzi skłóconych z Bogiem, obojętnych, a czasami głęboko wierzących. Najpiękniejsze momenty w szpitalach są wtedy, kiedy wieczorową porą wycisza się personel medyczny, a rodzice siadają ze sobą i zaczynają dyskutować. To jest największe wzajemne wsparcie, jakiego możemy doświadczyć na oddziale. Najwspanialsze w tym wszystkim są oczywiście dzieci. Dlatego najtrudniej jest wtedy, gdy śmierć rozdziela zawiązane tam między nimi przyjaźnie

.
Po tych trzynastu latach ma Ksiądz refleksję o tym, czy bardziej jest potrzebny tym, którzy odchodzą, czy tym, którzy zostają?

Reklama


Różnie. Generalizowanie nie ma sensu, bo każda sytuacja jest wyjątkowa. Zdarza się, że fantastyczna relacja z rodzicami pojawia się jeszcze w trakcie choroby dziecka, a czasami dopiero po jego śmierci.


Ci, którzy zostają, z reguły z tym sobie radzą?


Nie. Niektóre przypadki są skrajnie trudne, są ludzie, którzy nie podnoszą się po takich doświadczeniach. Wykazują brak chęci walki o swoje życie.


Jak Bóg osądzi taką postawę?


Absolutnie nie czuję się godnym do tego, by jakkolwiek to oceniać. Gdy staję przed takimi sytuacjami, gdy widzę tych zrozpaczonych ludzi, boję się być moralnym decydentem. Mogę jedynie powierzyć to wszystko Bogu, wierząc, że jest nieskończoną miłością.


Czuje Ksiądz obowiązek walki o te osoby?


Tutaj „prawo” się zawiesza. To jest wyłącznie pragnienie serca.


Niemoc także Księdza rozkłada na łopatki?


Czasami muszę się z nią pogodzić. Bezradność jest niestety naszym nieodłącznym towarzyszem. Ale i ona jest fragmentem życia, który się w nie wkomponowuje. Bezradność także ma swoje zalety. Przypomina człowiekowi, w jakim znajduje się miejscu. Że nie na wszystko ma się wpływ, wciskając określone guziki. Bezradność sprawia, że w pewnym momencie dociera w końcu do nas poczucie, że więcej nie możemy i komuś po prostu trzeba zawierzyć i zaufać.


Często zadaje Ksiądz sobie pytanie, dlaczego tak bolesny los doświadcza dzieci?


Przemijanie jest tak naturalną rzeczą, jak rodzenie się, oddychanie i jedzenie. Istotą nie jest, żebyśmy żyli ileś lat, ale żebyśmy dobrze przeżyli czas, jaki mamy. Nam trudno to zrozumieć i pojąć, ale taka jest prawda. Ktoś może żyć tylko dziesięć lat, ale przez ten czas może zrobić znacznie więcej niż ktoś, kto dożyje sędziwej starości. Jeżeli ktoś pyta mnie, dlaczego jego dziecko zachorowało, ja mogę oczywiście powiedzieć, np. pokazując mapę, że są ogniska zachorowalności, bo tu przez lata w ziemi leżało paliwo lotnicze, tam były zakłady azotowe czy dlatego, że spożywamy przetwarzaną żywność. Jednak nie to jest sensem pytania i odpowiedzi. Sensem nie jest życie doczesne.


Skoro śmierć, przemijanie są tak oczywiste, naturalne, jak wiele innych aspektów życia, to czy aby na pewno jest w tym wszystkim miejsce na Boga?


Gdybym w tym wszystkim nie widział Boga, nic bym nie widział. Wiem, że cuda nie są potrzebne tym, którzy wierzą, a ci, którzy w Boga nie wierzą, w cuda też nie uwierzą. Ale widziałem rzeczy, które wyrastają poza nasze wyobrażenia. Bóg nadaje sens życiu nie dlatego, że ma ono trwać ileś lat, ale dlatego, że jest perspektywa, która wiąże się z tym, czego ani oko nie widziało, ani ucho nie słyszało.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama