Chciałem wiedzieć, jak „działa” organizm zwierzęcy. Skąd się bierze cukier w organizmie? Dlaczego potrzebujemy tlenu. A że człowiek jest wszystkożerny i zjada wiele zwierząt, to zrobiłem specjalizację z żywienia i chorób metabolicznych drobiu rzeźnego.
Skąd, antybiotyki są zakazane.
Nie ma. Zwłaszcza w mięsie marketowym. Sam, gdy mam do wyboru jajko wiejskie i to marketowe z „3”, wybieram to drugie.
Tłumaczę. Mamy kurnik. Zamknięty, szczelny, nie dochodzą tam żadne patogeny z zewnątrz. A z drugiej strony kurę z wolnego wybiegu, która nie wiadomo co je, gdzie chodzi i w czym drapie. Przepraszam, ale wybieram tę pierwszą.
Reklama
To teraz, gdy będzie pan kupować jajka na bazarze zapyta pan, czy kury były badane na salmonellę, jak często przeprowadzana jest dezynfekcja kurnika. Jajo z fermy jest od kur badanych. Nie chcę burzyć mitu ferm wolnowybiegowych, ale nawet tam trawa, po której taka kurka biega, będzie stanowić tylko około 30% jej diety. Reszta to pasza, taka sama jak w zamkniętych fermach. Jajo jest jajem. Materiałem, z którego powinno powstać nowe życie. Każde ma w sobie „zaprogramowaną” ilość białka i substancji odżywczych potrzebnych pisklęciu.

Angolczycy są oryginalnymi pracownikami, twierdzi mieszkaniec Werska
Znalazłem ogłoszenie w internecie. Poszukiwano osoby do prowadzenia fermy drobiu w Angoli. Przeszedłem proces rekrutacji, nie myślałem o Angoli jako o realnym celu. Kiedy dowiedziałem się, że dostałem kontrakt, strach mnie obleciał. Sprawdziłem tą Angolę, poczytałem o niej (o polach minowych, wojnie domowej itd.). Rozmawiałem o tym z żoną, wspólnie uznaliśmy, że świat należy do odważnych. Osoba z którą rozmawiałem, zapewniła mnie, że teraz jest tam bezpiecznie. Więc OK, jadę.
Reklama
Walizka, krótkie spodenki i już. Zapytałem tylko, czy mają takie same wtyczki i czy nasz sprzęt będzie tam działać. Tak. A czego nie ma? Powiedzieli, że jeśli lubię mięso, to mam wziąć je sobie w puszkach, bo w Angoli jest ono bardzo drogie. Kupiłem paszteciki, konserwy i poleciałem. Niecałe sześć godzin do Dubaju, nocleg, kolejne osiem godzin w samolocie i..... „witamy na lotnisku w Luandzie, temperatura 33 stopnie celcjusza, życzymy miłego pobytu....”
Powiedziała: ok, jedź, zobacz, jak tam jest, może później polecimy tam razem. Będziesz chyba pierwszy z powiatu, który będzie pracował poniżej równika. Zrobiłem komplet szczepień, zdobyłem wizę na trzy miesiące i poleciałem.
Reklama
Ludzie. Ich sposób witania się. My mówimy „dzień dobry” i idziemy dalej, a oni się sobą interesują: jak się masz, skąd jesteś, jak zdrowie. Na wzór amerykański. I to powitanie trwa bardzo długo. Pracę w biurze zaczynałem o 9:00 i choć przyjeżdżałem wcześniej, to zanim się ze wszystkimi przywitałem, to robiła się 10:00, 10:20. W dobrym tonie jest tak zacząć dzień. Takie nasze zwykłe „dzień dobry” jest niezbyt grzeczne.
Tak, 28ºC w dzień, 25ºC w nocy. Im dalej na południe, tym zimniej, bo Angola jest po drugiej stronie równika. Księżyc na szczęście taki sam jak u nas (śmiech), gwiazdy zupełnie inne.
Reklama
Językiem urzędowym w Angoli jest portugalski, którego nie znałem. Angielskim posługiwało się tam niewiele osób. Z pomocą na początku przyszedł Google Translator, później załapałem portugalski. Poza tym w Angoli funkcjonują dwa główne lokalne języki: umbundu i kimbundu. Kolega był z południa i zaczął mnie uczyć umbundu. Potrafię kupić chleb, który kupuje się na ulicy, bo w sklepie są tylko bułki i to bardzo drogie. Na początku mojego pobytu za chleb (wygląda jak nasza podwójna bagietka) płaciłem 500 kwanza (według przelicznika bankowego 1 dolar to 170 kwanza, według kursu lokalnego dolar to 300-400 kwanza), czyli jakieś 5 złotych. Później, gdy znałem już trochę portugalski, to płaciłem 400 kwanza, a potem, w umbundu, jedynie 250 kwanza. Warto się uczyć języków!
Jak reagowali na Pana tubylcy?
Na czym polegała Pańska praca na farmie? Zaznaczmy, że zarządzał Pan 1400 ha ziemi.
Czy sposób uprawy ziemi w Angoli różni się od naszego?
W firmie pracowało blisko sto pięćdziesiąt osób, zarządzanie nimi musiało być trudne?
Skoro mowa o Chińczykach, to podobno jadł Pan psa.
A jednak Angolczycy mają bardzo dużo dzieci.
Pańskie doświadczenie z Afryki przełoży się na karierę w Polsce?
Pytałem ich, skąd jestem, a oni odpowiadali, że z Kuby (dużo Kubańczków było tam w czasie wojny), Brazylii, Włoch lub Portugalii. Gdy dowiadywali się, że jestem Polakiem, wołali „a, papież, a, Lewandowski”. Angolczycy są katolikami i wielkimi kibicami piłki nożnej. Takimi jak Polacy - też widzą wszystko najlepiej i krytykują sędziego, a po zwycięskim meczu idą do baru na piwo. Mieszkańcy Angoli są bardzo otwarci, chętni do pomocy. Z czasem, wraz z większą znajomością portugalskiego poznałem ich dowcipy, ale także problemy.
Reklama

Jakub Zdrenka z Paulino - przyjacielem w pracy i poza nią
Na takiego typu farmy mówią tam fazenda. Nasza jest w jednym kawałku! Badanie wykazało, że to jest nasza I klasa plus jakieś 15%. Minus był jeden – gdy popadało, ziemia zmieniała się w glinę. Strasznie kleiła się do butów. Uprawialiśmy tam soję, warzywa, kukurydzę. Wysiałem tam nasze warzywa - marchew i buraczki się nie udały, chyba nasze odmiany nie lubią takiego ciepła. Nasiona ogórków, które zabrałem z Polski, dały piękny plon. Dlatego w Angoli uprawia się warzywa z Brazylii lub Portugalii.
Reklama
Tak. Były traktory, siewniki, cysterny do wody, specjalne maszyny do podlewania pól uprawnych. Problemem było za to znalezienie pracowników, którzy potrafiliby je obsłużyć. Tym zajmował się Ozejasz, kolega, który studiował w Polsce ekonomię. Jego żona pochodzi z Konga i ona także studiowała w Polsce. Jako, że Kongo to była kolonia francuska, językiem urzędowym jest francuski, a w Angoli portugalski, Ozejasz z Flawią rozmawiają więc po polsku.
Wszystko sieją na redlinach, tak jak u nas ziemniaki. Dziwne, prawda? Uważają, że dzięki temu jak popada to więcej wody się tam zbierze. Robią tak z kukurydzą, z soją i wszystkimi warzywami. Od razu chciałem siać „po naszemu”, na płaskim, bo więcej można wysiać i potem zebrać, łatwiej z zabiegami agrotechnicznymi itp. Miejscowi rolnicy upierali się: szef, to tak nie wyda. Zrobiłem więc próbę na małym poletku i powoli się przekonali. W ciągu mojego rocznego pobytu padało tam może kilkanaście razy (pada od grudnia do marca). Pada zwykle do 10 minut, a potem nie da się tam żyć, tak to wszystko paruje. Poza zbożem uprawialiśmy maniok, okrę, orzeszki ziemne, paprykę, marakuje i papaję.
Reklama
Innymi niż my.
Nie spieszą się w pracy, pracują wolniej niż my. Musieliśmy wszystko im pokazywać i objaśniać, czasami codziennie te same sprawy.

Afryka to doskonałe miejsce do podglądania przyrody. Tu pan Jakub uchwycił kameleona
Dokładnie. Kraj dopiero zaczyna się rozwijać. Nie mają specjalistów, bo dopiero zaczyna się tam kształcenie. Wojna w Angoli skończyła się w latach 80-tych, ale odbudowa kraju jest znacznie wolniejsza niż u nas po okresie komunistycznym. Teraz jest tam jak w Polsce przełomu lat 70-tych i 80-tych. Na porządku dziennym jest łapówkarstwo.
Reklama
Podam przykład. Jadę z kierowcą i ochroniarzem. Zatrzymuje nas policja. Dokumenty samochodu, ksera paszportów, ubezpieczenia, wszystko jest. „A pozwolenie na przewóz osób?” Nie ma. „Oj, będziesz musiał zapłacić. Tutaj czy mandat?” Ile? „Musisz zapłacić”. Ale ile? Wtedy kierowca wychodzi i negocjują. Płacimy 1000 kwanza.
Paulino, mój kolega, śmieje się, że policja z ich pensji nie utrzymałaby rodziny.
Zaczynałem pracę ok. 5:30 i robiłem objazd pól. Następnie w kurnikach sprawdzałem wentylację, zużycie paszy, decydowałem, czy podać witaminy. A wie pan, jakie małe kurczaki oni „robią”? U nas tuszka waży średnio dwa kilogramy, tam kilogram. Tak ma być, bo takie kury przyjeżdżały do nich z Brazylii. Produkcja krajowa drobiu w Angoli zaspokaja jej zapotrzebowanie w promilach, do tego kilogram kurczaka kosztuje około 40 zł, a piersi około 50 - 60 złotych. Wszystko jest głęboko mrożone, nie ma tam świeżego mięsa.
Taka produkcja jest nieekonomiczna, bo kura nie zdąży rozwinąć masy mięśniowej.
Dokładnie, ale w Portugalii są kury podobnej wielkości. Dlatego dla Polaków (w Angoli jest ich około dziewięćdziesięciu, w naszej firmie około czterdziestu) robiłem takie kury jak u nas. Przetrzymywałem je trochę dłużej.
Na początku tak, z czasem wyłonili się liderzy zespołów. Z nimi głównie rozmawiałem o potrzebach i troskach reszty pracowników. Dowiedziałem się, że dobrze gdyby dało się zorganizować kuchnię, bo taka praca jest bardzo ciężka. Poszedłem więc do szefostwa i zacząłem namawiać. Udało się, powstała kuchnia, wydawała obiady, później nawet śniadania.
Jadłem razem z nimi, bo wszyscy jesteśmy równi. Co do ich wdzięczności, to tam każdy jest dobry, kto daje pracę. Poza Chińczykami, którzy bardzo wykorzystują Angolczyków. Kiedyś Chińczyków w Angoli było mnóstwo, teraz jest ich mniej, ale za to prowadzą bardzo duże firmy. Produkują beton, cegły, wydobywają diamenty. U Chińczyka pracujesz niemal na okrągło, masz tylko dwa wolne dni w miesiącu.
Tak, u kolegi. Chińczycy hodują do tego celu specjalne rasy. Pies mi smakował. W Angoli jadałem też węża (ma konsystencję kurczaka, ale smak ryby), krokodyla, czerninę z kozy i bardzo dużo suszonych w słońcu ryb. Najbardziej smakowała mi jednak pierś kurczaka w mleku z pieczarkami i ostrą papryką. W Polsce zaś brakuje mi funżu – to coś jak nasza kasza manna, tylko drobniejsze. Robiona jest z mąki z białej kukurydzy lub manioku. Ma konsystencję budyniu i jest bez smaku. Smaku nadaje mu sos.
Poza tym zajadałem się bananami (nasze mogą się schować), a marakuję kupowaliśmy z kolegą na skrzynki, za grosze, sok przepyszny.
Na początku bałem się myć zęby wodą z kranu. Tylko woda z butelki. Po czasie zaryzykowałem, efektów ubocznych brak (śmiech), po tym poszło już wszystko, kawa, herbata parzona na wodzie z kranu. Był też czas kiedy przez prawie dwa tygodnie nie mieliśmy wody w mieszkaniu. Po wodę chodziliśmy do studni. Z kolegą doszliśmy do wielkiej wprawy myjąc się pod pięciolitrową butelką.
Było miło, więc po pierwszym kwartale powiedziałem żonie, że moglibyśmy się tam przeprowadzić. Ci z firmy zadzwonili, czy przyjadę znowu, więc, pojechałem. Na miejscu zacząłem już rozglądać się pod kątem sprowadzenia rodziny. A tam okazało się, że nie ma publicznej służby zdrowia, nie ma publicznych szkół (szkoła kosztuje o kilku do 4000 dolarów miesięcznie). Co ciekawe, skala ocen jest od 0 do 25.
U Ozejasza w rodzinie jest trzydzieścioro rodzeństwa! Dziewczynki wychodzą za mąż w wieku około piętnastu lat, a średnia wieku w Angoli to nieco ponad siedemnaście lat. Nie wiem, dlaczego oni mają tyle dzieci, skoro zwykle nie mają pracy.
Ale u nas są zapomogi, teraz jest 500+, a tam nie ma niczego. Mówią, że jakoś coś na ząb się zorganizuje. Tam dzieci to jest emerytura. Ma kto się rodzicami na starość zająć.
Nie. A mówiłem o zagrożeniu chorobami jak malaria i pasożyty? Nasze środki w ogóle nie działają na tamtejsze komary. A tu, na łokciu, mam pamiątkę po musze, która złożyła mi pod skórą larwę. I tak sobie ta larwa przeze mnie szła...
Poza tym nie chciałbym, aby dziecko zjadł mi krokodyl. To przykład ekstremalny, ale taka tragedia spotkała jednego z naszych pracowników. Dlatego w lipcu wróciłem do kraju.
Mam taką nadzieję. Potraktowałem ten wyjazd jako przygodę i wyzwanie: ba, zróbmy coś dla świata! Chciałem sobie udowodnić, że dam radę. Zawsze i wszędzie. Nauczyłem się, że powiedzenie „medal ma dwie strony” jest prawdziwe i że teraz świat stoi przede mną otworem. Poza tym utwierdziłem się w przekonaniu, że warto dostrzegać jasną stronę życia.
Brazylijczyk, którego poznałem w Angoli powiedział, że Polacy są dziwni. Był w Warszawie i zauważył, że nikt się tam nie uśmiecha. „Dzień dobry” i to wszystko. „Co wam szkodzi się uśmiechnąć?”. U nas jest tak, że jeśli ktoś idzie z bananem na twarzy, znaczy, że głupi jakiś. Ja tej mentalności nie mam. Cieszę się z życia, bo wokół jest pięknie. Czy szklanka musi zawsze być do połowy pusta?
Rozmawiał Łukasz Opłatek [[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze