Znam wiele osób, które lubią biegać. Trochę mniej, ale wciąż dużo tych, które kochają góry. Jednak spośród tych, którzy łączą te pasje w tak ekstremalny sposób jakim jest uprawianie ultramaratonów górskich jestem w stanie wskazać tylko jedną – Michała Czyża. Jak to się stało, że z nizinnych, krótkich dystansów przerzucił się na długie, górskie mordęgi? Co pcha go na kolejne szczyty? Dlaczego jego ulubionym biegiem jest ten, który już w nazwie grozi rzezią?
W tym roku 26–letni Michał odniósł jeden z większych sukcesów w swojej karierze. W maratonie Biegu Rzeźnika, czyli 40–kilometrowym biegu po Bieszczadach, zajął drugie miejsce w stawce blisko 250 śmiałków, którzy podjęli się tego trudnego wyzwania. Co ciekawe, tego startu Michał w ogóle nie planował. Żeby lepiej zrozumieć historię tego srebrnego medalu cofnijmy się do 2015 r. Wtedy to, za namową serdecznego przyjaciela Patryka, po raz pierwszy pojechał w góry i wystartował w Rzeźniku, w najbardziej prestiżowej kategorii, czyli biegu par.
To była wtedy bardzo niedobra decyzja
– ze śmiechem wspomina cierpienia, jakie przeżywał po biegu. Nogi tak bolały, że po schodach musiał schodzić tyłem.
Obiecałem sobie na mecie, po 78 km Rzeźnika, że już nigdy więcej. Jednak trzy dni później, jak już nogi się schłodziły, piwo rzeźnickie się wypiło, to było mega uczucie i wiedziałem, że będę chciał tam wrócić
– zaczęli więc we dwójkę planować, jak wrócić tam jeszcze silniejszymi. Po ciężko przepracowanym roku drużyna Ushba Adin, bo tak się nazywają, ponownie stanęła w szranki zmagań par.

Bieszczady to jeden z ulubionych kierunków Michała
Na 53 km byliśmy nawet na trzecim miejscu, ale pogoda była bardzo trudna i trochę zaczęliśmy odczuwać skutki upału. Musieliśmy zwolnić i doholowaliśmy 6 miejsce, ale to i tak była piękna historia
– tak w skrócie relacjonuje bieg zakończony wielkim sukcesem biegacz ze Sławianowa, bo choć na co dzień mieszka od paru lat w Warszawie, to w tabelach z wynikami przy jego nazwisku zawsze widnieje nazwa rodzinnej wsi. Po takim wyniku biegowi partnerzy złożyli sobie kolejne przyrzeczenie – jeśli wrócą na Rzeźnika, to tylko po to, by stanąć na podium. W tym roku nie mieli tego w planach, niemniej dwa tygodnie przed Rzeźnikiem Patryk wystartował w 102–kilometrowym biegu Chojnik w Karkonoszach. Pogoda zmusiła go jednak do zejścia z trasy. Tak go to bolało, że postanowił pojechać w Bieszczady, żeby się odgryźć. Michał miał akurat wolne, więc zaoferował, że pojedzie z nim, ale tylko w roli asysty. Dopiero na miejscu, w sam dzień startu organizatorzy namówili go do startu w indywidualnym maratonie. Podczas gdy jego kolega w biegu na 107 km zajął drugie miejsce, Michał zdobył srebro na dystansie 40 km.
Nasze przymierze się spełniło
– 26–latek uznał, że tym samym wypełnili przyrzeczenie. Pytany o to, jak ten sukces plasuje się w jego klasyfikacji osiągnięć odpowiada, że trudno oceniać mu poszczególne biegi i każdy to inna historia i emocje, ale ten na pewno zasługuje na miejsce w pierwszej trójce najlepszych biegów.
Jestem zdrowy i cały czas mam ochotę na więcej
– tak z kolei określa swój największy sukces, a śmiejąc się, dodaje:
Mam nadzieję, że największe sukcesy jeszcze przede mną.
To, co w górach najpiękniejsze i najtrudniejsze – Jak to się stało, że chłopak z północnej Wielkopolski dotarł aż na szczyty gór? – Można biegać po lesie i jest fajnie, można po asfalcie, ale to nie jest tak przyjemne, bo tutaj widoków nie ma...
Trening górski w stolicy – Skoro biegi górskie wymagają innej techniki i podejścia, to jak przygotować się do nich mieszkając w Złotowie czy też, jak w przypadku naszego bohatera – w Warszawie? Michał wyjaśnia, że...
Oszołomy na Giewoncie – Poza codziennym miejskim treningiem nie obywa się jednak bez wypadów w góry. Z Patrykiem, czyli drugą częścią Ushba Adin, starają się przynajmniej raz w miesiącu wyjechać na intensywny trening...
Zmarnowane talenty – Choć w górach zaczął biegać stosunkowo niedawno, to jednak jego przygoda z bieganiem trwa już wiele lat. Predyspozycje do tego sportu wykazywał już w szkole podstawowej. Miał sukcesy na szkolnych zawodach, trenował z trenerem...
Jeszcze więcej – Jak widać Michał żyje swoją pasją i potrafi z przekonaniem o niej opowiadać. Z gór nie zamierza rezygnować i najwyraźniej ciągle mu mało, gdyż już na wrzesień zaplanował dla siebie kolejne ekstremalne wyzwanie...
Jak to się stało, że chłopak z północnej Wielkopolski dotarł aż na szczyty gór?
Można biegać po lesie i jest fajnie, można po asfalcie, ale to nie jest tak przyjemne, bo tutaj widoków nie ma. Góry to jest coś pięknego, bo za każdą górą widzisz coś innego i to cię pcha do przodu, motywuje. Bieganie po ulicy jest trudne, bo cały czas musisz trzymać jedno tempo, liczy się zegarek i to, żeby zmieścić się w czasie, a tam po prostu liczy się przygoda
Reklama
– Michał Czyż nie ma wątpliwości, gdzie biega się najprzyjemniej, choć z wielkim trudem.
W górach nie da się cały czas biec. Pod górę jak ktoś jest bardzo mocny i ma dobrą technikę oraz kije to podbiegnie. Natomiast bez tego, to ja ci gwarantuję, że jestem w stanie szybciej wejść na górę niż taka osoba wbiec. Samo wejście pod górę dużo mniej cię kosztuje energii, bo stawiasz całą stopę i rozkładasz to na więcej mięśni, a w biegu wszystko idzie w czworogłowy uda i na górze jesteś już tak spięty, że nie masz siły zbiec, a biegi górskie wygrywa się zbieganiem. Jak ktoś szybko potrafi zbiegać, to najważniejsze, żeby jak najmniejszym kosztem energii wejść pod górę, ewentualnie podbiec, mając kije
Reklama
– tak nasz biegacz tłumaczy specyfikę pokonywania górskich tras. Poza tym, na takim np. standardowym miejskim maratonie co pewien czas są porozstawiane napoje izotoniczne, w każdej chwili można też zejść nie licząc się ze żmudnym powrotem, a w razie kontuzji można liczyć na szybką pomoc. Michał przekornie uważa jednak, że w górach jest bardziej komfortowo.
Tyle jest strumyków, tyle miejsc takich, że możesz się orzeźwić, że nie ma z tym problemu
– jako przykład podaje swój start w Biegu Leśnika w Beskidach. Na dystansie maratonu dopadł go kryzys i uratował go właśnie strumień. Krótka i orzeźwiająca kąpiel oraz wymiana w menażkach izotoników na źródlaną wodę przywróciły mu siły. Zresztą pochodzący ze Sławianowa biegacz stara nie skupiać się na trudnościach.
Kontroluję swoje tętno i tempo, odruchy organizmu. Nigdy nie patrzę na dystans pod takim kątem, że mam jeszcze 60 km do mety, tylko skupiam się, żeby dobiec do najbliższej górki. Tak biegnę od górki do górki, od strumyka do strumyka. Potem się okazuje, że jak te wszystkie punkty się połączy to daje cały dystans
– być może dzięki temu nigdy jeszcze nie zszedł z trasy przed metą. Niemniej jeśli chodzi o góry Michał zauważa, że trzeba uważać na pogodę, która potrafi być mocno zmienna. Biegnąc w góry zawsze trzeba mieć plecak, a w nim kurtkę, jakąś folię, batona, wodę.

Zmiana szlaku?
Skoro biegi górskie wymagają innej techniki i podejścia, to jak przygotować się do nich mieszkając w Złotowie czy też, jak w przypadku naszego bohatera – w Warszawie? Michał wyjaśnia, że biegi górskie to wciąż młoda dyscyplina, więc jeśli chodzi o trening, to w dużym stopniu trzeba zdać się na improwizację i radzić sobie samemu.
Trening wygląda zazwyczaj tak, że dwa razy w tygodniu gdzieś wychodzę na dłuższe bieganie w granicach 20 km z elementami dużego przewyższenia, o co w mieście trudno. Bardzo ważna jest też siła obwodowa, więc trzeba pamiętać o tym, żeby wzmacniać korpus. Jeśli masz słabe mięśnie brzucha to za szybko się zgarbisz, uciśniesz przeponę i zabraknie odpowiedniej ilości tlenu. Robię niestandardowy trening dla biegaczy górskich, bo nie robię dużych kilometrów, ale skupiam się na szybkości. Ta szybkość, która pozostała mi z krótszych dystansów, bardzo mi pomaga na końcu biegów. Teraz na Rzeźniku na trzy kilometry przed metą byłem czwarty i schodząc na płaski asfalt wiedziałem, że to jest moment kiedy idę do przodu
Reklama
– tak w skrócie opisuje swoje treningi. W poszukiwaniu wspomnianych przewyższeń w mieście dotarł do hotelu Mariott. Wziął tam udział w specjalnym biegu, w którym w ciągu 16 godzin zaliczył 88 wejść po schodach na najwyższe piętro.
Wyszedł mi Everest i dodatkowo, tak symbolicznie, w ramach przygotowań do Rzeźnika, Połonina Caryńska
– porównuje wysokość, jaką udało mu się pokonać. Jeśli chodzi o dietę to nie ma żadnych fanaberii i stara się odżywiać zdroworozsądkowo.
Poza codziennym miejskim treningiem nie obywa się jednak bez wypadów w góry. Z Patrykiem, czyli drugą częścią Ushba Adin, starają się przynajmniej raz w miesiącu wyjechać na intensywny trening. Wygląda to często tak, że chwilę po pracy wsiadają w autobus i tylko z małym, 10–litrowym plecakiem każdy, ruszają w Bieszczady, Tatry, Beskidy lub Góry Świętokrzyskie. Potrafią wtedy niezależnie od pory roku i pogody biegać od schroniska do schroniska przez trzy dni. Mówią o tym „oszołomowe wyprawy”. Na taki tytuł zasłużył na pewno ich pewien zimowy wyczyn w Tatrach.
Pojechaliśmy do Kościeliska, gdzie zrobiliśmy sobie bazę wypadową. Mieliśmy robić trekkingi, ale że nie potrafimy chodzić po górach, to zaczęliśmy podbiegać. Warunki były trudne, bo był trzeci stopień zagrożenia lawinowego. Podchodziliśmy pod Giewont jakimś żlebem, było bardzo dużo śniegu. Po drodze spotkaliśmy taternika oprowadzającego czterech kursantów. Jak nas zobaczył w tych ortalionach i bucikach do biegania to musiałbyś zobaczyć jego minę. W jego spojrzeniu dało się dostrzec i podziw, i pogardę. Weszliśmy na Giewont, wiało tak mocno i było tak zimno, że chusty tak nam zamarzły, że moglibyśmy sobie wlewać herbatę za kołnierz i by się nie wylała. Udało się, ale jak już wróciliśmy na dół, to stwierdziliśmy, że to była najgłupsza rzecz jaką zrobiliśmy. Wspomnienie zostaje, ale nie było to mądre
– Michał przyznaje, że wówczas przegięli z ryzykiem. Mając za sobą takie doświadczenia sami organizują górskie obozy biegowe, aby dzielić się z innymi pasją.
Choć w górach zaczął biegać stosunkowo niedawno, to jednak jego przygoda z bieganiem trwa już wiele lat. Predyspozycje do tego sportu wykazywał już w szkole podstawowej. Miał sukcesy na szkolnych zawodach, trenował z trenerem Wojtasikiem, ale, jak przyznaje, bieganie zrozumiał dopiero później.
Wszystko zaczęło się w liceum, jak poznałem trenera Darka Kowalskiego. On wpoił we mnie tę filozofię i kulturę biegania
– Michał przyznaje jednak, że na myślenie o poważnej karierze było już dużo za późno. Na początku był szkolony pod kątem średnich dystansów, bo miał ku temu predyspozycje, ze wskazaniem 400 i 800 m.
Jak zacząłem wchodzić w wiek seniorski to już wiedziałem, że nie ma co biegać na bieżni, bo kariery międzynarodowej i tak nie zrobię, więc zacząłem się bawić bieganiem długim
– przerzucił się więc na tzw. „dyszki” i półmaratony. Zdobył zresztą Drużynowe Akademickie Mistrzostwo Polski w Półmaratonie. Nie zastanawia się czasami, co by było, gdyby wcześniej rozpoczął poważne treningi?
Żalu nie mam. Właściwie cieszę się z każdego kolejnego roku. Pewnie jakbym zaczął trenować trochę wcześniej, byłbym pokierowany, to inaczej by to wyglądało, ale ja tak tego nie rozpatruję. Równie dobrze mógłbym zacząć trenować w wieku 10 lat, a mając 14 lat doznać ciężkiej kontuzji i zniechęcić się do sportu
– podchodzi do tego zdroworozsądkowo, lecz zwraca uwagę, że w naszym regionie może marnować się wiele talentów, które przepadają w wieku szkolnym.
Niby są czwartki lekkoatletyczne, ale nic za nimi nie idzie. Brakuje szkółek, które zajmowałyby się szkoleniem takich dzieciaków. Wuefy wiadomo są, ale są po to, żeby prowadzić ogólny rozwój. Brakuje dla dzieci zdolnych, zwłaszcza z małych miejscowości takich jak Sławianowo, miejsc gdzie mogłyby się rozwijać
– takie marnotrawstwo boli, a Michał z łatwością wymienia kolegów z lat szkolnych, którzy odnosili niemałe sukcesy by potem słuch o nich zaginął. Sam uważa, że „talenciakiem” nigdy nie był, a więcej zawdzięcza ciężkiej pracy oraz wsparciu rodziców.
Żeby trenować to trzeba dojeżdżać do Złotowa. Miałem to szczęście, że rodzice bardzo mi pomagali i wozili mnie na treningi. Jak jest natomiast rodzina, gdzie rodzice pracują na drugą zmianę albo nie mają auta, to takie dziecko jest wykluczone
– ubolewa.
Jak widać Michał żyje swoją pasją i potrafi z przekonaniem o niej opowiadać. Z gór nie zamierza rezygnować i najwyraźniej ciągle mu mało, gdyż już na wrzesień zaplanował dla siebie kolejne ekstremalne wyzwanie. Jeśli ktoś uznał, że 86–kilometrowy Rzeźnik w Bieszczadach to tzw. „hardcore”, to jakiego mocniejszego słowa użyć do określenia tatrzańskiego Janosika? W biegu o takiej nazwie Michał Czyż zamierza pokonać po najwyższych górach Słowacji i Polski 102 km! Trzymamy za niego kciuki.[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze