Reklama

Stanisław, jakiego nie znacie

22/07/2013 00:00
Ma w życiu niesłychane szczęście, ale i pecha do nieprzeciętnych zdarzeń. Nie raz śmierć zaglądała mu w oczy śmierci. Stanisław Kucharczyk ze swoim Aniołem Stróżem się nie rozstaje

Z czarno-białych zdjęć spogląda na mnie wysoki, przystojny mężczyzna. Poważny, roześmiany, zamyślony, szczęśliwy… Śmiało patrzy w obiektyw. Włosy ma raz gładko zaczesane, raz zaczepnie zmierzwione – tylko uśmiech ten sam. Ten sam, co i dziś. Obracając w rękach małe, karbowane na brzegach fotografie wspólnie idziemy przez życie śladami przeszłości. Raz jesteśmy na wschodzie, w województwie lwowskim, to znowuż w lublińskim, skaczemy po osi czasoprzestrzeni. W Piotrkowie Trybunalskim dołącza pani Eugenia – i odtąd fotografie są wspólne: ślubne, jubileuszowe – całe mnóstwo, coraz więcej. Życie zaczyna się dzielić, na świat przychodzą dzieci. Szczęśliwie małżonkowie wychowują szóstkę. Lata mijają, aparat nie przestaje pstrykać. Czternaścioro wnuków – cała rodzina zebrana w pamiątkowym albumie.

Kartkuję pomału poznając twarze.
Życie zatrzymane w kadrze nie przywodzi na myśl jednak wyłącznie szczęśliwych chwil. Za niektórymi z nich kryją się też cierpienie i odwaga. Stara Łubianka, samolot leży w gorczycy. Pan Stanisław swojego życia nie kładzie na szali. Biegnie. – W każdej chwili mogło się zapalić – wspomina, dodając, że spośród gapiów on i jeszcze jeden mężczyzna rzucili się na ratunek. U jednego z pilotów puls był wyczuwalny. - Nie mogliśmy go wydostać – nasz rozmówca sięga do zakamarków pamięci. Ostatecznie pasy przecięli nożem, który miał przy pasku jego syn. Drugi z mężczyzn nie żył – obu wynieśli poza wrak, nieznajomy mężczyzna odłączył klemy od akumulatora. – Ubrania mieli całe poszarpane… - twarz pana Stanisława pochmurnieje. Śmierć zgasiła iskierkę życia, która tliła się w – wydawało by się – cudem wyratowanym pilocie.

Szczęśliwy obrót
Nieprawdopodobnych zdarzeń w życiu Stanisława Kucharczyka, byłego radnego rady miejskiej, było więcej. Głosowania, uchwały, sesje nie zdominowały jego życia. Nawykł do pracy, zresztą w gospodarstwie nigdy jej nie brakowało, więc trzeba było życie sprawiedliwie dzielić: rodzina, gospodarka, praca w radzie. Ta ostatnia dostarczała mu najmniej wrażeń. – Mieliśmy tu tylko ogródek i pokój z kuchnią – wspomina pani Eugenia – wszystko trzeba było pobudować. Oborę, stodołę, dom… Stodoła. – Chodziłem po belkach i wbijałem gwoździe – wspomina pan Stanisław. Kiedy stracił równowagę, był 7,5 metra nad ziemią. Próbując utrzymać pion kołysał się w jedną stronę,  w drugą – bezskutecznie. Spadł. – Leciałem na plecy – opowiada. Anioł Stróż jednak czuwał. - Obróciłem się, i spadłem na nogi, podparłem się rękoma – nie wierzę własnym uszom. A gdyby się stało inaczej, gdyby te kilkunastocentymetrowe gwoździe, które były w kieszeni… Nie, nie zastanawiamy się nad tym. Idziemy dalej.

Tydzień szeptu
Cofamy się o 4 lata. Pan Stanisław leży na sali operacyjnej poznańskiego szpitala. Kardiochirurdzy wszczepiają my dwa bajpasy. I jedną  zastawkę. Serce zaczyna zbyt szybko pompować krew, w nocy pęka aorta. Powrót na stół – pamiątka jest do dziś. Dotykam delikatnej skóry nad mostkiem – nad sercem tkwi drut. – Lekarze przygotowywali nas na najgorsze – wspomina pani Eugenia. Szczęśliwa gwiazda, pod którą jej mąż się urodził, mimo kolejnej diagnozy, rozedmy płuc, odpędziła śmierć. Choć było ciężko. – Wydawało mi się, że na ścianach jest woda, na suficie woda, na podłodze też. Sprawdziłem stopą – przypomina sobie pan Stanisław, dodając, że za to natychmiast okrzyczała go pielęgniarka. Potem była bura za to, że za szybko chodzi. – Ja w ogóle nie jestem wolny – zauważa mężczyzna. Uśmiechamy się wszyscy. – Prawdopodobnie doszło do niedotlenienia mózgu – pani Eugenia wraca do operacji, dodając, że przed panem Stanisławem stanęło niebezpieczeństwo utraty głosu. Znów – na szczęście – zostało odegnane. Po tygodniu szeptu głos wrócił, niestety jednak już nie tak mocny jak kiedyś. – W chórze przy Domu Kultury śpiewałem tenorem, w chórze kościelnym basem – wspomina. Najpierw śpiewał sam, od 18 roku życia, potem z małżonką, która również się do chóru zapisała. Przy szóstce i gospodarce na głowie  był na to czas. - Rodzeństwem zajmował się najstarszy, a my na godzinkę, na pół wychodziliśmy – opowiada pani Eugenia. – W poniedziałek była sztuczka teatralna, we wtorek próba w kościele, w środę zespół muzyczny… – pan Stanisław zamyśla się – w sobotę też próba w kościele. Sztuczka teatralna? Nasz rozmówca grał Starostę. „Przyjmujemy 8.30” – grupkę teatralną prowadził Wawrzyniec Dyczkowski.
Dziś rodzinną tradycję muzyczną kontynuują dzieci państwa Kucharczyk.

Etatowy dziadek
Małżonkowie całe życie przepracowali, teraz przyszedł czas, by zwolnić obroty. Pan Stanisław wyłączył się z życia polityczno-społecznego, pani Eugenia, chociażby jako Morowa Teściowa, wciąż działa. Głowa rodziny od bieżącego śledzenia spraw powiatu i gminy odwykła, uwaga zwróciła się raczej w stronę spraw krajowych. Działanie w radzie miejskiej, radzie sołeckiej, komisji zdrowia – to przeszłość. Mająca jednak realny kształt. Na stole piętrzy się stos dyplomów – jeden z nich za finansowe wsparcie budowy sypniewskiego domu kultury. W pudełku starannie ułożone spoczywają medale. „Za Zasługi w Rozwoju Województwa Pilskiego” i „Zasłużony Pracownik Rolnictwa” to najważniejsze z nich. Obok legitymacje radnego – kadencje 78`-82`, 84`-88 i 88`-92`. O czwartą pan Stanisław się nie ubiegał. Dlaczego? - Trzeba było młodych – uważa. O sukcesach mówić nie chce. W wielu punktach rozmowy skromność każe panu Stanisławowi zresztą milczeć. Na szczęście jego żona i syn Karol poruszają wiele wątków. „Ile Pan ma lat?” – pytam zaciekawiona bogatym życiorysem. – Niedużo. 81 – pada szczera odpowiedź.

Patrycja Koplin

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama