W jednostce służy nas trzynaścioro. Ja, moich trzech synów (Michał jest prezesem), córka Asia, pięcioro wnucząt i trzy synowe: jedna prowadzi kronikę, a dwie skończyły kursy i mogą jeździć do akcji. Kiedy spotykam znajomego strażaka z Krajenki, to mówi, że z jego rodziny więcej osób jest w straży niż z mojej. Odpowiadam mu - tak, ale ty masz różne nazwiska, a ja jedno!
Skąd! Mnie do straży w ogóle nie ciągnęło za młodu. Tyle że pracowałem wtedy w eskaerze, a że mieszkałem blisko, to wyznaczyli mnie do pomagania przy budowie nowej remizy. Woziłem materiały i tak dalej. Któregoś dnia przyszło pismo, że przyjęli mnie do straży.
Reklama
W ogóle o to nie prosiłem, nie było takiego tematu. Zaprosili mnie na zebranie, wpisali na listę, podpisałem się i jestem. Nawet przysięgi się wtedy nie składało. Prezesem był Lucjan Gabriel, w tym czasie złączyli Drożyska Wielkie z Zakrzewem. Miałem wtedy 24 lata.
Parę lat wcześniej do straży próbowali mnie wciągnąć druhowie z Osowa, gdzie się ożeniłem. Należeli do niej mój teść i szwagier. Nawet prezesem chcieli mnie zrobić, ale ja nie zamierzałem tam zostawać. Miałem już działkę budowlaną w Zakrzewie i tu mnie ciągnęło.
Reklama
Znajdowała się koło wylęgarni drobiu, za kościołem. Druhowie mieli w niej żuka, którym jeździli do akcji. Pamiętam też, że nowy obiekt stawiał Józef Tomasz, który wiele budynków w Zakrzewie zbudował. Strażacy pomagali przy budowie po godzinach pracy, najwięcej Budnik, Banach, Radtke, dużo osób robiło. A tam taka glina była...
Nie pamiętam. Wiem, że telefon strażacki miał Edwin Pioch, kierowca. To on włączał syrenę i wyjeżdżał autem, a strażacy wybiegali przed domy. Jak Edwin jechał na Złotów, to do akcji zabierał jednych, jak na Kujan to innych. Ja nieraz się załapałem, bo mieszkałem blisko jednostki. Nawet wielkiego przeszkolenia nie miałem, w tamtych czasach wystarczyło, że ktoś wziął udział w zawodach i już mógł jechać do akcji. Choć potem były aparaty powietrzne, motopompy i trzeba było się szkolić.
Reklama
Pożar w Wiśniewce pamiętam ze względu na stara, który psuł się co i rusz. Od 1985 roku byłem kierowcą w jednostce i wiem, że ledwie podjechaliśmy pod górkę na Prochy. Pet, pet, pet, ledwo silnik zipał. Wymieniliśmy go, ale wtedy zaczęła się rozmowa o innym samochodzie. Wójt Podlewski się wkurzył i w 2005 roku przekazał ciężkiego jelcza do OSP Głomsk, a my dostaliśmy nowego stara.
W Miałach miał miejsce drugi co do wielkości, po II wojnie światowej, pożar lasu w Polsce. Las zapalił się 10 sierpnia 1992 roku pomiędzy Miałami a Drawskim Młynem od iskier sypiących się z zablokowanych hamulców pociągu relacji Poznań – Krzyż. Spłonęło wówczas prawie 6 tys. hektarów lasów, 19 budynków gospodarczych i 3 gospodarstwa. Nie było ofiar w ludziach.
ReklamaOch, ile tam lasu poszło. Jak wyszedłem wtedy do akcji, to wróciłem po dobie. Dlatego wolałem coś w remizie zrobić niż jeździć do akcji, bo nigdy nie wiedziało się, kiedy się wróci.
Nie akcje, a wspólnota mnie wciągnęła. Były pierwszomajowe imprezy, były zabawy i bufety i ja je obsługiwałem. Aby zarobić pieniądze dla straży. Raz dobrze wypadło, drugi raz i tak zostałem bufetowym. Przez lata byłem też kierowcą, skarbnikiem (pieniądz to najgorsza odpowiedzialność, najszybciej można się pokłócić i do prokuratora trafić), zasiadałem w komisji rewizyjnej i zarządzie gminnym OSP. Nigdy nie żałowałem, że dałem się wciągnąć. Do dzisiaj nie wiem, kto mnie zapisał, nie dochodziłem tego. Polubiłem straż i koniec.
Reklama
Kiedy pracowałem w eskaerze, to często pracowałem w polu albo woziłem materiały, jak cegły do Czarnego czy wapno z Nakła i nie zawsze byłem dostępny. Ale jak byłem w pobliżu, to syn przybiegał: tata, pali się! A szef rozumiał, że muszę lecieć. Przychylny był i Stanisław Betański, i Andrzej Kwiecień, który, zanim został moim dyrektorem, był kierowcą w straży zawodowej w Złotowie. Kiedy pracowałem już w gminie, to i wójt Podlewski mówił, że moja służba w straży mu nie przeszkadza.
Oj, chłopaki to już będąc w podstawówce latali syrenę włączać. Zapisywali się kolejno: Piotr, Marcin, Michał. Zaczęli od grup młodzieżowych, grali też w orkiestrze. To znaczy wszyscy chodzili na próby, a grać tylko Marcin grał.
Reklama
Niczego im nie odradzałem. Mówiłem im za to, jaki to obowiązek. Chłopcy byli już ministrantami, więc musieli te rzeczy pogodzić. Nie myślałem wtedy, że piszemy historię OSP Zakrzewo.
Tu też Pan się nieźle urządził, bo do prowadzenia kroniki jednostki „zatrudnił” córkę Joannę.
Chłopy do pisania nie bardzo się nadają, nie? Wspólnie z chłopakami namówiliśmy Asię, która zapisywała dzieje straży przez kilka lat. Teraz robi to żona Michała, Małgosia.
… niech uczciwie opisuje. Nie zależy mi na wynoszeniu na piedestał. Ludzie nas osądzą, ale brzydkiego słowa na nas nie mówią.
Reklama
A pan nie byłby dumny, gdyby miał w jednostce tyle osób ze swojego rodu? Ważne, że chcą działać, bo do straży na chama nikogo nie weźmiesz. Strażacy to dobrzy ludzie, a i na moje dzieci narzekać nie mogę. Oby tak dalej było.
Może być. Dla nas remiza jest drugim domem. Kiedyś odpowiadałem za salę i paliłem w budynku, więc spędzałem tam więcej czasu niż w domu. Jeszcze dzisiaj, gdy usłyszę syrenę, to choć do akcji już nie jeżdżę, biegnę zobaczyć, co się stało. Jeśli nie zdążę, to po chwili zadzwonię do kogoś, by o to zapytać. Tak mi ta straż weszła w krew. My, Falbowie, kulturę strażacką mamy w sobie.
Reklama
Rozmawiał Łukasz Opłatek[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze