Z Bogusławą i Janem Wojciechowskimi o tym, jak wspólnie z powodzeniem przeżyć 50 lat, rozmawia Agnieszka Barabasz.
Jak Państwo się poznaliście?
Jan Wojciechowski: – Moja małżonka pochodzi z Nowej Wiśniewki, a ja ze Starej Wiśniewki. Nie byliśmy bezpośrednimi sąsiadami, nie mieliśmy możliwości spotykania się. Łączyła nas tylko wspólna szkoła. Można powiedzieć, że w ogóle nie znaliśmy się. Gdy ukończyłem szkołę, poszedłem do wojska. Kiedyś wraz z drużyną Starej Wiśniewki pojechaliśmy na mecz piłkarski do Tarnówki. Zabrała się z nami grupa dziewcząt. Wśród nich była także moja przyszła żona. Mecz był dla nas zwycięski, więc po powrocie do Wiśniewki postanowiliśmy to wspólnie z kolegami i koleżankami uczcić. Po tym spotkaniu odprowadziłem Bogusię do domu. Ale nie do samego domu – mniej więcej w połowie drogi pożegnaliśmy się i tak zakończył się tamten wieczór. Później spotkaliśmy się raz jeszcze. Umówiliśmy się do kina, a były to czasy kina objazdowego. Potem to powtórzyliśmy i tak zaczęła się nasza wspólna historia. Był 1968 rok. Jesienią tego roku ustaliliśmy, że pobierzemy się.
A zatem potoczyło się to dość szybko?
Bogusława Wojciechowska: – Kiedyś nie było tak jak jest teraz. Nie „chodziło się” ze sobą zbyt długo. Ludzie szybciej decydowali się na bycie ze sobą, na ślub. To była norma. Ludzie podchodzili do siebie z szacunkiem i na poważnie. Nie rzucało się słów na wiatr.
JW: – Chcieliśmy, aby ślub odbył się w styczniu. Musieliśmy ustalić terminy w kościele i w urzędzie stanu cywilnego. Ustaliliśmy datę na 25 stycznia. Ślub cywilny odbył się o godzinie 10.00, a kościelny o godz. 14.00. Ślubu udzielał nam ś.p. ksiądz Wujek w kościele w Starej Wiśniewce. Mieliśmy wówczas 21 i 24 lata.
Jak Państwo wspominają początki małżeństwa?
JW: – Od początku bardzo dużo pracowaliśmy, ja w budowlance w Złotowie, żona w Zakrzewie. Musieliśmy dojeżdżać do pracy. I tak było do końca września 1973 roku. Było to dość męczące dla nas. Poza tym, przez cały czas pomagaliśmy przy pracach w polu. Na wszystko zapracowaliśmy wspólnie, pracą naszych rąk. W międzyczasie, w 1969 roku, urodziła się nasza pierwsza córka, a w 1971 roku mieliśmy już drugie dziecko. Postanowiliśmy przeprowadzić się do Zakrzewa. W opiece nad córkami pomagała nam ciocia. Praca, dom, dzieci, obowiązki – tak zleciało nam nasze życie.
Proszę opowiedzieć o swojej rodzinie.
BW: – Mamy dwie córki. Beata ma córkę Justynkę i syna Łukasza, a druga córka, Kasia, ma trzech chłopców: Piotrka, Remka i Bartka. Mamy też dwóch prawnuków – Dominika i Tobiasza. Jesteśmy zatem dumnymi rodzicami, szczęśliwymi dziadkami i pradziadkami. Nasze córki mieszkają w Zakrzewie, zatem widujemy się bardzo często. Nasze spotkania są bardzo wesołe i rodzinne. Pomagamy córkom jak tylko możemy i na ile nas potrzebują. Dużą frajdę daje nam zajmowanie się wnukami. Mówi się, że wnuki kocha się bardziej niż swoje dzieci i jest to prawda. To nas uszczęśliwia.
Patrząc na Państwa trzeba zadać pytanie, jaka jest recepta na dobrą formę i młody wygląd?
BW: – Praca, praca, praca. Przez całe życie ciężko pracowaliśmy. Do dzisiaj mamy swoją działkę, na której mąż kocha pracować. Ja od zawsze wolałam książki. To była moja pasja.
A jest coś, co Państwo lubicie robić wspólnie?
BW: – Owszem. Jest to taniec. Oboje kochamy to robić. Uwielbiamy imprezy taneczne, zabawy. Tak było od początku i tak jest po dziś dzień. Jeśli tylko w Zakrzewie jest jakaś impreza, nas nie może nie niej zabraknąć.
A jaka jest recepta na udane wspólne życie w czasach, gdy tak dużo mamy rozwodów? To naprawdę cenne umieć utrzymać związek na całe życie. Co Państwa zdaniem jest najcenniejsze w związku?
BW: – Chyba nie ma na to jednej recepty, tzw. złotego środka. Choć z drugiej strony można powiedzieć, że na pewno wspólna ciężka praca i wspólne wyrzeczenia pomagają scementować związek. Kłótnie w każdym małżeństwie przecież zdarzają się, ale wszystko można rozwiązać. Wystarczy dobra wola, rozmowa i szacunek. Nie można nigdy pochopnie podejmować radykalnych decyzji, a tak teraz robią młodzi.
A co jest najcenniejsze? Trudno jest jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie. Najcenniejsza jest rodzina. To ona jednoczy ludzi. Jestem zdania, że obecnie młodzi ludzie umieją budować, ale nie umieją odbudowywać. Coś się wydarzy w małżeństwie, wypali i ludzie od razu rezygnują z siebie. Powinni nauczyć się odbudowywać. Oczywiście są pewne granice, ale przy drobnostkach warto pomyśleć o odbudowie, a nie niszczeniu wszystkiego. Być może przyczyną takiego stanu jest też to, że obecnie młodzi ludzie żyją bez ślubu, bez zobowiązań. I chyba to, że kiedyś człowiek na wszystko musiał sam zapracować, ciężką pracą. Dziś jest o wiele łatwiej.
A czy miłość trwa wiecznie?
BW: – Miłość nie trwa wiecznie. Po prostu z czasem wszystko ulega pewnej modyfikacji. Robi się z tego przyjaźń, zaufanie. Ludzie przyzwyczajają się do siebie. Ale gdyby teraz zabrakło tej drugiej osoby, to naprawdę byłoby bardzo ciężko i smutno. Są małżeństwa, które żyją długo ze sobą. Potem jedno umiera i często bywa tak, że bardzo szybko umiera też ta druga osoba. Razem po prostu żyje się łatwiej.
JW: – A moje zdanie jest takie, że przez to, że wierzymy sobie, że ufamy, to trwamy w tym związku tyle już lat. Np. w kwestii finansów – od zawsze to żona zajmowała się tym tematem w naszym domu. Mnie pieniądze nie interesują w ogóle. Ale ufam mojej małżonce i w tym temacie jestem spokojny.
BW: – No cóż, mogę powiedzieć nieco żartobliwie, że mąż od lat prowadzi sołectwo, a ja zajmuję się naszym budżetem domowym. Zresztą, pracowałam tyle lat w urzędzie gminy i również tam miałam do czynienia z pieniędzmi. Zatem tę samą rolę mąż powierzył mi w naszym domu.
Gdybyście mieli Państwo cofnąć czas, czy cokolwiek Państwo zmieniliby w swoim związku?
Raczej niczego nie chcielibyśmy zmienić. Raz było ciężko, raz było wesoło. Takie właśnie jest życie i tak przez nie przeszliśmy. Zawsze ze wszystkim sobie radziliśmy. Te pięćdziesiąt wspólnych lat przeleciało bardzo szybko. Człowiek nawet nie zauważył, kiedy to się stało. I staramy się pamięta tylko dobre chwile. O tych złych nie ma co pamiętać.
A co moglibyście Państwo poradzić młodym małżeństwom?
JW: – Dzisiaj młodzi ludzie zbyt często patrzą na pieniądze. A one najważniejsze nie są. Najważniejsza jest praca, zdrowie, bycie skromnym i uczciwym.
BW: – Niestety, żyjemy w takich czasach, że bardzo często ludzie wyjeżdżają za chlebem za granicę. Głównie dotyczy to mężczyzn. Ich drugie połowy zostają z dziećmi. Jest to częsta przyczyna rozwodów. Zatem okazuje się, że ta pogoń za pieniądzem niczego dobrego dla rodziny nie wnosi. Trzeba znaleźć złoty środek, swoje miejsce na ziemi, starać się żyć jak najlepiej i nie przejmować się drobnymi niepowodzeniami.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Elegancka para -super.
Znam osobiście. Wspaniali ludzie!
Elegancka para -super.
Znam osobiście. Wspaniali ludzie!