Reklama

Restauracja jakiej nie było. Wspomnienie słynnej "Złotowianki"

06/01/2016 18:30
Tysiąc zup dziennie i tysiące piw. Do tego rozbite głowy i... płaczące dziecko. Ale ludzie szczęśliwsi... Wspominamy Złotowiankę – lokal dla złotowian kultowy

Była architektonicznym potworem. Szpeciła miasto jak inne budowle z tego okresu. - Ona miała istnieć cztery lata. Mieli zbudować restaurację z prawdziwego zdarzenia, taką jak „Pod Jeleniem” - Grażyna Biedrzycka nie ma zdjęcia skleconego naprędce w 1973 roku prostokąta. Pamięta jednak, że „Złotowianka” ruszyła w październiku tegoż roku. Jedna z pierwszych okazji do świętowania nadarzyła się 17 października. Polscy piłkarze zremisowali na Wembley z Anglią 1:1 i awansowali do Mistrzostw Świata w Niemczech. Zaczął się złoty okres polskiej piłki, a wraz z nim „Złotowianki”.

Reklama

Obecnie nie ma już tego drogowskazu, a i budynek też nie istnieje

Jąkająca piosenka

Na pierwszą dużą imprezę w sali mogącej pomieścić 120 osób przyszli Włosi. - Spaghetti było na pewno – Grażyna Biedrzycka wspomina „makaroniarzy”, którzy budowali Metalplast. Po nich zaczęli bawić się złotowianie. Co środę i sobotę restauracja rozbrzmiewała muzyką na żywo. Sala pękała w szwach, a do siatki mikrofonu krzyczał[[pay]] Maciej Gappa, a później zespół Bełków. Ale królem „Złotowianki” był Andrzej Śliwiński. - Jąkał się strasznie – wspomina Grażyna Cepnik. Postawna blondynka była swego czasu postrachem niepokornych klientów (o tym, jak ich ganiała jeszcze opowie). - Andrzej zanim się wypowiedział, to człowiek już się trząsł z nerwów. Ale śpiewał przepięknie – zapewnia była kelnerka. W środy Złotów bawił się do 1. W weekendy dłużej. Rezerwowali miejsca wcześniej, bo bez tego stolika się nie dostało. - Zawsze koło 100 osób było. Ładnie parami przychodzili. I tak co tydzień – Grażyna Biedrzycka, od zawsze ma kręcone włosy i delikatny uśmiech, wspomina, że ludzi było stać by się bawić. - A potem, w piątki, królowały zabawy zakładowe – wtrąca G. Cepnik. - Po nich było tylko słychać jak się szczęki odbijały od podłogi - to ci, którzy mieli protezy i spali na stolikach gubili trzeci garnitur zębów.

Reklama

To ci kocioł

„Złotowianka” ożywała o 9 rano. Na śniadanie wpadali pracownicy Rejonu Dróg Publicznych, a przed lokalem parkowały wszystkie miejscowe taksówki. W loży dla kierowców pekaesu pachniała kawa. - Kierowcy musieli być szybko obsłużeni. Gdy nie było prądu, to dla nich specjalnie mieliło się kawę młynkiem ręcznym – Grażyna Biedrzycka żałuje, że nie ma z nami jeszcze jednej koleżanki. Tej z aparatem w oczach.

- Jeszcze dziś jak zamknie oczy pamięta kto gdzie siedział...

Część z tych pań konsumenci na pewno pamiętają, bo obsługiwały ich przy stolikach. Od lewej  pani Żuk – szefowa kuchni, Ala Jaworska, pani Borkowska, Gienia Kajewska, Teresa Polanin i Renata Burchardt

Reklama

„Złotowianka” budziła się jednak na długo zaparzeniem pierwszej kawy. Na 4 rano przychodziła pierwsza z 45! pracownic. Wzniecała ogień, dorzucała węgla. O 5 w kuchni płakały już cebule, ziemniaki dzieliły się na cztery i skrobała włoszczyzna. O 6 zaczynały krzątać się kucharki. - Gotowały panie Dąbrowska, Szwedziakowa, Jarzyna. Ludzie kojarzyli „Złotowiankę” z flakami wołowymi, zwłaszcza gotowanymi przez panią Ciepielkę – Grażyna Cepnik uśmiecha się na wspomnienie dawnych koleżanek. - A pani Szwedziakowa jak gotowała! Dużo dań mącznych robiła, pierogi leniwe. Naleśniki to smażyła na czterech patelniach jednocześnie – dodaje z podziwem. Kiedy ona przyszła do pracy w końcu lat 70-tych, w kuchni były już dwie patelnie elektryczne (rarytas!) i pierwsza kuchenka gazowa. Grażyna Biedrzycka pokazuje lekko muśniętą kolorem fotografię lodówki na garmażerkę. „Złotowianka” słynęła z zimnych przekąsek.

Największy respekt w kuchni budził jednak kocioł na zupę. Miał z 800 litrów, stał pośrodku pomieszczenia i rozmiarami zawstydzał kilkudziesięciolitrowe gary na ziemniaki. Mieszało się w nim chochlą wielką niczym wiosło. - Jak się zupa przypalała, to jedna osoba mieszała z jednej strony, druga z drugiej – mówią panie Grażyny. W kuchni ukrop panował straszny. A że wentylatory wyły tak, że mogły zagłuszyć dzwonek w pobliskim „Ogólniaku”, więc pracownice je wyłączały.

Reklama

Prawdziwy ukrop czekał je od 13.

Gryzie się za darmo

Daniami dnia były zupa królewska i sznycel po wiedeńsku. O ile ze zmielonym mięsem kurczaka w rosole, podawanym w bulionówkach, nie było problemu (pani Grażyna gotuje go czasem wnukom), o tyle kawałek cielęciny panierowanej w bułce tartej, usmażony na maśle i podany z plasterkiem cytryny budzi kontrowersje. Klient gryzł i grymasił. - I powiedział, że mu to nie smakuje. Jak zjadł do połowy, to mógł powiedzieć, że kotlet był niedosolony, czy niedopieczony. I tak długo gryzł, aż się najadł. Trochę takich konsumentów było – pani Biedrzycka raz po raz zastanawia się jakiego słowa użyć. Klient mówi się dziś, w „Złotowiance” mówiło się „konsument”.

Reklama

Lata 70. i 80. to złoty czas dla lokalu położonego przy ulicy Bohaterów Westerplatte. 1000 abonamentów dziennie sprawiało, że lokal pękał w szwach. Kolejki w szatni (rządzili tam Jan Blichowski i pan Wiatrow) i przed lokalem były normalnością. - A na stołach królowała baranina, konina, wołowina – towaru nie brakowało – zapewnia Grażyna Cepnik. - W piątek całe tafle ryb przywozili, bo trzeba było tych wszystkich ludzi nakarmić.  W porze obiadowej nawet piwa nie podawaliśmy, bo tyle osób przychodziło zjeść – od 13 do 17 „Złotowianka” była wielką stołówką. Dla niektórych darmową. - Sporo było takich klientów, którzy nazamawiali, najedli się, a potem uciekli. Kelnerka się obróciła, a ich już nie było – G. Biedrzycka najpierw pracowała w kuchni, a później była bufetową i niejeden pościg widziała. - Oj, ganiałam takich, ganiałam. Nawet po ulicy, ale nie zawsze złapałam. A jeśli nawet, to powiedział, że już płacił... - opowiada pani Cepnik. Mimo to pamięta tylko jednego klienta, który miał zakaz wstępu do lokalu. Mieszkaniec Kleszczyny lubił oddawać mocz na krzesła. Widać zaszedł obsłudze za skórę, bo zakazu nie mieli nawet najwięksi zabijacy.

Reklama

Znana i lubiana ekipa Złotowianki Jerzy Sterling, kierowniczka gastronomii Krystyna Beker, kierowniczka Jadwiga Szulgit, Teresa Sawicka – rozliczeniowa, Grażyna Biedrzycka i pani Ala (nie pamiętamy nazwiska)

Klient ma zawsze rację

Po sali „Złotowianki” zawsze biegało kilku kelnerów. Bufetowa nie mogła sprzedawać, wszystko szło przez panie w białych fartuszkach i koronkach na głowach. No i przez Jurka Sterlinga. Jurek - mówią o nim panie Grażyny. Zawsze nienagannie ubrany, z muchą pod szyją biegał między stolikami. Znał niemiecki, więc to zwykle on obsługiwał konsumentów zza zachodniej granicy. - Niemcy jak wychodzili, to zawsze dali markę czy dwie napiwku. Choć nasi też dawali – zapewnia Grażyna Biedrzycka. Tyle, że napiwki były niebezpieczne. - Klientów było tylu, że kelnerka nie miała czasu sobie pieniążków ułożyć. Jak wyłożyła na stół, to klient jej podebrał i powiedział, że to jego. Albo przychodziła kontrola, skręcała kelnerce kasę i ona musiała mieć w fartuszku tyle pieniędzy, ile wyszło na druku. Czasami zdążyła wyjąć napiwki, żeby nie było, że nakradła – nasze rozmówczynie przyznają, że klienci zostawiali w restauracji spore pieniądze. „Złotowianka” była jedną z najbardziej dochodowych działalności Powszechnej Spółdzielni Spożywców „Społem” w Złotowie.

Reklama

Najbardziej rozpoznawalna twarz „Złotowianki” - elegancki i niezastąpiony, również w kontaktach z Niemcami, Jerzy Sterling

A skoro płacili, to wymagali. - Ktoś dostał ciepłą oranżadę, bo lodówki nie nadążały z chłodzeniem, to do razu prosił książkę skarg – panie mówią o księdze, w której na pierwszej stronie napisano „Klient ma zawsze rację”. - I jak nie miał racji, to i tak ją miał. Najczęściej ludzie skarżyli się, że kelnerka odpyskowała i chciała, by konsument płacił za rachunek – twierdzi G. Biedrzycka, która w „Złotowiance” przepracowała ponad ćwierć wieku. Otwierała ją i zamykała. - Najczęściej zmieniali się kelnerzy, bo nie wytrzymywali tego tempa. Pamiętam Jurka Sterlinga, Renatę Burchardt, Zosię Jar...

Reklama

Nieostre na zdjęciu, ale z językami ciętymi niczym brzytwy Grazyna Biedrzycka, Grażyna Brewka, za nimi stoi pani Szymańska, z boku siedzi Zofia Jar

Nic dziwnego, skoro każdy z kelnerów miał do wydania czasem po kilkaset piw dziennie. - W niedzielę otwieraliśmy o 11. Przychodziłyśmy sobie o wpół do i otwierałyśmy ze 120 piw. Jak klienci wchodzili, to stawiałyśmy alkohol na tace i podawałyśmy. 15 minut i było po piwie – G. Cepnik wspomina, że swego czasu w lokalu był zakaz zostawiania butelek na stołach. Nawet wino „Patykiem pisane” podawano w szklankach. Nie, wcale nie chodziło o bezpieczeństwo. - Chodziło o to, by było kulturalnie. Mieliśmy drugą kategorię, tak jak Parkowa – zaznaczają nasze rozmówczynie. Kto chciał się bawić na niższym poziomie, szedł na „Stołki”.

Reklama

Klientem o kaloryfer

Fruwające krzesła, powybijane okna i krew pod stolikami były w Złotowiance na porządku dziennym. Przedstawienie spitego narodu zaczynało się po 17. Najedzeni złotowianie, a także mieszkańcy sąsiednich miejscowości wpadali na jednego.

- Część pijaczków była fajna, ale świrów też było trochę. Byli stali klienci, którzy lubili rozróby. Kiedyś jeden walił głową klienta o kaloryfer – Grażyna Cepnik jako kelnerka miała z nimi bezpośredni kontakt. W lokalu ochrony nie było. - W głowę można było dostać. Straszyłyśmy zadymiarzy milicją, kolegiami. A potem oni się odgrażali, bo „dzięki tobie mam tyle do zapłacenia” - dodaje G. Biedrzycka. - „Jak będziesz szła do domu, to zobaczysz...”

Reklama

Strach paraliżował, gdy pomyślało się, że po zamknięciu trzeba zanieść utarg do banku. O północy. - Na Wojska Polskiego było okienko, przez które wrzucało się pieniądze. Pracownika tam żadnego nie było. Sklepy też utargi tam nosiły – dziś wydaje się to nie do pomyślenia. -  Kiedyś poszłam tam z kierowniczą. Otworzyłyśmy okienko, a tam była kasa. Ktoś włożył worek i go nie spuścił. Kierowniczka doszła z którego to sklepu (też z PSS-u) – pani Biedrzycka opowiada, że wiele razy pracownice dzwoniły po milicję, bo konsumenci stali przed lokalem i nie wiadomo było czy by im czegoś nie zrobili.

Panie Grażyny tworzyły historię Złotowianki. Po latach podzieliły się wspomnienia od kuchni

- A pamiętasz jak jeden wyskakiwał przez takie małe okienko z tyłu? Nie wiem czy nie chciał rachunku zapłacić, czy go chcieli pobić... - byłe pracownice „Złotowianki” mimo wszystko dobrze wspominają lokal zamknięty w końcu lat 90-tych.

- Ludzie byli inni. Nie było tej zawiści, pośpiechu. Więcej radości było – twierdzą mimo że zdarzało się, że ktoś zszedł pod ladą i trzeba było pół nocy czekać na prokuratora. Albo że babcia zabrała na popijawę 4-letnią wnuczkę. - Przywiązała ją paskiem za nogę do stolika. Zamówiła temu dziecku zupę pomidorową. Komu się przypomniało z balangowiczów, to karmił to dziecko, a ono płakało. Zadzwoniłyśmy po policję. Mundurowi zgarnęli babcię, a pogotowie zabrało dziewczynkę do szpitala. Tam się okazało, że miała zapalenie płuc – opowiada pani Grażyna, która sama wychowała dwie córki.

Fragment wnętrza restauracji, a za ladą stoją, od lewej Maria Podczaszyk, Barbara Szymańska, Ola Wojda i Ela Piekarczyk

Tylko żon żal

Niektórych pieniądze się nie trzymały. Wystarczyło kilka piw, by stracili wszystko.

- Były przypadki, że dzwoniłyśmy do żony, by zabrała męża, bo ma dużo pieniędzy, a za chwilę może ich nie mieć – panie nie chcą używać nazwisk naciągaczy, bo ci wciąż funkcjonują w mieście. Niektórzy pełnią ważne funkcje.

- To nie był nasz interes, ale żal nam było żon, które czekały w domach. A one nas winiły – mówi kobieta, której wesele odbyło się w „Złotowiance”.

Żony przychodziły po mężów i prosiły o pomoc w odesłaniu ich do domu. Ale niektórzy nie mieli tyle szczęścia i zostawali na pastwę kolegów. - Skubali pijanych. Kiedyś odwoziłyśmy z koleżanką do domu dyrektora dużego zakładu. Innym razem nauczyciela. Już go koledzy mieli w parku. Zatrzymałyśmy samochód i odstawiliśmy go do domu nauczyciela. Nie wiem czy on wiedział, że go odwoziłyśmy, bo nigdy nam nie podziękował – panie przyznają, że czasem przy drinku wspominają dawne czasy.

Jak wymianę bonów na alkohol, czego robić nie było wolno. - Ale co było zrobić jak nazamawiał i nie miał czym zapłacić. Trzeba było wziąć bony. I tak nas wykorzystywali –  panie z przekąsem podają sposoby na odchudzanie.

Niestety i na „Złotowiankę” przyszły chude czasy. W latach 90-tych zakłady nie dopłacały do obiadów, a i wódeczka w sklepach była tańsza niż w restauracji.

- Abonamentów było kilka, załoga była zmniejszana, a teraz to już śladu po „Złotowiance” nie ma – panie Grażyny nie kryją smutku. - Było ciężko, ale wesoło. To były piękne czasy...

Fizycznie „Złotowianki” nie ma, ale nadal żyje ona w pamięci mieszkańców miasta. Panie są tego najlepszym przykładem.[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Siemka i rudy - niezalogowany 2016-01-08 00:22:11

    Masz rację, w chlewie.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Lynx - niezalogowany 2016-01-07 09:44:52

    Artykuł pisały zapewne osoby, które Pod Jeleniem pamiętać nie mogą, bo są za młode ;)

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Waldek - niezalogowany 2021-02-07 16:43:58

    Pani Jaworska pracowala "Pod Jeleniem"(tym orginalnym)-znalem ja osobiscie-byla kolezanka mojej mamy."Pod Jeleniem" byla barmanka.

    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama