Kiedy człowieka budzi uczucie zimnej pustki, szósty zmysł podpowiada, że stało się coś strasznego. - Co myśmy przeszli... - pani Gertruda zawiesza głos. Dzień, w którym tragicznie zginął jej syn, utkwił w pamięci naszej rozmówczyni ze szczegółami
„Mama, Janek nie żyje!” - słowa wykrzyczane przez Andrzeja, niepełnosprawnego syna pani Gertrudy, pozbawiły kobietę złudzeń. Napięcie ustąpiło miejsca rozpaczy. Stało się najgorsze.
Pojechał... nie wrócił
Feralną sobotę 86-latka z Nowej Świętej pamięta doskonale, mimo że ta od początku nie była w żaden sposób wyjątkowa. Dzień rozpoczął się zupełnie normalnie – poranną krzątaniną i od obrządku w prowadzonym od lat malutkim gospodarstwie. Jeden z dwóch mieszkających z nią synów, pan Jan, od popołudnia wybierał się w pole. Pani Gertruda zatrzymała go prośbą, by poczekał do obiadu. Ten zaplanowała na wpół do trzeciej. - Powiedział mi jeszcze, żeby mu zostawić w garnku kawałek mięsa, to zje jak wróci. Ostatecznie nie wrócił – upływ czasu złagodził już trochę emocje, jakie fatalna wiadomość obudziła w pani Gertrudzie w październiku 2013 roku.
W jej głowie zapisał się jeszcze jeden szczegół. - Syn powiedział: „zostaw mi bramę otwartą, żebym ciągnikiem na podwórko mógł wjechać i drzwi od domu otwarte” – wspomina nasza rozmówczyni. Tak zrobiła. I niemal do północy wpatrując się w tę bramę czekała, aż syn skończy orkę i wróci z pola. W końcu poszła spać. Rano obudził ją niepokój. - Wstaliśmy rychło – sięga pamięcią do wydarzeń sprzed roku. - Napisałam synowi, temu niepełnosprawnemu, karteczkę, że Janka jeszcze nie ma w domu i on poszedł z nią do synowej i wnuczka – bliscy pani Gertrudy mieli sprawdzić, co dzieje się mężczyzną. Nie zdążyli. W drodze na pole spotkali jednego z mieszkańców, który wyprowadził właśnie krowy na łąkę i który powiedział im, że w miejscu, gdzie pracował pan Jan, leży ciągnik przewrócony kołami do góry.
Ciszę mąciło jedynie szczekanie psa, wiernego towarzysza rodziny Pikulików, który do dziś pilnuje ich zagrody. Wtedy pilnował Janka. - Nie chciał policjantów dopuścić – wspomina 86-latka. Od razu wezwano pogotowie, policję, na miejscu pojawił się też prokurator, ponieważ okazało się, że syn pani Gertrudy nie żyje.
- Dobry chłopak był, pracowity, ale zginął i koniec. Wie Pani, jaka to rozpacz była? W oczach pani Gertrudy nie widać łez. - Taki mam charakter, że nie płaczę – wyjawia staruszka. Niezwykle wręcz pogodzona z wolą Boską wyjaśnia: - Lepiej się pomodlić za duszę. Ja bardzo pobożna jestem, każdego dnia modlę się za wszystkie dusze.
O wiarę nie raz w życiu musiała się mocno wesprzeć. Trzy lata przed śmiercią pana Jana zginął jej starszy syn – Józek. Też miał pięćdziesiąt lat. - I raka trzustki – dopowiada pan Grzegorz, który po ubiegłorocznym wypadku przeprowadził się z Tarnówki do Nowej Świętej, by poprowadzić rodzinne gospodarstwo. Niepełnosprawny intelektualnie Andrzej nie byłby do tego zdolny, pani Gertruda, ze względu na wiek, potrzebuje natomiast pomocy.
Tragedia
Na polu, na którym pracował pan Jan, znajdowała się duża skarpa – zjeżdżając z niej ciągnik pozbawiony kabiny przekoziołkował i przygniótł kierowcę. - Błotnik uderzył w głowę, kierownica zmiażdżyła klatkę piersiową – opowiada pan Grzegorz. - Śmierć była tak nagła, że nawet nie poczuł bólu, tak nam mówili – dodaje. - Co myśmy przeszli... Tragedia – pani Gertruda macha ręką. - Dobrze, że przynieśli mi tabletki, bo bym nie wytrzymała – mówi o tych uspokajających. - Cztery dni nic nie jadłam – wspomina. - Fajny chłopak był i tak umarł… – nie może odżałować syna. Przyznaje też, że ta niespodziewana śmierć przyniosła masę problemów – m.in. własnościowych.
Państwo Pikulikowie nieco ponad 5-hektarowe gospodarstwo przed laty postanowili przepisać na syna Józefa. Ten, kiedy choroba wyraźnie dawała mu się już we znaki, odstąpił je młodszemu bratu – Janowi właśnie. W jego przypadku jednak niczego nie można było przewidzieć czy też zaplanować, tak więc po śmierci gospodarstwo stało się współwłasnością państwa Pikulik. Pani Gertruda przepisała swoją część na syna Grzegorza, jej mąż tego nie zrobił, po jego śmierci więc prawa do majątku zyskały wszystkie dzieci. By pan Grzegorz, który chce poprowadzić gospodarstwo mógł przejąć drugą część, rodzeństwo musi się zrzec swoich udziałów. Jak widać, nagła śmierć bardzo może skomplikować sytuację prawną gospodarstwa.
[[reklama]]
Poświęcona roli
Pani Gertruda wychowała się „na gospodarce”. Mimo że praca na roli solidnie dała jej w kość, dziś kobieta nie może bez niej żyć. Każdy dzień zaczyna od obrządku. - Gęsi mam, kaczki, kury, perliczki... - wylicza. - Wszystko sama robię, tylko dźwigać nie mogę – pokazuje na kręgosłup. To on winien jest renty inwalidzkiej, a konkretniej – upadek z wysokości. Pani Gertruda lata temu spadła z poddasza chlewa, złamała kręgosłup. - Sześć tygodni spędziłam w szpitalu. Później zaczęli mnie uczyć chodzić jak małe dziecko – wspomina. Odszkodowania nie dostała – nie była ubezpieczona. Pieniędzy z Kasy Rolniczego Ubezpieczenia Społecznego nie dostała też w związku z tragiczną śmiercią syna – pracujący na roli pan Jan był również zatrudniony w tartaku, był zatem ubezpieczony w Zakładzie Ubezpieczeń Społecznych (jednoczesne ubezpieczenie w pełnym zakresie w KRUS i ZUS nie jest możliwe).
Pogodzona
Życie mocno doświadczyło pani Gertrudę, uśmiechnięta staruszka wciąż jednak odważnie stawia mu czoła. Jest w niej niesamowite światło, które po dwóch godzinach naszej rozmowy każe wierzyć, że to, jak jej w życiu było, zaplanował Bóg. Trzeba się z jego wolą pogodzić.
Patrycja Kajewska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze