Jej sztandary zdobią większość gablot w naszym powiecie. Najcenniejsze pojechały do Argentyny, a nawet Watykanu. Papieża osobiście zapraszała do Lipki. Dzisiaj pozostały wspomnienia, duma z dorobku lat pracy i codzienne stawianie czoła chorobie
Krystyna Gajewska odbiera telefon, słyszy propozycję spotkania w celu opisania jej niecodziennego kunsztu. Przez słuchawkę w jej głosie wyraźnie słychać zaskoczenie, a nawet zwątpienie w to, że ktoś mógł zainteresować się szyciem sztandarów – w zasadzie wszystkim, co robi – to jej pasja, sposób na życie, a przede wszystkim wielka umiejętność. Początkowo nieco nieufna, godzi się na wizytę. W swoim mieszkaniu przez kilkadziesiąt minut, jakby wyraźnie zmęczona życiem, ale wciąż z zaangażowaniem, opowiada o tej nietuzinkowej umiejętności. Pokazuje liczne zdjęcia, projekty prac, które wykonała. Zaczynała w Poznaniu, dokąd w latach 80-tych wyjechała z rodzinnej Lipki z dwójką dzieci. – Zmusiła mnie do tego rodzinna sytuacja – krótko wyjaśnia. [[reklama]] Za sprawą mamy z igłą i nićmi do czynienia miała właściwie od dzieciństwa. Nic dziwnego, że w stolicy Wielkopolski szybko trafiła na kurs haftu bajorkowego i znalazła pracę w zakładzie, gdzie mogła wykazać się z nabytych przez lata umiejętności. W Poznaniu nauczyła się też wykonywania dystynkcji. W zakładzie, gdzie podjęła pracę, szyli już wtedy sztandary; choć osobiście tego nie robiła, miała okazję przyglądać się, jak powstają te oryginalne prace.
Tańcowała igła z nitką
Po paru latach wróciła do Lipki. Wiedziała już wtedy, że szycie, także sztandarów, stanie się jej chlebem powszednim. Owszem, w ciągu tamtych lat pracowała również na centrali telefonicznej czy krótko na poczcie, ale przede wszystkim to igła i nici pozwalały jej zarobić na życie. Pani Krystyna to prawdopodobnie jedyna w powiecie osoba, która wykonuje sztandary. Do tego w 100% ręcznie, tzn. bez użycia maszyn. – Takich, którzy twierdzą, że robią to całkowicie ręcznie jest wielu. Wielu jednak kłamie, od razu rozpoznam, gdzie szyto ręcznie, a gdzie przy użyciu maszyny – przyznaje, dodając, że zna nawet siostry zakonne, które podtrzymują, że ich produkt to w pełni ręczny wyrób, ale nie jest to prawdą. – To nie jest łatwa sztuka. To nie jest byle szycie. Robienie sztandarów jest specyficzne. Trzeba wiedzieć, jak zrobić orła, żeby on rzeczywiście żył na tym sztandarze, żeby był taki, jak ja to mówię, dobrze odżywiony – mówi z uśmiechem. Nie wie, ile w życiu uszyła tych sztandarów. Przynajmniej kilkadziesiąt, ale kto wie, może to nawet trzycyfrowy bilans. Pracy przez lata miała sporo – dlatego też zresztą z Poznania szybko wróciła do Lipki – świadoma, że w mieście miałaby zbyt liczną konkurencję. [[nowa_strona]] Do Argentyny, do papieża
Pierwsze zlecenie przyszło z OSP w Wielkim Buczku, od miejscowego komendanta, nieżyjącego już Michała Rugowskiego. – Trochę miałam wtedy obawy, czy dam radę sama. Pomyślałam, że jak będzie zbyt ciężko, poproszę o pomoc koleżankę z Poznania. Nie była potrzebna – wspomina. Najwięcej sztandarów będących dziełem lipczanki trafiło oczywiście w nasze rejony, ale nie brak też takich, które przemierzyły tysiące kilometrów.
[[reklama]]
W 1998 roku pani Krystyna miała okazję spotkać się z papieżem i przekazać mu prezent od mieszkańców Lipki
– Jeden trafił do Argentyny, do tamtejszej Polonii – z zadowoleniem mówi pani Krystyna, dodając jednak, że powodem największej dumy jest sztandar, który przed laty wykonała dla polskich lotników. Pierwszym, który przybijał gwoździe do jego drzewca był Ojciec Święty Jan Paweł II. Pani Krystyna też była wtedy na Placu Świętego Piotra - lotnicy zabrali ją ze sobą do Watykanu. Papieża nie wypadało odwiedzić z pustymi rękoma, dlatego wraz z innymi paniami z Lipki przygotowały haftowany obraz przedstawiający lipkowski kościół i jego patronkę, św. Katarzynę. – Do dzisiaj mam w pamięci i w sercu tamto spotkanie. A przed oczami moment ucałowania i uścisku dłoni. Niezwykłe przeżycie, nawet z perspektywy lat – mówi wyraźnie poruszona. Papież zapytał, co przedstawia obraz. Wyjaśniła i zaprosiła Karola Wojtyłę do parafii w Lipce, gdy będzie przejazdem. – Pamiętam, jak papież się wtedy uśmiechnął. [[nowa_strona]] Było przykro
Lata mijają, a palce nawet najlepszej hafciarki zaczynają tracić na sprawności. – Kiedyś pracowało mi się lżej – zdradza pani Krystyna. Choć przyznaje, że do dzisiaj otrzymuje zlecenia. Sporadycznie, raz na jakiś czas, ale są. Jedno zdarzyło się nawet w tym roku, od kółka rolniczego w Osieku. – Sama się zdziwiłam, że takie organizacje jeszcze istnieją. W ubiegłym roku też jakiś sztandar robiłam – dodaje. Zgaduję, że pewnie dla miejscowej szkoły, która wybierała patrona i zleciła zapewne wykonanie nowej chorągwi. – A właśnie że nie – odpowiada pani Krysia, przyznając, że sztandar dla szkoły z jej rodzinnej miejscowości powstał ponoć w Poznaniu. Była z tego powodu zaskoczona i było jej przykro. Chciała, aby na lata w miejscowej szkole pozostało coś jej autorstwa. Tym bardziej, że przecież tutaj uczyły się również jej dzieci. Nieoficjalnie słyszała, że złożyła zbyt wysoką ofertę. – Nieprawda. Nikt ze mną nawet nie rozmawiał, nie pytał o cenę. Choć wiem, że do dzisiaj wielu rodziców sądzi, że to mój sztandar i że wzięłam za niego dużo pieniędzy – powołuje się na krążące w Lipce opinie. [[reklama]] Godziwe pieniądze
Uczciwie przyznaje, że na szyciu sztandarów mogła przez lata godziwie zarobić. Nie ma oczywiście określonej ceny, jeden sztandar drugiemu nierówny (przygotowanie trwa od jednego do trzech miesięcy), więc i wartości pieniężne są przeróżne. – Poza tym wielu sądziło zawsze, że koszt wykonania to mój zarobek. Tymczasem około połowa podanej przez wykonawcę ceny to koszty zakupu materiału, szczególnie nici są drogie – uświadamia. Jeśli przyjąć średni koszt sztandarów na poziomie od 4 do 6 tysięcy złotych, bardzo łatwo policzyć, ile z tych sum zasila kieszeń każdej hafciarki. – Ja zawsze dostosowywałam cenę do rynkowej wartości. Miałam kontakt z pracowniami, więc miałam też rozeznanie, ile kosztuje taka usługa – argumentuje. Hafciarskie umiejętności pani Krystyna i jej bliscy mają chyba we krwi, bo choć nikogo nie wykształciła na swojego następcę, to jednak jej siostra również para się takim zajęciem. Także szyje sztandary, ale w Koszalinie, więc nigdy nie były dla siebie konkurencją. [[reklama]] Nie poddać się
Dzisiaj pani Krystyna żyje z renty chorobowej. Przyznano jej te pieniądze nie bez powodu – od lat zmaga się ze stwardnieniem rozsianym. – Trudno jest się nie podłamać, ale jakoś się trzymam. Znajduję sobie zajęcia, jak nie w domu, to w ogrodzie – przyznaje w zamyśleniu, kręcąc między palcami przez dłuższą chwilę papierosa. – Nie jest łatwo. Im więcej zajęć, tym mniej człowiek ma głowę pełną myśli – dodaje po kolejnej chwili milczenia. Kolejny raz wraca też do wspomnień krótkich chwil spędzonych z papieżem. Przez moment nic nie mówi, jedynie uśmiecha się pod nosem. Na koniec spotkania wraca jeszcze do sztandarów. Patrząc na swoje ręce, przyznaje, że trochę się w życiu nimi napracowała, są w zasadzie wszystkim, co ma. Robimy więc zdjęcie, dłonie trafiają na pierwszy plan. Gdy się rozchodzimy Krystyna Gajewska odchodzi w stronę swojego ogrodu.
Piotr Steffen
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze