- Siedzisz na płycie tekturowej i unosisz się na 1800 metrów nad ziemią. Uczucie jest niewyobrażalne...
Jak wytłumaczyć wieczną tęsknotę człowieka za lataniem? - Ten inny dla człowieka wymiar świata nie zaczyna się wśród gwiazd, ale już jakieś 200 metrów nad ziemią. Z tej wysokości Ziemia jest inna, wszystko nabiera harmonii i kolorów. 300 – 500 metrów wyżej to strefa zapachów, które sobie sprawiliśmy sami na ziemi – mówi paralotniarz Robert Judycki. - Z wysokości 1800 metrów nie widać nas, ludzi, i to paradoksalnie jest piękne – stwierdza.
Tak zaczynałem
Zdarzało się, że paralotnię porwała burza na wysokości kilku kilometrów, osoba straciła przytomność, ale skrzydło samo później wylądowało. Zdaniem Roberta Judyckiego dopuszczalne wysokości to około 1,8 km. Im jest się wyżej tym łatwiej wypatrzeć miejsce do lądowania. - Moja pasja wzięła się z całkowitego przypadku. Pewnego dnia kolega namówił mnie na kurs na lotnisku. Jakaś tajemnicza siła spowodowała, że zapragnąłem spróbować. Poza tym instruktor uczył nas fenomenalnie i zbudował naszą chęć oderwania się od ziemi. I w ten właśnie sposób zachłysnąłem się lataniem - mówi paralotniarz. Na godzinę latania potrzebnych jest 4-5 litrów benzyny. Jak mówi pasjonat, latanie trzeba podzielić na dwie dziedziny: latanie z silnikiem na plecach, czyli bardziej bezpiecznie w warunkach termalnych, a drugie to latanie w termice, gdzie powietrze odrywa się od ziemi i tworzą się kominy powietrza. - Przeskakuje się przez chmury, jest fenomenalna cisza i kontakt z naturą, chmura potrafi ciągnąć wysoko do góry. To coś niesamowitego. W ogóle, jak widzisz z góry miasto, wszystko zmienia jakby znaczenie. Siedzisz tylko na jakiejś płycie tekturowej, unosisz się do góry... - zawiesza głos paralotniarz, należący do aeroklubu w Pile. Całkowity koszt sprzętu do latania wynosi niecałe 10 tys. zł. Bez kursów nie należy samemu próbować. Dodatkowo potrzebny jest też zastrzyk zimnej krwi. -Lądowałem już na drzewach. Żartów nie było, więc opanowanie jest jak najbardziej wskazane. Ziemia, cała przyroda, z góry wygląda niesamowicie. To trzeba zobaczyć, żeby zrozumieć - przekonuje R. Judycki, który jest również miłośnikiem fotografowania i nurkowania. [[reklama]] Paralotnia, zwana też glejtem lub parapetem jest rodzajem szybowca o miękkim płacie nośnym (miękkopłat). Wywodzi się w prostej linii od tzw. spadochronów szybujących, od których odróżnia się dużo większą doskonałością i sterownością. Używana jest głównie do celów rekreacyjnych i sportowych (paralotniarstwo) [[nowa_strona]]
[[reklama]] Skąd wzięło się paralotniarstwo?
To bardzo młody sport, który narodził się w Alpach Francuskich w latach 80-tych XX wieku, czyli jakieś 30 lat temu. Alpiniści, zdobywając szczyty, mieli dosyć mozolnego schodzenia. Zabrali więc ze sobą zwykły spadochron i po zdobyciu góry sfrunęli nim w dolinę. W ciągu następnych 20 lat sport ten stał się pasją dla dziesiątek tysięcy ludzi na całym świecie.
Dla każdego coś miłego...
Jak mówi Robert Judycki, który lata już dobrych kilka lat, paralotniarstwo ma wiele odmian, bo ludzie, realizując swoje marzenia o lataniu, ulepszali konstrukcje skrzydeł i wymyślali kolejne innowacje. Aby uprawiać ten sport nie trzeba mieszkać już w górach. - Latamy za wyciągarką, z silnikiem, są i tacy, dla których wykonywanie akrobacji to esencja latania. Prędkości, jakie można uzyskać na paralotni to maksymalnie około 70 km/h. Są różne skrzydła bardziej rekreacyjne, sportowe, które wymagają już większych umiejętności - opowiada. Robert jest fotografem i robienie zdjęć z tej perspektywy bywa fascynujące. - Pięknie wyglądają nasze okolice – mówi mieszkaniec Piły, który swoje korzenie rodzinne ma w Świętej i Walentynowie. Skrzydła szybsze, sportowe, mogą doprowadzić nawet do tragedii. - Może się podwinąć i żartów nie ma. Inaczej lata się w górach, inaczej nad morzem i inaczej w naszych okolicach. R. Judycki lata w każdej wolnej chwili, zimą i latem. – Jak raz spróbujesz nie będziesz mógł przestać. Jak przyznaje mieszkaniec Piły nie raz zdarzały się trudne sytuacje w locie. - Nie jestem panikarzem, ale termika potrafi narobić szkód. Zdarzało mi się, że zabrakło paliwa, bo tak się zapatrzyłem na piękne rejony nad Notecią. Musiałem potrząsać silnikiem, było chyba jeszcze kilka kropel i udało się wylądować, a już szukałem miejsca na wodzie, żeby się nie utopić – śmieje się pasjonat fotografii.
Karol Zabel, fot. R. Judycki
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze