Reklama

Przystanek Alaska - Ameryka oczami Łukasza Gmurczyka

07/02/2018 18:00
Północ Ameryki oszczędziła złotowianinowi zimna, z którego słynie. Pracował na polu golfowym, nauczył się łapać łososie, wybrał się setki kilometrów na stopa z nadzieją, że nie spotka niedźwiedzi

Ameryka, wyjątkowe miejsce – kontynent, który wielu przynajmniej raz w życiu chciałoby zobaczyć. Wśród mieszkańców naszego powiatu również są tacy, którzy spędzili tam dłuższy czas. Wyjazd nie ograniczył się do wakacyjnego wojażu, ale stanowił kilkumiesięczną, a nawet liczoną w latach część życia. Jaka była i jest Ameryka ich oczami?

Te miśki wchodzą na drzewa

Kilka lat temu Łukasz Gmurczyk skorzystał z możliwości, jaką mają studenci i w ramach stażu wybrał się na blisko pół roku na Alaskę. Nie dlatego, że chciał doświadczyć zimna. Marzyła mu się praca na polu golfowym, a tam była ku temu okazja. Wcześniej starał się o taką możliwość w Holandii, ale się nie udało. Wyszło za to w miejscu oddalonym od rodzinnego Złotowa o kilka tysięcy kilometrów.

Reklama

W sumie nie było trudno. Wystarczyło zapłacić za wizę, postarać się o dokumenty, przedstawić zaświadczenie o niekaralności i wykazać się znajomością angielskiego w stopniu komunikatywnym. Nawet niekoniecznie, bo jeden z kolegów, który z nami wyjechał, kompletnie nie znał języka. Nauczyliśmy go kilku najpopularniejszych zwrotów, wcześniej sprawdziliśmy w internecie, jakie najczęściej pojawiają się podczas testów w konsulacie i wystarczyło.

W każdym mieście, gdzie byliśmy danego dnia, kupowałem miejscową gazetę. Po przyjeździe pierwsze strony każdej z nich oprawiłem w ramki. Dzięki temu wciąż wiem, gdzie byłem danego dnia – mówi Ł. Gmurczyk

Reklama

Grupa studentów trafiła na pole golfowe pod Anchorage.

Spodobało mi się od razu po przylocie, od pierwszej rozmowy z jednym z miejscowych. Siedział na przystanku, gdzie czekałem na autobus i mówił, że zgubił żonę. Oznajmił, że spotkają się chyba dopiero w domu, gdzie dotrze na stopa. Kilkaset kilometrów dalej

– wtedy złotowianin nie wiedział jeszcze, że za kilka tygodni czeka go podobna wyprawa. Wcześniej sporo podróżował już w taki sposób, również po Europie, ale nigdy w taki warunkach jak na północy Ameryki.

Reklama

Mężczyzna przestrzegł mnie tylko, żebym uważał na Alasce, bo czarne niedźwiedzie, w przeciwieństwie do białych, potrafią wchodzić na drzewa.


Czytasz artykuł premium. Pozostało jeszcze 92% tekstu
Zostań stałym Czytelnikiem.
Zaloguj się i subskrybuj wszystkie treści portalu [[pay]]

Złotowski ślad

Przez blisko pięć miesięcy pobytu Łukasz nie doświadczył tak surowego klimatu, do jakiego Alaska przyzwyczaiła za sprawą kina czy telewizji.

Trafiłem na najcieplejsze lato od wielu lat. Poza tym nie była to część Alaski, w której o tej porze roku jest najzimniej. Zdarzały się dni, kiedy temperatura powietrza wynosiła nawet ponad 20 stopni. Najzimniej było w okolicach 3–4 stopni, kiedy wybrałem się do Fairbansk. Wiały za to bardzo silne wiatry. Znajomi trafili bardziej na północ, opowiadali, że tam rzeczywiście było mroźno. To była już typowa tamtejsza dzicz. Jeździły tam wyłącznie ciężarowe transporty z ropą naftową i innymi materiałami.

Reklama

Grupa, z którą Łukasz mieszkał przez kilka miesięcy składała się nie tylko z Polaków. Byli w niej Czesi, a także Serb z Bośniakiem.

Amerykanie jakby nie wiedzieli o wojnie na Bałkanach. Już po dwóch tygodniach między chłopakami zaczęło kipieć

– przyznaje złotowianin.

Już w pierwszych dniach pobytu zauważyłem, że był tam lokal z sieci Sicily’s Pizza. Pracowałem już kiedyś w takim, postanowiłem, że tam dorobię sobie na upragniony wtedy komputer

– tam Łukasz poznał Adama, Polaka, którego brat mieszkał w… Złotowie.

Reklama

Po pracy na łososie

Dorabiałem tam przez pierwszy miesiąc. To były ciężkie tygodnie. W tym lokalu pracowałem od godziny piętnastej do pierwszej w nocy, spałem dwie godziny i na trzecią w nocy szedłem do tej wymarzonej pracy na polu golfowym, gdzie mieliśmy zajęcie do południa. Wtedy znowu trochę snu i na piętnastą na zmywak do lokalu

– wspomina Łukasz.

Pole golfowe było pięknie położone. Przy dobrej pogodzie widoczny był McKinley

– złotowianin mówi o najwyższym szczycie Alaski, od 2015 roku noszącego nazwę Denali.

To w ogóle piękne tereny. Anchorage otoczone jest górami, było wiele możliwości spacerowania, organizowania górskich wycieczek i oczywiście wędkowania.

Reklama

Łowienie łososia to trudne wyzwanie, ale Łukasz może się pochwalić sukcesem (archiwum Łukasza Gmurczyka)

Gdy pierwszy miesiąc minął, system pracy na polu golfowym gwarantował wolny czas przez pozostałą część dnia.

Zaczynaliśmy już o trzeciej w nocy, ponieważ pierwsi gracze pojawiali się na polu już od szóstej rano. Do tego czasu kosiliśmy trawę, a później były dodatkowe zajęcia, które nie przeszkadzały w graniu: czyszczenie zalesienia, krzewów, serwis maszyn, porządki w magazynie czy warsztacie. Bez jeżdżących kosiarek nie byłoby możliwości obrobienia tych wszystkich hektarów w tak szybkim czasie. Tym bardziej, że pole było zróżnicowane na trzy strefy z odmienną długością trawy

Reklama

– opisuje.

W wolnych chwilach Łukasz wiele czasu spędzał z Adamem – bratem złotowianina.

Często zabierał mnie w różne miejsca, najczęściej wędkowaliśmy, co było jego wielką pasją. Oczywiście najczęściej na łososia. Nauczył mnie filetować je i wędzić. No i łowić

– Łukasz przyznaje, że poznany na Alasce Polak stał się dla niego swego rodzaju przewodnikiem.

Niesamowity gość, człowiek wielkiego serca. Był dużo starszy ode mnie, w pewnym sensie zastąpił mi ojca, którego straciłem. W sumie obaj byliśmy dla siebie dużym wsparciem. Bardzo żałuję, że straciliśmy później kontakt. Mam nadzieję, że uda się go odzyskać.

Reklama

Technika na rybę

Łowienie łososi to nie taka prosta sprawa. Dwie podstawowe techniki to z wody i z klifu. Z wody, gdy stoi się po pas w rzece, w taki sposób udało mi się coś złapać. Z klifu, gdy stoi się kilka metrów nad ziemią, nie złowiłem ani jednej sztuki. Trzeba opanować zarzucanie i kręcenie kołowrotkiem w odpowiednim momencie. Żeby to było możliwe, trzeba umiejętnie obserwować ławice. Japończycy kupowali w tym celu specjalne okulary z antyrefleksami. Ponoć kosztowały dużo pieniędzy. Kluczowe jest zarzucanie, musi być o tyle wcześniej przed ławicą, żeby nie skręciła albo żeby się nie rozproszyła

– wyjaśnia nasz rozmówca.

Reklama

Wędkowanie na Alasce nie jest też do końca bezpieczne.

Trzeba uważać na niedźwiedzie, które mają znakomity węch. Wiadomo, że złowione ryby wyrzucało się na brzeg czy do wiadra. Gdy się zbliżały niedźwiedzie, lepiej było je zostawić i poszukać nowego łowiska. Wtedy ponoć nie atakują ludzi, chodzi im tylko o ryby.

Małego niedźwiedzia Łukasz miał okazję widzieć zaledwie z odległości około dziesięciu metrów.

Paradoksalnie nie było to nad rzeką, a na polu golfowym w trakcie pracy. Był mały, ale bałem się, co widać zresztą na zamazanym ze strachu zdjęciu. Nie było gwarancji, czy w pobliżu nie ma gdzieś dorosłej sztuki. Tam w ogóle trzeba uważać na niedźwiedzie, nawet w mieście. Te zwierzęta bardzo odważnie podchodzą pod domy, zwłaszcza wieczorami, kiedy grzebią w śmietnikach. Nawet wychodząc na papierosa na chwilę trzeba było obserwować otoczenie.

Reklama

Halibut Cove - jedno z miejsc jakie Łukasz zwiedził w trakcie kilkumiesięcznego pobytu na Alasce (archiwum Łukasza Gmurczyka)

Listy zamiast komórek

Lęk przed tymi potężnymi zwierzętami najbardziej udzielił się Łukaszowi w trakcie wspomnianej na początku wyprawy stopem. Już wyjeżdżając na Alaskę wiedział, że musi zobaczyć Fairbanks, niewielkie miasto oddalone od Anchorage o ponad 600 kilometrów.

To była wyprawa prostą, asfaltową drogą, która w całości prowadziła przez lasy. Są odcinki, że lokale czy stacje oddalone są od siebie o 100–200 kilometrów. Wtedy rzeczywiście czułem lęk. Po pierwsze przez te niedźwiedzie, po drugie przez tabliczkę, na której miałem napisane, gdzie jadę. Miejscowi mają tam zwyczaj strzelania do znaków drogowych, ćwiczą w ten sposób celność. Gdy szedłem faktycznie widziałem w znakach dziury po kulach. Gdy jechało auto nie trzymałem tych tabliczek przed sobą, tylko w wyciągniętej obok ręce.

Pierwsza zatrzymała się młoda kobieta. Tylko po to, żeby poinformować podróżnika, że jest chyba nienormalny, że w taką trasę wybiera się na stopa. Zatrzymaniu kolejnego samochodu również towarzyszyło wielkie zdziwienie. Od kierowcy i pasażera chłopak usłyszał: „hi Lucas!” Okazało się, że byli to rodzice dziewczyny, pół eskimoski, którą Łukasz poznał w Anchorage. Na nieszczęście podwieźli go jedynie kawałek, po tym jak wysiadł, przez kolejne dwie godziny nie widział na drodze żadnego samochodu.

Tam to w sumie normalka. Samochód co kilkadziesiąt minut to czasami luksus. Niekiedy nie jadą godzinami

– Łukasz zaliczył tak długie postoje, naokoło tylko las i ani żywej duszy. W głowie zaś jedynie wizja nadchodzącego zmroku i mogących pojawić się w każdej chwili zwierząt. 

W końcu poratował mnie kierowca ciężarówki. Gdy mnie zabrał, dowiózł mnie już do Fairbanks. Po drodze pomogłem mu jeszcze rozładować ziemniaki w jednym miejscu. Swoją drogą mają tam ciekawy zwyczaj. Tam nie ma zasięgu telefonii komórkowej, więc przy zabudowaniach ludzie stawiają skrzynki, w których jest kartka i ołówek. Tam zostawiają sobie wszelkie informacje: np., „będę wracał za kilka dni”

– podróż Łukasza w jedną tylko stronę rozciągnięta była na dwie doby.

Powrót był bardziej zabawny, choć też były momenty, że maszerowałem samotnie przez trzy, cztery godziny. W końcu zabrało mnie dwóch chłopaków, którzy przyjechali na Alaskę z Nowego Jorku. Najpierw mnie nie zabrali, dopiero po kilkunastu minutach i wymianie zdań między sobą, cofnęli się po mnie

– wspomina z uśmiechem. Po drodze zatrzymali się na posiłek w niewielkiej knajpie.

Skończyło się na tym, że wszyscy kosztowaliśmy regionalne napoje alkoholowe i musieliśmy zostać na noc. Knajpa nie była szczególnie oblegana, była na totalnym odludziu.

Okładki na pamiątkę

Cztery miesiące na Alasce upłynęły bardzo szybko. Nie był to koniec wyjazdu, tradycją studenckich staży jest to, że ich ostatnie tygodnie to czas, jaki można przeznaczyć na zwiedzanie. Grupa wybrała się m.in. na kilka dni na Hawaje. – Było tam bardzo dużo napływowej ludności. Podobnie zresztą jak na Alasce, gdzie najwięcej było Meksykan. Przyjeżdżali, brali śluby i rozstawali. Wszystko po to, żeby otrzymać zielone karty i mieć zapewniony bezpieczny pobyt – opowiada o często stosowanym sposobie na legalny pobyt w USA.

Grupa Łukasza zaliczyła jeszcze Seattle, drogę 66, a później rozpoczęła 2,5–tygodniową podróż wzdłuż wschodniego wybrzeża. – Wynajęliśmy busa i spędziliśmy tak te kilkanaście dni. Jechaliśmy nocami, a w dzień zwiedzaliśmy. Kiedy i gdzie się dało spaliśmy, nocą na parkingach również, choć to akurat w USA jest zabronione. Zaczęliśmy od Chicago, dalej było Detroit, Boston, Nowy Jork, Filadelfia, Waszyngton, Atlanta, Panama City, cała Floryda, aż do najdalej oddalonego punktu lądu, czyli Key West. W trakcie naszego objazdu rozpoczynał się już sezon NBA, udało nam się być na dwóch meczach, w Orlando i Memphis, grali Memphis z Huston Rockets i Orlando z Milwaukee Bucks. Nie było żadnego problemu z biletami.

Jak najwięcej zarobionych pieniędzy Łukasz chciał przywieźć do Polski, dlatego oszczędzał nawet na pamiątkach.

Wpadłem na fajny pomysł. W każdym mieście, gdzie byliśmy danego dnia, kupowałem miejscową gazetę. Po przyjeździe pierwsze strony każdej z nich oprawiłem w ramki, które do dzisiaj wiszą w moim pokoju. Dzięki temu wciąż wiem, gdzie byłem danego dnia

– złotowianin przyznaje, że szczególnie miejsce znajduje wśród tych okładek kopia hawajskiego wydania gazety z 1941 roku informującej o ataku na Pearl Harbor. Na głównym zdjęciu jest oczywiście Łukasz i towarzysze jego podróży.

Sam ten przejazd był wyjątkowym przeżyciem. W ramach toalety przystanki robiliśmy najczęściej na wielkich parkingach, gdzie zatrzymywały się ciężarówki. Rozkładaliśmy tam ciuchy, robiliśmy pranie, kąpanie, wszystko w publicznych miejscach. Później, żeby zaoszczędzić wchodziliśmy w kilku na jeden bilet. Jeden się załatwiał, drugi się kąpał, a trzeci mył zęby

– w grupie podróżników były dwie dziewczyny.

Łukasz Gmurczyk każdą wolną chwilę stara się spędzać w podróży. Oprócz wielu miejsc w Europie, był m.in. w Himachal Pradesh w Indiach.

W Nepalu nie byłem, ale w regionie, który zwiedzałem zaczynały się już Himalaje. To jest niesamowita część świata. Na pewno tam jeszcze wrócę. Podobnie do Ameryki, którą chciałbym pokazać swojej żonie i dzieciom. Gdy będą już większe, na pewno razem tam pojedziemy

– zapowiada.

Ameryka była taka, jaką pod wieloma względami ją sobie wyobrażałem. Żyjąc tam możesz wszystko: dorobić się, ale też się stoczyć. Jeśli chodzi o podróżowanie, rewelacyjny kontynent. Kiedyś na pewno tam jeszcze pojadę.

[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    MarekMarek - niezalogowany 2018-02-08 08:07:35

    Rewelka, fajny artykuł. Fajna historia. Pozdrawiam Cię Łukasz

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Łukasz S - niezalogowany 2018-02-07 18:42:27

    Super Łuki :)

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości