Lufa osadzona jest na pięknym dębowym łożu. Naruszonym przez korniki – przynajmniej tak można sądzić na pierwszy rzut oka. Dziesiątki maleńkich wgłębień, tym razem nie wykonanych ludzką ręką, zdobią też drewniane koła – wydawałoby się – wiekowej taraśnicy. To mylne wrażenie. Armata, którą pokazuje nam Mario, to replika broni, z pomocą której broniono średniowiecznych zamków. Genialnie jednak wykonana – jesteśmy skłonni zaryzykować stwierdzenie, że z większą pieczołowitością niż niejeden oryginał. Ze wspomnianym okresem ma wiele wspólnego.
Armata zbudowana na podstawie historycznych rycin z tymi, które w czasach, gdy nieprzyjaciel zasadzał się na mury warowni, była powszechnym orężem, poza wyglądem ma jeszcze jedną cechę wspólną: działa. Nasz rozmówca nie raz dowodził jej sprawności na strzelnicy. Tak, na strzelnicy. - Można mieć w tym kraju armatę. I to całkiem legalnie – zgodnie z ustawą o broni i amunicji z 2004 r. – informuje Mario.
Każdy, kto ma już w portfelu dowód osobisty bez problemu może nabyć rewolwer czy strzelbę. Nie jakąkolwiek – mowa o „czarnoprochowcach”. - Ustawa o broni i amunicji dopuszcza jej kupowanie, posiadanie i używanie bez pozwolenia – tłumaczy pasjonat militariów.
Mario zapewnia, że to hobby bezpieczne. - Nie odnotowuje się przestępstw z użyciem broni czarnoprochowej – tłumaczy. Dlaczego? Otóż dlatego, że skomplikowana procedura ładowania dość abstrakcyjnym czyni używanie jej chociażby w obronie własnej, a co dopiero w działalności przestępczej. - Jest to broń ładowana odprzodowo – wyjaśnia, na czym rzecz polega. - Najpierw wsypuje się miarkę prochu, potem przybitka, aby oddzielić proch od kuli, następnie zakłada się kapiszon. Kulę, którą na koniec trzeba dobić specjalnym pobojczykem, wkłada się od przodu do lufy – wyjaśnia mężczyzna. Potem już tylko cel... pal! Huk, dym i... już. Po strzale. - Dymu jest całe mnóstwo... - z uśmiechem uściśla Mario. By znów przymierzać się do tarczy całą opisaną operację trzeba powtórzyć.
Co prawda kiedyś broni czarnoprochowej, uznawanej zresztą za bardzo nowoczesną, używano w regularnych walkach, dziś jednak można o niej mówić w tym kontekście chyba wyłącznie w kategoriach żartu. Ten, co przyznaje nasz rozmówca, może mieć gorzki wymiar - kula wystrzelona z rewolweru, który posiada, niesiona z prędkością ok. 250 m/s może zrobić krzywdę. Dlatego broni czarnoprochowej, jak każdej innej, chociażby białej, trzeba używać z głową.
Na stanie mają ją głównie pasjonaci historii i militariów – jak Mario – lubiący wiekowe „zabawki”. Strzelectwo bowiem to nic innego jak sport i przyjemność. W przypadku broni czarnoprochowej – wcale niedroga. - Kilogram czarnego prochu, w zależności od jakości, kosztuje ok 100-250 zł. Sto kapiszonów to wydatek rzędu 30 zł. Pociski można odlać samemu – jastrowianin tak właśnie robi. - Mając kilogram prochu można strzelać godzinami – do znudzenia. Koszt jednego wystrzału to kilkanaście groszy – ocenia i dodaje: - Każdemu polecam taką zabawę.
Sam zakup broni to droższy interes.

I armatę, i hakownicę Mario wykonał samodzielnie - ściśle według historycznych rycin
Oko Mario cieszy m.in. współczesna replika rewolweru (około 1300 zł), jakiego w 1851 roku używali żołnierze amerykańskiej marynarki wojennej. W jego kolekcji jest też, historycznie również związana z USA, tańsza (ok. 800 zł) replika strzelby myśliwskiej z 1847 roku. Obie sprawne, czego doświadczyła chociażby drukarka naszego rozmówcy, na której dokonano na strzelnicy „rytualnej zemsty”. - Wcześniej długo miałem z nią problemy. Uparcie nie chciała działać, więc muszę przyznać, że pozbyłem się jej z dużą satysfakcją – śmieje się nasz rozmówca.
Nie tylko strzelectwo przynosi mu zadowolenie. Konstruowanie – również. Samodzielnie wykonana, wspomniana wcześniej, replika taraśnicy wymagała wiele pracy i – w aspekcie zorganizowania podzespołów – wiele zachodu. Jak słyszymy – całkiem przyjemnego. - Z zawodu jestem stolarzem meblowym, więc z obróbką drewnianych elementów nie mam najmniejszych problemów. Obróbka metali to z kolei moja pasja – dokształciłem się w zawodzie ślusarz-spawacz – wyjaśnia jastrowianin. Przez cztery bite dni siedział więc i klepał lufę repliki XVI-wiecznej hakownicy. Warto było – broń, która – jak wielu uważa – doprowadziła do zmierzchu rycerstwa, została wykonana z dbałością o każdy szczegół. - Uwielbiam przedmioty z duszą. Poza tym uważam, że jak człowiek wykona coś samodzielnie, to ma to większą wartość. Nie cierpię „chińszczyzny” – przyznaje Mario, pasjonujący się również bronią typu ASG (airsoft gun, czyli repliki broni palnej strzelającej polimerowymi kulkami, wykorzystywanej m.in. w paintballu). Pasja, podobna co w ojcu, pomału budzi się w dzieciach naszego rozmówcy. - Moja córcia pomaga mi czyścić broń, kiedy wracam ze strzelnicy – Mario chwali sześciolatkę. Czy to bezpieczne? - Owszem, ponieważ kul i prochu nie trzymam w domu – wyjaśnia mężczyzna.
Czy w związku z pasją nasz rozmówca jest zwolennikiem powszechnego dostępu do broni? - Nie. Chciałbym, aby ten dostęp był ułatwiony, ale nie powszechny – uważa. I dopowiada: - Nawet amator powinien znać zasady użycia broni i bezwzględnie ich przestrzegać.
Mario realizacji marzeń nie odkłada na jutro czy „wieczne nigdy”. - Trzeba je spełniać, by mieć po co żyć – uważa. Jak przekonujemy się na własne oczy – mężczyzna nie teoretyzuje. Jedno z jego marzeń, zrealizowane, stoi w garażu. Harley davidson sportster o pięknym, gardłowym wydechu zaparkował obok motocykli do zadań specjalnych – dwóch wiekowych „beemek”. Miał być dla żony. - Nie ukrywam, że liczyłem na to, że będę mógł z niego korzystać – śmieje się nasz rozmówca, członek krajeńskiego klubu motocyklowego Burning Few MC. Motoryzacja i broń... Może to i dziwne, ale znajdujemy wspólny mianownik. Zawarty w dwóch słowach: historia i dusza.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze