Kiedyś sporo stracił, ale stanął na nogi. Dzisiaj Piotr Rittau mówi wprost, że w dobie kryzysu oszczędzać muszą wszyscy, także wójt, który nie powinien dostać podwyżki. Przedsiębiorca zachęca do społecznej debaty na trudne czasy
Nie wiedziałem, że pochodzi Pan ze Śląska. Jak trafił Pan na te tereny?
Długa droga. Najpierw wyjechałem do Niemiec, gdzie poznałem jednego z dwóch moich późniejszych wspólników. Jeden z nich pochodził z Gdańska, drugi z okolic Złotowa. Później cała spółka rozpadła się, teraz mam własną firmę.
To prawda, że swego czasu wyszedł Pan z bardzo poważnego finansowego zakrętu?
Tak. To było jeszcze w Niemczech. Straciliśmy pół miliona marek, to był jakiś milion złotych. Wtedy to była już dwuosobowa spółka. Problem z pieniędzmi wyniknął z tego, że niemiecki makler nie zapłacił nam za trzy domy, jakie postawiliśmy w Niemczech, bo tym właśnie zajmowała się firma – tym zresztą ja zajmuję się do dnia dzisiejszego. Najpierw działałem w Zakrzewie, ale później poznałem moją partnerkę, nabyliśmy tereny po PGR w Bługowie i tak zostałem w tych stronach. [[reklama]] Dlaczego zostawił Pan rodzinne strony dla gminy Lipka?
Nigdy nie chciałem mieszkać na Śląsku. Pochodzę z Rudy Śląskiej, więc z typowo przemysłowego terenu. Tutaj nie tylko jest czystsze powietrze, ale też życie jest inne, lepsze. Przynajmniej dla mnie. Jak byłem w Niemczech wspomniane domy stawialiśmy głównie na terenach Westfalii. Tam też miałem już dość przemysłowych terenów. Przeprowadziłem się w inne strony, gdzie były góry, jeziora. To wiązało się też z moją pasją, bo kiedyś namiętnie nurkowałem.
Kiedyś?
Dzisiaj nie mam już na to niestety za wiele czasu. Trudno też o towarzystwo, bo samemu raczej się nie nurkuje. Tutaj nikogo takiego nie mam, a do Piły nie chce mi się specjalnie jeździć.
Jak najgłębiej Pan schodził?
Nie tak dużo, 30-40 metrów.
Jak udało się wyjść z tych finansowych tarapatów? Niejeden dawno by się załamał.
Dziesięć lat ciężkiej pracy. Rodzina trzymała mnie w garści, fakt jej posiadania mobilizował do wysiłku. No i nieruchomość, w której mieszkamy w Bługowie, a której od dłuższego czasu próbujemy przywrócić dawną świetność. Obiecaliśmy sobie, że postawimy to miejsce na nogi i tak od dziesięciu lat je odbudowujemy.
Nie ukrywam, że głównym powodem naszego spotkania jest Pana niedawne wystąpienie na sesji Rady Gminy Lipka. Zaprotestował Pan na decyzje gminy o podniesieniu podatków dla przedsiębiorców, mówił Pan o konieczności szukania oszczędności w innych obszarach funkcjonowania gminy – administracji, oświacie. Podobno jest wielu przedsiębiorców w gminie Lipka, którzy myślą podobnie, ale jest Pan pierwszym, który od lat pojawił się na sesji i otwarcie powiedział, co myśli o tych sprawach.
Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Jesteśmy jednym społeczeństwem, żyjemy w jednym środowisku, w demokratycznym kraju, można mówić, co się myśli na dany temat. A ja uważam, że skoro mamy kryzys, to miejmy go wszyscy, a nie że mają go jedni, a inni nie. Dlaczego ja, jako przedsiębiorca, co roku mam mieć coraz większy kryzys? Ceny moich domów idą w dół, płacę coraz większe podatki, a więc mój zysk jest coraz mniejszy. Pracownikom nie mogę dać podwyżki, bo mnie na to nie stać. Więc pytam, dlaczego pracownik gminy ma mieć tyle samo co miał, nauczyciel ma mieć tyle samo lub nawet więcej, dlaczego wójt ma mieć więcej, bo dostał przecież podwyżkę?
Konkretne propozycje...
Jeśli gmina chce mieć więcej pieniędzy na inwestycje, niech najpierw poszuka pieniędzy na swoim podwórku. Niech nie zatrudnia się nowych urzędników, gdy inni idą na emeryturę, tylko zwiększa zakres obowiązków tym, co zostają. Niech nawet dostaną jakieś podwyżki z tego tytułu, ale łącznie takie działanie i tak zmniejszy koszty utrzymania administracji. Tak samo nauczyciele: jak chcą podwyżek, niech zlikwidują część etatów, pozostali dostaną więcej pieniędzy za większą ilość pracy, ale w łącznym bilansie niech są z tego też jakieś oszczędności.
Tu wchodzimy na obszar świętości zwanej kartą nauczyciela... W zasadzie gminie nic do tego. Nawet środowisko oświatowe żartuje, że dzisiaj zwolnienie nauczyciela to jest wyższa szkoła jazdy.
Wiem, że ta karta do dokument rodem z komuny, ale pojawiają się kolejne inicjatywy na szczeblach regionalnych, które idą od samorządów i Sejm powoli zaczyna się nad tym problemem zastanawiać. Przez to, jakie prawa nauczyciele nabyli kiedyś pracując na wsiach – bo nikt z nich nie chciał przecież na wsiach wtedy pracować – dzisiaj te najmniejsze samorządy najbardziej dostają po kieszeni. Przecież dzisiaj nauczyciele nie muszą mieć tych samych praw. Trzeba rozsądnie spojrzeć na problem i podjąć się jakiejś reformy, bo inaczej samorządy utoną. A później wszyscy krzyczą i lamentują, że trzeba zamykać kolejne szkoły. Oczywiście niczego nie narzucam, ale już dzisiaj trzeba zastanawiać się nad tym problemem, szukać rozwiązań, spotkać się w otwartym gronie i wspólnie dyskutować. Po to, żebyśmy za chwilę nie obudzili się z ręką w nocniku. A wykonalne jest wszystko, tylko trzeba dostrzegać problem, rozmawiać o nim i próbować go rozwiązać. Nie może być tak, że nauczyciele pracują w tygodniu mniej niż wynika z godzin w ramach etatu, a później obowiązkowo gmina musi im jeszcze wypłacać z tego tytułu wyrównanie. To jakaś paranoja. To znaczy, że system jest wadliwy, że nauczycieli jest za dużo. Jak słyszę, że gmina dopłaca do oświaty w skali roku 200 tys. zł, to pytam – dlaczego tutaj nie szuka się oszczędności, tylko tradycyjnie, jak co roku, dowala się podatki przedsiębiorcom? Takich problemów jest zresztą więcej. Inicjatywa dyskusji o nich musi wyjść od społeczeństwa. Gdy zaczęła się obecna kadencja zorganizowałem u wójta spotkanie z przedsiębiorcami. I co z tego wyszło? Nic. Wójt powiedział, że to dobry pomysł, że to owocna dyskusja, ale do dzisiaj drugiego spotkania nie zorganizował. Zrozumiałem, że będzie nas co jakiś czas zapraszał, ale minęły dwa lata i żadne spotkanie się nie odbyło. [[nowa_strona]] Widzi Pan jakieś wsparcie, czy to tylko Piotr Rittau stoi i krzyczy?
Widzę wsparcie, od ludzi wiem, że chcą rozmawiać, że widzą w tej gminie problemy, które nie są rozwiązywane. A to naprawdę najwyższy czas na podjęcie działania.
Tylko z udziałem przedsiębiorców?
Niekoniecznie, być może faktycznie potrzeba szerszej dyskusji. Ale przedsiębiorców będę nakłaniał w pierwszej kolejności do tego, ażeby angażowali się w życie społeczne, bo są w nim potrzebni. Mało tego, będę apelował, ażeby w kolejnych wyborach kandydowali do rady gminy.
A Pan ma ochotę kandydować na kolejną kadencję do rady?
Nie wykluczam tego. Przyznaję, że czuję się związany z naszą społecznością, szczególnie tą z Bługowa, i chciałbym tych ludzi jakoś reprezentować. Bo gdy tu się przeprowadziłem, był to w powszechnej opinii najgorszy, zapomniany element Lipki, a dzisiaj, m.in. dzięki pracy sołtysa, to miejscowość, gdzie życie społeczne rzeczywiście zaczyna kwitnąć. Ja też chcę rozwijać swoją firmę, w perspektywie myślę o utworzeniu kolejnych kilku-kilkunastu miejsc pracy, ale żeby było to możliwe już teraz trzeba się zabrać za rozwiązywanie obecnych problemów.
Mówiąc o rozwoju firmy ma Pan na myśli powstającą inwestycję? Ponoć będzie to jeden z największych tego typu obiektów w powiecie, jeśli nie w regionie.
To będzie obiekt, który będzie pełnił funkcję domu biesiadnego czy też centrum szkoleniowo-konferencyjnego nawet dla trzystu osób.
Kiedy inwestycja dobiegnie końca?
Planuję, że za jakieś trzy-cztery lata. Oczywiście w miarę finansowych możliwości.
Jak ocenia Pan dwa lata rządów wójta?
Bardzo dobrze. Przyznaję, że przed wyborami sam miałem wątpliwości do jego kandydatury, ale dzisiaj już wiem, że to był dobry i jedyny kandydat na wójta. Jeśli wystartuje w kolejnych wyborach, a przez drugą część kadencji będzie równie dobrze pracował, na pewno na niego zagłosuję. Ale to, że dobrze pracuje nie znaczy, że musi dostać podwyżkę. To jego obowiązki, z których należycie się wywiązuje i ma za to przecież zapłacone. Gdyby czasy były łatwiejsze, to co innego. Ale mamy kryzys. Jak mamy oszczędzać, szukać pieniędzy, to wszędzie i wszyscy.
Przypomnę, że przed rokiem Przemysław Kurdzieko zrezygnował, nawet publicznie, z podwyżki.
Nie szkodzi, kryzys się jeszcze nie skończył. Zresztą takie zamrożenie powinno dotyczyć wszystkich, nie tylko w gminie czy powiecie, ale w skali całego kraju. Tak to już jest, że na to, co się dzieje w Polsce, nie mamy wpływu, a przynajmniej nie jest on wielki. Ale o tym, co dzieje się na naszym podwórku, w gminie Lipka, możemy decydować. Ale do tego potrzeba też rozsądnych ludzi, chociażby w takim gronie jak rada gminy. Dlatego nie wykluczam, że będę do niej kandydował, a na pewno będę do tego zachęcał innych przedsiębiorców. [[reklama]] Ma Pan zastrzeżenia do obecnej rady?
Do całej nie, ale do połowy na pewno. Mam pretensje o to, że radni są bierni.
Radnym nie chce się podejmować trudnych tematów, czy nie mają wiedzy?
Większość z pewnością nie zna się na gospodarce, tylko z mediów słyszy hasła, ale ci ludzie raczej nie rozumieją tych spraw. Jeśli rzeczywiście chcemy zrobić z tej gminy obszar rolniczo-przemysłowy, musi być jakiś rozsądny podział ludzi w radzie, np. 40% rolników, 40% przedsiębiorców, 20% pozostałych.
Kto kandyduje to jedno, ale drugie to kogo wybiorą mieszkańcy.
Na to nie mam już wpływu. Ale przynajmniej mogę o tym powiedzieć i próbować zmobilizować mieszkańców Bługowa do czynnego udziału w wyborach samorządowych. Rozumiem, że dzisiejszą rozmową, na półmetku obecnej kadencji, rozpoczął Pan właśnie kampanię wyborczą do kolejnych wyborów?
Dzisiaj za wcześnie na takie deklaracje.
Rozmawiał Piotr Steffen
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze