Klan "Korzeni" zna wielu wędkarzy na Złotowszczyźnie. Łowi ojciec, łowi brat, ale to on odnosi największe sukcesy. Kilka porad mistrza na wakacje - z Sebastianem Korzeniowskim z Okonka rozmawia Ryszard Mikietyński
Kiedy i jak zaczęło się Twoje wędkowanie?
Z tego co wiem, to jeździłem z ojcem od drugiego roku życia. Pamiętam jak przez mgłę, że jeździliśmy nad Gwdę, kiedy nie było jeszcze podziałów na wody nizinne czy górskie. Łowiło się wtedy leszczyki. W pierwszej klasie zerówki chodziliśmy z chłopakami na karasie na pierwsze jezioro.
A pierwsze zawody?
Kiedyś zawody organizowały zakłady pracy, jeździłem jako młodzik, gdzieś tam z boku sobie łowiliśmy bez żadnej klasyfikacji czy nagród. Dopiero w szkole średniej zacząłem jeździć na profesjonalne zawody. [[reklama]] Z tego co pamiętam to mówiło się, że „Korzenie” ciągle wygrywają. Skąd czerpaliście wiedzę o nowych zanętach, technikach łowienia i temu podobne?
Wiedzę teoretyczną czerpaliśmy z czasopism wędkarskich. Wzorowaliśmy się na zanętach, które były tam zalecane. Na pewno do tego dochodziły jeszcze własne spostrzeżenia. Sama literatura nic nie da, jeżeli to nie jest poparte ciągłymi próbami, doświadczeniami. Kiedy jeździłem na Grand Prix Polski to nieraz rozmawiałem z Piotrem Lorencem (wielokrotny Mistrz Polski i wicemistrz świata) czy innymi czołowymi zawodnikami, to oni mówili, że teoria jest bardzo ważna, ale praktyka ma największe znaczenie. To trzeba wszystko zweryfikować i wypraktykować „na własnej skórze”. Trzeba spędzić setki godzin nad wodą, żeby ją „poczuć”.
W zawodach około 50-60 procent sukcesów to szczęśliwe losowanie stanowisk. Jak się kiepsko wylosuje, to można jedynie się bronić przed tym, żeby nie dać plamy. 30 procent to odpowiednia zanęta, reszta to umiejętności.
Ale co zrobić, jak się już wylosowało kiepskie stanowisko?
Moja rada to łowić inaczej niż wszyscy. Jak widzę, że obok mnie łowią na tyczki lub baty, to trzeba spróbować tzw. odległościówką. To jest trudne łowienie, wymaga dużych umiejętności, chyba najbardziej wymagająca technika w wędkarstwie spławikowym. Tam musi wszystko grać: odpowiednia zanęta, odpowiednio podana, wygruntowanie zestawu, precyzja w łowieniu. Na żyłce trzeba pozaznaczać markerem odległości, na której się łowi, żeby rzucać w to samo miejsce. Jeśli natomiast inni łowią daleko, to ja próbuję blisko. Po prostu inaczej niż wszyscy. [[reklama]] Nieraz czytam w czasopismach, że ktoś łowił na dwa białe robaki i nic, dołożył żółtego i miał doskonałe brania. Ryba widzi barwy, a może liczy robaki?
Nie potrafię tego wytłumaczyć, bo ryba nie rozróżnia kolorów. Często łowiłem na białego robaka i nie było brań. Założyłem czerwonego i zaczęły brać płocie. Właściwie to, co ja robię potrafię wytłumaczyć: po prostu do każdego koloru robaków dodaję innego traktora zapachowego. A ryba zapach czuje doskonale. Tu raczej widziałbym wyjaśnienie tej sprawy. Zresztą nikt z wędkarzy tak do końca nie zdradza swoich tajemnic. [[nowa_strona]] Dzisiaj są różnego rodzaju zanęty, trudno laikowi się w tym wszystkim połapać. Początkujący sądzą, że jak się kupi zanętę mistrza świata to wyniki same powinny przyjść.
Zanęta jest ważna, ale najważniejszy jest sposób jej przyrządzenia, czyli jej ilość, ilość ziemi czy gliny. Można wziąć najsłabszą zanętę i tak ją „podrasować”, że będą brania, z kolei najlepszą i zarazem najdroższą zanętę można zepsuć. Zanęta nie może być ani za mokra, ani za sucha. Sporo błędów popełniają ci, co rzucają do wody samą zanętę. Raz, że jest to kosztowne, bo dużo trzeba do wody tego wrzucić, a dwa - ryba szybko się nasyca. Można zaobserwować przez piętnaście minut intensywne brania, a potem przysłowiowa „studnia”.
Jeżeli zrobi się odpowiednią mieszankę o specyficznym zapachu, doda dużo ziemi czy glinki, to ryba trzyma się bardzo długo. Jak robię zanętę na jeziora, to na dziesięć litrów ziemi dodaję pół litra tak zwanej spożywki. W takiej proporcji. Gdybym dał tej pożywki więcej, to jej zapach jest tak intensywny, że wręcz odstrasza ryby. Nieco inną zanętę przygotowuje się na wody bieżące, tam pożywki daje się troszkę więcej. [[reklama]] Miałeś takie momenty, że nie trafiłeś w ogóle z zanętą?
Miałem, moje pierwsze wyjazdy na zawody na Koszyce w Pile. Na zawodach mistrzowskich, przez sześć godzin łowienia udało mi się złapać jednego okonia, który miał długość pięciu centymetrów. Nie mogłem potem dojść do siebie, myślałem, gdzie popełniłem błąd, bo gościu obok mnie łowił jedną rybę za drugą. Co ciekawe, dwie tury wylosowałem to samo stanowisko. Chłopaki z koła śmiali się ze mnie przez kilka lat. Potem z ciekawości pojechałem tam kilka razy, żeby eksperymentować. Jak się okazało, błąd polegał na tym, że dałem za dużo spożywki i aromatu.
Takie profesjonalne wędkarstwo, jakie uprawiasz, trochę kosztuje.
Kosztuje, ale mam bardzo tolerancyjną żonę, która już się z tym pogodziła, że na zawody wydaję od 100 do 200 złotych. Dla innych nie są to wielkie pieniądze. Profesjonalny sprzęt jest bardzo drogi, żeby rywalizować na zawodach to na średniej klasy sprzęt trzeba wydać 15 do 20 tysięcy złotych. Musi być też odpowiednie ubranie, bo nie ma satysfakcji z łowienia, kiedy człowiek marznie lub jest przemoczony. To też kosztuje. [[nowa_strona]] Miałeś już chwile zwątpienia, że chciałeś to rzucić w diabły?
Mnie porażki mobilizują. Jeżeli ciągle wygrywam, to nie mam powodów do wyciągania wniosków. Często jadę w to samo miejsce, w którym wygrałem zawody i okazuje się, że nie ma brań. Ale czasami kilka dni różnicy, zmiana temperatur, wiatru, ciśnienia powoduje, że cudowna zanęta sprzed kilku dni nie sprawdza się. [[reklama]] Ojciec cię nauczył łowienia, teraz jednak rywalizujecie ostro ze sobą, raz ty jesteś lepszy, raz on.
To nie jest rywalizacja, ale raczej wymiana doświadczeń i uwag. Czasami mówię tacie, co ma zrobić, ale on jest uparty i robi po swojemu, a potem się okazuje, że zrobił źle. Przychodzi potem do domu po zawodach i przeżywa. Nie chce mu się jeść obiadu, rozmawiać. Z kolei jak ja z nim przegram, to on cały dzień mi wytyka, że coś nie tak zrobiłem. Ja się cieszę z tego, że tata wygrywa. Zanęty robię głównie ja, on nawet nie wie, na co łowi.
Są wyniki, niedawno ojciec wygrał zawody w Lipce (dostał w nagrodę łódkę), jako „rodzina” wygraliście zawody na Euro Eco.
Tak jakoś wyszło.
Czym jest dla ciebie wędkarstwo?
Dla mnie wędkarstwo to odreagowanie na codzienne problemy. Do tego dochodzi jeszcze kontakt z przyrodą. Czy może być jakieś inne, lepsze hobby? [[reklama]] Jesz ryby?
Te, co złowię, to nie. Chyba, że te kupione w sklepie. Nie mam jednak nic przeciwko tym, co zabierają do domu ryby i je zjedzą. Dla mnie satysfakcją jest złowienie ryb, a potem ich wypuszczenie.
Ile najwięcej złowiłeś w czasie zawodów?
Żeby zrobić dobry wynik trzeba łowić jedną rybę na minutę. Technika tak poszła do przodu, że jest to możliwe. Mój najlepszy wynik na zawodach to około dziesięciu kilogramów w ciągu trzech godzin. Nie są to jednak porażające wyniki, najlepsi na rzece łowią po piętnaście, a nawet dwadzieścia kilogramów. Na jeziorze siedem kilogramów to już jest dobrze.
Życzę ci zatem połamania kija w tym sezonie.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze