Przed laty pracował w szkole rolniczej, wypuszczając w świat, wspólnie z innymi nauczycielami, kilka pokoleń absolwentów. Dzisiaj rządzi w Zagrodzie Krajeńskiej, której wyposażenie, z pomocą wielu osób, wzbogacił z kilku do około tysiąca dwustu rzeczy. Z Bolesławem Piotrowem rozmawia Piotr Steffen
Najczęściej można Pana spotkać w Zagrodzie Krajeńskiej, ale często na rowerze i w kajaku. Złotowscy seniorzy mówią, że bez Pana życie byłoby sporo uboższe.
Przesadzają. Choć jest prawdą, że lokalne ścieżki zjeździliśmy wszerz i wzdłuż, z wiatrem i pod wiatr. Te sprawy wiążą się głównie z Uniwersytetem Trzeciego Wieku i jestem wdzięczny koleżankom, które dziewięć lat temu wciągnęły mnie w jego działalność: Danusi Smakulskiej, Grażynce Komorowskiej i Ani Marciniak. Aktualny burmistrz miał nawet kiedyś do nas pretensje, że ukradliśmy jego pomysł z tą organizacją. W pewnym sensie rzeczywiście tak było. Z obecną panią wiceburmistrz zaprosili nas, wtedy jeszcze do kolegium języków obcych, i powiedzieli, że mają wizję uniwersytetu działającego przy Stowarzyszeniu Przyjazna Edukacja. My mięliśmy już jednak wtedy własną koncepcję i nasza grupa inicjatywna poszła w swoją stronę. W tej grupie było piętnaście osób i prawie komplet był za tym, żeby pójść drogą własnego stowarzyszenia.
Dlaczego podczas tegorocznych wyborów odpuścił Pan dalsze zaangażowanie w UTW? Wielu z ubolewaniem przyjęło tę decyzję.
Pracowałem dwie kadencje, to wystarczy. Obawiałem się, żeby nie wpaść w rutynę. Uznałem, że to najwyższy czas, żeby oddać więcej pola do działania innym.
Skąd u Pana zamiłowanie do aktywności?
Po przejściu na emeryturę doznałem szoku. Stanąłem przed pytaniem, co będę teraz robić. Nie chciałem, żeby moje życie ograniczało się to tematów: dom–działka. Pojawiły się oczywiście wnuki i to jest moja największa radość, ale o siebie też trzeba zadbać. Dobrze jest, gdy dusza potrafi znaleźć sobie miejsce i człowiek nie ogranicza się jedynie do siedzenia przed telewizorem. Tym bardziej, że można znaleźć wielu ludzi, którzy myślą i postępują podobnie. Dzięki temu wspólnie możemy wiele zobaczyć, a proszę mi wierzyć, że wiele się jeszcze nie widziało, nawet w najbliższej okolicy. Podczas pierwszych wypraw, choć zdawało nam się, że znamy wszystkie trasy, nawet błądziliśmy. Od dziewięciu lat, co roku pokonujemy spore odległości. Od pierwszych dni działalności uniwersytetu jeździmy co tydzień we wtorki, łącznie mamy już nakręcone ponad dziesięć tysięcy kilometrów. Można powiedzieć, że zjechaliśmy kawałek Europy.
Przed emeryturą przez wiele lat pracował Pan w szkole pełniąc funkcję wicedyrektora, a później dyrektora Rolniczaka. Jak wspomina Pan tamte lata, widząc, co dzisiaj dzieje się z tą szkołą?
Wielu ówczesnych kompanów już nie ma. Brakuje zwłaszcza nieżyjących Stanisława Krystianiaka i Tadeusza Wójcika. Szorstkich w obejściu, nawet bardzo, ale znakomitych współpracowników i kolegów. Wspaniale ich wspominam. Wiele się przy nich nauczyłem. Zastępcą dyrektora Krystianiaka byłem przez dziesięć lat. Zastępcą dyrektora dużej szkoły, która miała wtedy co roku setki uczniów. Po dziesięciu latach uznałem że wystarczy, po czym dyrektor Krystianiak się rozchorował i na pięć lat obejąłem funkcję dyrektora. Śmierć Stanisława była dla mnie totalnym szokiem, a objęcie funkcji pełnionej do 2005 roku było dla mnie diametralnie odmiennym wyzwaniem. Byłem inny niż on. Dyrektor Krystianiak w moment łapał, kto mówi prawdę, a kto kłamie. Wypracował sobie ogromny autorytet. Trudno było go zastąpić. Kiedy byłem już skazany na rozróżnianie, że ja to dyrektor, powiem szczerze, nie umiałem tak sobie z tym wszystkim poradzić, jak on. Może to wynikało z tego, że mentalnie zbliżałem się już do emerytury i pewna ambicja już we mnie siadła. To była ciężka harówa. Moja, ale też nauczycieli. Wszystkie zresztą te lata to była ciężka praca, dla dobra uczniów, których wychowaliśmy trzy czy cztery pokolenia.
Pod waszymi rękoma przeszły tysiące.
Rokrocznie do matury szykowaliśmy cztery–pięć klas. Gdy na wywiadówki przyjeżdżali rodzice uczniów, często byli to również absolwenci. To było podwójnie zobowiązujące. Kiedyś pewien ojciec przyprowadził ucznia, nie tylko do szkoły, ale też do internatu i mówi: „ze mnie tu zrobili człowieka, z ciebie też zrobią”. Podobnie było z rodziną obecnego starosty. W pierwszych latach swojej pracy uczyłem jego, a później jego synów.
Zajeżdża Pan czasami do szkoły?
Trochę się boję zobaczyć, jak to dzisiaj wygląda. Kiedyś wybrałem się do dyrektora Marka Winiarskiego kierującego inspekcją weterynaryjną, która powstała po przebudowie internatu. O to samo mnie zapytał. Mam jednak jakąś obawę. Myśmy snuli wizję tej szkoły na dekady. Mięliśmy już nawet załatwione, że będziemy ciągnąć wodę z Jeziora Zaleskiego na boisko szkolne i do szkolnego gospodarstwa. Boisko było nawet specjalnie powiększone. Woda miała pójść przez ogrody działkowe, prawie cyrograf mieliśmy już na to podpisany. To były całkiem fajne plany. Dyrektor Krystianiak gromadził też pieniądze na rozbudowę sali gimnastycznej i na powstanie siłowni.
Nie przewidywaliście, że szkoła może mieć takie problemy z ilością uczniów?
Wtedy absolutnie nie. Sądziliśmy, że do szkoły i internatu będzie przyjeżdżać młodzież z innych miast. Dlatego też szukaliśmy różnych dodatkowych kierunków. Do tego stopnia się w to zaangażowaliśmy, że kierownik gospodarstwa Jan Ceranowski denerwował się, że nie dbamy o technikum rolnicze, tylko szukamy czegoś innego. Ale to przynosiło efekty, bo przyciągało młodzież. Inna sprawa, że rzeczywiście trochę odbywało się to kosztem tradycyjnego technikum rolniczego, a uczniowie chętniej szli na inne kierunki. Ale to rozwijało jednak szkołę. Weszły też zmiany zaordynowane z zewnątrz, m.in. dwuletnie szkoły zawodowe z egzaminem trudniejszym nawet niż matura. Zawsze byliśmy przeciwni likwidowaniu szkół zawodowych. Niestety, nie wytrzymało to próby czasu. Gdybym dzisiaj miał pochodzić po szkolnym gospodarstwie, którego już nie ma…
Pamięta Pan moment, kiedy zdaliście sobie sprawę, że następuje początek złych czasów dla szkoły?
Pierwszy szok był wtedy, gdy kazali nam oddać grunt od strony miasta pod budowę kościoła. Wtedy myślało się o tym w kategoriach: kiedy to będzie!? Kościół już dawno stoi, a po szkolnym gospodarstwie zostało jedynie wspomnienie.
Ma Pan żal, że obecne władze powiatu oraz Centrum Kształcenia Zawodowego i Ustawicznego nie zdołały utrzymać szkoły przy 8–go Marca na takim poziomie?
Nie. Uważam, że tego nie dałoby się obronić. To nie jest niczyja wina. Już kiedy my zarządzaliśmy szkołą zaczęła rysować się wizja, że młodzieży będzie coraz mniej. Chociaż pamiętam moment, kiedy nie było absolwentów klas ósmych, bo wchodziły gimnazja, a myśmy tej luki praktycznie nie odczuli, bo i tak było wielu uczniów w szkole. W kolejnych latach ta sytuacja wyglądała inaczej. Taka kolej rzeczy. Kiedyś w powiecie była delegacja z Kanady. Mówili, że u nich takie szkoły–molochy są nie do pomyślenia. Oni szkoły budują na dekadę, dwie, bo zmiany demograficzne są tak szybkie, że taki budynek szybko się demontuje i stawia nowy w innym miejscu. Być może nas też czeka taka przyszłość. Demografia to żywa materia. Co nie zmienia faktu, że ilekroć mam okazję spotykać się z naszymi decydentami, przypominam, trochę żartobliwie, ale jednak na serio, żeby nie dali zniknąć naszej szkole. Tym bardziej, że w tej demografii coś drgnęło i za kilka lat trend może być inny, a szkoła być może odżyje w większym stopniu. Pewnie w końcu się do niej wybiorę, choć zawsze powtarzam, że nie mam czasu. To też prawda, bo póki co, mam co robić w Zagrodzie Krajeńskiej. Zależy mi na tym, żeby jak najwięcej się tutaj działo.
Za to zaangażowanie też jest Pan dobrze oceniany.
Przeceniają moją rolę. Nie ma ludzi niezastąpionych. Inna sprawa, że na początku faktycznie było tutaj zaledwie dziesięć detali, jak: łóżka, kredensy, kufry i w zasadzie nic więcej. Obecnie jest ich około tysiąc dwieście. Im dłużej tu jestem, tym bardziej przekonuję się, jak brakowało przez lata mieszkańcom Złotowa i okolic takiego miejsca. Bo te rzeczy są od nich. Deponując je w chacie, zostawiają w niej cząstkę siebie.
Tak chętnie przynoszą te rzeczy?
Oczywiście. Trzeba było jedynie to jakoś rozpocząć. Pojeździć od jednego do drugiego, a dalszy ruch sam się rozwinął. Za co przy okazji wszystkim dziękuję. Od czerwca 2011 roku do dzisiaj, cały czas coś spływa. Są duże, cenne rzeczy, a są też śmieszne oraz typowo gadżetowe. Wszystkie mają pewną wartość. Ten ruch jeszcze bardziej się zintensyfikował, kiedy trzy lata temu powstała kuźnia, która obecnie jest w pełni wyposażona.
Zagroda rzeczywiście nawiązuje do tych oryginalnych, krajeńskich sprzed wielu lat?
Trudno mi określić, jak faktycznie było. Dlatego, że na razie braliśmy wszystko w ciemno, nie odmawiając nikomu, kto chciałby coś tutaj zostawić. Spora część, zafascynowana chatką, przyjeżdża również spoza Złotowa i najbliższej okolicy. Zostawiali nam rzeczy mieszkańcy Ujścia, Starego Gronowa, Trzcianki, Piły czy Poznania – to miejsce ma swoją renomę. Ludzie, gdy tu zajeżdżają, widzą co mamy i sami deklarują, że coś przywiozą. I dowożą. Gdy niedawno emitowano film o Złotowie w TVP1, facet od razu spakował się w auto, zabrał dziecko i przyjechał z Wałcza.
W jaki sposób trafił Pan do zagrody?
Nie uczestniczyłem w przeniesieniu chaty ze Świętej. W tym czasie byłem przez parę miesięcy u siostrzenicy w Anglii. Gdy przyjechałem, ona stała już w Złotowie, były też dwa dodatkowe budynki, które tworzą całość zagrody. Przez kilka miesięcy to stało puste, a cel był taki, żeby w lipcu otworzyć to na Euro Eco. Była już druga połowa czerwca 2011 roku, jechałem rowerem obok urzędu miejskiego i przez okno zawołał mnie poprzedni burmistrz. Zapytał, czy nie chcę się bawić w naszych chatkach. Zagadnąłem, co miałbym konkretnie robić. Odpowiedział, że to zależy wyłącznie ode mnie. Miał pełne zaufanie, za co bardzo cenię tego gościa. Zresztą od początku miał perspektywę, że pomysł z zagrodą będzie dobry, sprawdzi się no i to się potwierdziło. Poprosiłem o przynajmniej jeden dzień do namysłu. Skonsultowałem to z żoną, powiedziała, że jak mam zbijać bąki w domu, to lepiej żebym rzeczywiście się w to zaangażował.
Zagroda Krajeńska jest ciekawszym miejscem niż złotowskie muzeum?
Charakter tego miejsca jest zupełnie inny. Tutaj trafiły również te eksponaty, które wcześniej były w muzeum, a nie było miejsca ich wyeksponować i leżały zmagazynowane. Po drugie u nas wejście od początku jest za darmo, więc mamy lekką przewagę nad muzeum, gdzie jakieś drobne trzeba jednak zapłacić. Poza tym muzeum, gdy natrafi na ciekawy etnograficznie egzemplarz, płaci za niego. Myśmy za nic tutaj nie zapłacili, za żaden detal. Przepraszam, wyjątkiem jest kierat, który miał już jechać do huty, ale w porę dowiedzieliśmy się, że jest do zdobycia u złomiarza w Józefowie. Wydobycie go stamtąd trwało kilka miesięcy, bo musieliśmy w zamian dać złom. Pomogły nam lokalne firmy, m.in. MZUK, Unimetal i uzbieraliśmy 750 kg.
Wartość historyczna zgromadzonych w zagrodzie rzeczy to jedno, ale wspomniał też Pan o wartości materialnej. Ile to jest warte?
My nigdy tutaj nie mieliśmy problemów ze złodziejami, nic nam stąd nie zginęło, mamy zresztą monitoring, ale lepiej jednak do gazety o tym nie mówić (uśmiech). Inna sprawa, że nie kusimy się o rzeczywistą wycenę, bo prawie jest to niemożliwe. Miasto by zbankrutowało, gdyby dać do tego fachowców, a byłoby ich potrzeba dwóch, a nawet trzech. Taka wiedza niewiele też by nam dała. Większy był dylemat, jak to ubezpieczyć, ale i to udało się rozwiązać. Okoliczni mieszkańcy podchodzą do zagrody, jak do świątyni. Natychmiast mamy informacje, gdy ktoś się tutaj kręci, a nikogo nie ma akurat w środku.
Co to miejsce daje Panu?
Sentymentalne wspomnienie młodości. Przez osiemnaście lat mieszkałem i wychowywałem się w podobnym miejscu, jakim był mój rodzinny dom, w którym mieszkałem do czasu matury. To było w mojej rodzinnej wiosce, Łubowie, między Czaplinkiem, a Bornem Sulinowem. Żona mi nawet trochę wypomina, że robię tutaj Łubowo, także jakoś podświadomie chyba nawiązuję do tamtego miejsca. Sentyment jest też z innego powodu. Ponad pół życia spędziłem już w Złotowie i jego okolicach. Kiedy ta chata stała jeszcze w Świętej, byłem w niej dwa czy trzy razy, jeszcze w latach 70–tych. Mój kolega, śp. Tadziu Wójcik, który pracował później ze mną w szkole, był w tamtym czasie na etacie w muzeum. Zresztą razem przyjechaliśmy do Złotowa, na studiach pięć lat mieszkaliśmy w jednym pokoju. Tadeusz dodatkowo robił jeszcze etnografię w Toruniu, te tematy bardzo go interesowały. Kilka razy był oddelegowany do inwentaryzacji w tej chacie, więc jeździłem z nim. Do teraz mam w pamięci wspomnienia, gdy wspólnie tam pracowaliśmy. Muszę przyznać, że Tadeusza bardzo mi tutaj brakuje, jako etnograf idealnie pasowałby w to miejsce. Zresztą z jego szkolnych zbiorów syn przyniósł tutaj kilka rzeczy. Ta idea Tadeusza jest jakoś tutaj z nami obecna.
Nie nudzi Pan się tutaj czasami?
Zawsze jest tutaj co robić. Nie jest to oczywiście galop, nikt tu nikogo nie ściga, ale bardziej intensywne okresy też się zdarzają. Zwłaszcza w sezonie. Mam też tutaj stałych kompanów, którzy są moją prawą ręką, mam do nich pełne zaufanie. Prawda jest taka, że bez ich pomocy wielu rzeczy nie udałoby mi się tutaj zrobić.
W Złotowie jest sporo regionalistów, pasjonatów historii – współpracują z Panem, komentują Pana pracę, krytykują ją?
Najcenniejsza jest pomoc praktyków: pana Tadeusza Stecyka, który prowadzi izbę muzealną w Szkole Podstawowej Nr 3 i pana Tadeusz Grzesiaka, twórcy izby historycznej w Górznej. Bardzo cennej pomocy udzielają również państwo Zofia i Jerzy Jelonkowie oraz pani Kamila Krzanik–Dworanowska. Merytoryczne wsparcie świadczą również państwo Jowita Kęcińska–Kaczmarek i Konrad Kaczmarek, a także Bogdan Czuba, syn kowala z Sypniewa, który pomaga w wyposażeniu kuźni. Przychodzi tutaj też Zygmunt Lenc posiadający ogromną wiedzę historyczną o Złotowie i Krajnie.
A merytoryczne czy historyczne spory zdarzają nam się tutaj. Najczęściej są to uwagi ze strony seniorów, tych najstarszych mieszkańców, którzy mają w pamięci nieco odmienne fakty. Przykład chociażby pani Renaty Sobek, która w tej właśnie chacie spędziła ileś lat i miała nawet określone pretensje o to, dlaczego tak zorganizowano jej wnętrze. To wynikało z tego, że było ono przez lata w pewnym stopniu przebudowywane. Tak, pojedyncze przypadki uwag, krytyki, zdarza się usłyszeć. Czasami je uwzględniam. Tak w 2015 roku powstała kuźnia, którą narysował Hieronim Stefaniak, a rok później zbudowaliśmy jaz. Teraz musimy to jakoś połączyć ze wspomnianym kołem. Ludzie domagają się, żeby nie kręciło się bezproduktywnie. Czekają nas też pierwsze poważniejsze prace remontowe, bo nic nie jest wieczne. W pierwszej kolejności płot i wymagające konserwacji ściany od nawietrznej strony, gdzie drewno bardziej poddawane jest działaniu warunków atmosferycznych.
Jest też tutaj wypożyczalnia miejskich rowerów. Ludzie rzeczywiście z nich korzystają?
Tak, choć nie jest to taka intensywność, jak byśmy chcieli. Nie ma tu hurtu. Był chyba tylko jeden przypadek, że osoby, które chciały je wynająć musiały czekać. Mamy dziesięć tradycyjnych sztuk plus dwa tandemy.
Kiedy wsiądzie Pan na jeden z nich i przejedzie się do Rolniczaka?
Pani Ania, która pełni w szkole obowiązki dyrektora, wielokrotnie mnie zapraszała. Podobnie pan Bogdan Hamada. Też szorstki w obyciu nauczyciel, aż do bólu, niejednokrotnie mieliśmy spięcia, ale zawsze był bardzo lojalny. Często pyta, czemu do nich nie zajeżdżam. Gdy będę gotowy pojadę, pooglądam szkołę i na miejscu powspominam dawne czasy.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Ja wiem ze Złotów jest mały, nie ma codziennie sensacji ale naprawdę nie macie ciekawszych rzeczy do napisania?
Super wywiad I Pozdrowionka dla Pana dyrektora
Ja wiem ze Złotów jest mały, nie ma codziennie sensacji ale naprawdę nie macie ciekawszych rzeczy do napisania?
Super wywiad I Pozdrowionka dla Pana dyrektora