Dzięki rodzicom. Oni sami na niczym nie grali, ale wymyślili sobie, że poślą mnie do ogniska muzycznego. Mam jeszcze trójkę rodzeństwa, dwóch braci i siostrę, którzy potem także uczęszczali do szkół muzycznych. Dopiero później dowiedziałem się, że dziadek był organistą i grał w kościele, może to dlatego. Niektórzy niemal od urodzenia wiedzą, kim chcą być i co chcieliby robić. Ja, podobnie jak wielu uczniów ogólniaka, miałem problem z wyborem kierunku kształcenia. Kiedyś od kolegi dowiedziałem się, że poszedł na „jakieś” wychowanie muzyczne. Nie wiedziałem, na czym ten kierunek polega, ale dopytałem się i pomyślałem: czemu nie? Wykształcenie muzyczne mam, w tamtym czasie grałem też sporo w różnych orkiestrach i zespołach, zdecydowałem więc i tak zostałem muzykiem. W szkole nie miałem zamiaru pracować. Ja i moi koledzy byliśmy wtedy nastawieni raczej na granie i na tworzenie zespołów. To nas kręciło, nie chcieliśmy uczyć gdzieś za marne pieniądze. Rzeczywistość rządzi się jednak swoimi prawami. Gdybym nie był żonaty, to może inaczej bym myślał, a tak, trzeba się było ustatkować, znaleźć źródło stałego dochodu i osiąść gdzieś na stałe.
To trochę zrządzenie losu. Po studiach najpierw trafiłem do Wyrzyska. Potrzebowali muzyka, a moja żona była po wychowaniu przedszkolnym. Było zapotrzebowanie, więc oboje dostaliśmy pracę. I małe mieszkanko w budynku przedszkola. Kiedyś, fuksem, przeczytałem w gazecie, że są mieszkania w Złotowie. Pojawiliśmy się tu latem w 1986 roku. Potrzebowali nauczycieli do „Dwójki” i „Trójki” oraz przedszkoli. Zasiedliliśmy wtedy cały blok na obecnej ul. Szkolnej. Z Wyrzyska nie chcieli mnie puścić, bo m.in. pomogłem w reaktywacji Chóru Towarzystwa Śpiewu Halka, który nie istniał od 120 lat. Robili wszystko, żeby mnie tam zatrzymać. I tu, i tu obiecywano nam nowe mieszkania. Koniec końców to Złotów się bardziej postarał, dlatego postanowiliśmy się przenieść tutaj.
Reklama
W „Trójce” pracuję od 1986 roku do dzisiaj. Kiedyś krótko uczyłem także w „Jedynce”, trzy lata prowadziłem zajęcia w Społecznym Ognisku Muzycznym, byłem dyrygentem Chóru Nauczycielskiego, instruktorem w Ognisku Pracy Pozaszkolnej oraz Złotowskim Domu Kultury. Pełniłem też funkcję kierownika Estrady Złotowskiej i współtworzyłem Złotowskie Stowarzyszenie Kulturalne. Funkcję dyrektora pełniłem krótko w Zespole Szkół Katolickich, a od 2003 roku w macierzystej „Trójce”. Obecnie pracuję jako nauczyciel w szkołach podstawowych nr 3 i Świętej, gdzie uczę muzyki i prowadzę zajęcia socjoterapeutyczne.
Na początku miałem wiele pomysłów. Chciałem np. założyć orkiestrę perkusyjną, ale w tamtych czasach można było tylko o tym pomarzyć. Instrumenty perkusyjne to nie tylko bębenki, ale też ksylofony, wibrafony... Nie było na to pieniędzy. Najtańszym instrumentem jest ludzki głos, dlatego zabrałem się za śpiew. Na początku utworzyłem ponad 100-osobowy dziecięcy chór międzyszkolny. Popularne były wtedy Natalka Kukulska, Marysia Sadowska, „ Fasolki”. Zasób piosenek był znikomy, postanowiłem więc sam zająć się komponowaniem. Że napisać coś do rymu umiem, dowiedziałem się jeszcze na studiach. To wtedy powstało kilka moich pierwszych tekstów. Pisałem głównie pod dzieciaki, w sumie chyba ponad setkę utworów, ponadto kilka numerów dla kapeli „No To Cyk”, hymn Gimnazjum nr 1 oraz kilka kompozycji okazjonalnych. Myślałem kiedyś o śpiewniku, może kiedyś się za niego zabiorę. Wcześniej napisałem „Vademecum współczesnego wokalisty”, którego do tej pory nie wydałem.
Reklama
Byłem jednocześnie instruktorem, kompozytorem, aranżerem, akompaniatorem, autorem scenariuszy, choreografem i organizatorem wyjazdów… Nie miałem nikogo do pomocy - wszystkim trzeba było zajmować się samemu. Czasami na scenie było 100 i więcej osób, a na mojej głowie właściwie wszystko. Podczas tworzenia chóru międzyszkolnego mogłem liczyć na wsparcie Donaty Kilar, a później także Alicji Andrzejewskiej, Pawła Berndt’a, Ryszarda Szymaniaka, Mirosława Jaskólskiego, Piotra Kuleszy, Bogusława Jarząba czy Krzysztofa Majewskiego.
Stworzyliśmy zarząd zespołu, a nazwa powstała od nazwisk prezeski i wiceprezeski, czyli Sylwii Nowak i Agaty Leoniec. Próby mieliśmy wszędzie, gdzie się tylko dało - w „Ekonomie”, Domu Polskim, „Trójce”, Złotowskim Domu Kultury, Ognisku Pracy Pozaszkolnej na Kieniewicza, wszędzie tam, gdzie były odpowiednie warunki.
Reklama

Zespół „Sagat” zapisał się w historii miasta złotymi nutami
Jak zespół zaczął się rozwijać, zdobywać nagrody, paradoksalnie stawał się coraz mniejszy. Kiedyś na próbę przyjechała komisja i mówi: Chcemy, żebyście reprezentowali województwo pilskie, ale pod warunkiem, że to będzie góra osiem osób. Chcąc nie chcąc, trzeba było zespół zmniejszać, skład odchudzał się również ze względów finansowych. Żeby pojechać na festiwal do Konina dostałem kiedyś Nyskę z Domu Kultury, ale to było mało, jechałem zatem swoim Dużym Fiatem. Dziś takie rzeczy są nie do pomyślenia, rodzice w życiu by się na coś takiego nie zgodzili. Żeby jakoś się to kręciło zespół organizował nawet zbiórki i sprzedaż butelek, chodziliśmy jako kolędnicy i dawaliśmy płatne koncerty. Chciało mi się wtedy jeszcze. W mocnym składzie, z dużymi sukcesami „Sagat” przetrwał około 10 lat. Potrafiliśmy występować 130 razy w roku, niemal jak zawodowy zespół. Nasi wychowankowie „zgarniali” wtedy co się dało. Cała tajemnica tkwiła w ciężkiej pracy. Wielu utalentowanych ludzi ma problemy z samodyscypliną i wygryzają ich średniaki - pełni zapału, wytrwałości i pozytywnego nastawienia. Kiedyś warunki akustyczne na scenie bywały bardzo różne, a jak nie było warunków, to ja tylko ręce zacierałem, bo moje wokalistki nie fałszowały, nie było takiej możliwości. Scena to jest poligon doświadczalny, trzeba umieć zaśpiewać w każdych warunkach.
Reklama
Cała masa, może nawet kilkaset osób. Głównie dziewczęta, chociaż chłopaków też paru było. Nie sposób spamiętać wszystkich, bo prowadziłem jeszcze solistów i drugi zespół wokalny „Sierotki”. Od pierwszej klasy szkoły podstawowej uczyłem Marikę Janowską, z którą byliśmy na paru festiwalach. Międzynarodowe laury zdobywała również inna moja uczennica, Julia Kopczyk. Śpiewało u mnie nawet dwóch przyszłych księży, Roman Siatka i Paweł Jaguś z Misjonarzy Świętej Rodziny. Był Maciej Smolarz, Marcin Polachowski, Krzysztof Ogorzałek, Dariusz Gajda, Paweł Kucharski, Krzysztof Gajda i wielu innych. Nie sposób nie wspomnieć teatru cieni prowadzonego przez Panią Bogumiłę Czajkę, z którym „Sagat” uczestniczył w kilku znaczących przedsięwzięciach. Miałem wypracowany trzon zespołu, a dzięki temu znacznie mniej roboty, bo młodsi w naturalny sposób przejmowali wiedzę od tych bardziej doświadczonych.
W naszych rozjazdach poznaliśmy np. Edytę Geppert, Ewę Bem, Krystynę Prońko, Krzysztofa Sadowskiego, Jarosława Kukulskiego, Danutę Błażejczyk, Elżbietę Adamiak, Jacka Cygana, Karolinę Gruszkę, Krzysztofa Antkowiaka, Pawła Stasiaka z Papa Dance, Annę Jurksztowicz czy Jerzego Filara, tego od „Samby Sikoreczki”. W Gorzowie poznałem kiedyś tamtejszego kuratora oświaty Kazimierza Marcinkiewicza, który później został premierem polskiego rządu. Na festiwalu w Chodzieży poznaliśmy 17-letnią wówczas Kasię Stankiewicz. Później wystartowała w „Szansie na Sukces”, gdzie została dostrzeżona i udało się jej zrobić karierę. W „Szansie na Sukces” pokazało się zresztą wielu innych znajomych i utalentowanych wokalistów.
Reklama
Na początku był pięcioosobowy zespół „STATEMM”. Na perkusji grał Marek Żeromski, na gitarze prowadzącej Maciej Rzeczycki, domeną Tomasza Mendyka była gitara akompaniująca i wokal, a my z Eligiuszem Sawickim obsługiwaliśmy instrumenty klawiszowe. Potem był zespół wokalno – instrumentalny z Aleksandrą Pulit i Tomaszem Mendykiem oraz formacja „Puls” z Krzysztofem Ogorzałkiem i Agnieszką Leibman. Z Romualdem Wizą i Wiesławem Betscherem stworzyliśmy zespół „No i co?”, grając głównie muzykę rozrywkową. Mieliśmy własne aranżacje, śpiew 3–głosowy, improwizacje, jednakowe stroje. Wydaliśmy kasety z naszym repertuarem, płytę CD, a nawet coś na kształt dzisiejszych teledysków.
To było w szkole podchorążych w Elblągu. Zrobiłem przesłuchania, podszkoliłem paru chłopaków i graliśmy na dancingach, uroczystościach, imprezach okolicznościowych przeznaczonych dla wojskowych i ich rodzin. Choć były też gorsze momenty, kiedy trzeba było przygrywać na akordeoniku, jadąc rozpadającymi się saniami przy 30 stopniach mrozu.
Reklama
Ostygłem trochę po zburzeniu budynku Złotowskiego Domu Kultury – Kina „Rodło” , a następnie po zlikwidowaniu Domu Kultury. Nowy kompleks miał zaspokoić wszystkie nasze potrzeby, ale do tego nie doszło. Tak zaczęła się ta moja wewnętrzna emigracja. Teraz w Złotowie brakuje nam dużej sali z prawdziwego zdarzenia, takiej, do której można by zapraszać teatry czy zespoły koncertujące. Hala sportowa ma dobrą akustykę, ale klimatu na artystyczne wydarzenia tam nie ma. Ciągle coś tam sobie robię, ale nie huczę już tak, nie szumię. Myślę o założeniu jakiejś swojej działalności, nie wykluczam nawet założenia zespołu…
Na wszystko jest odpowiedni czas. Chciałem grać w orkiestrze dętej – grałem, w zespołach: rozrywkowym i jazzowym – spełniło się, chciałem prowadzić zespół wokalny – prowadziłem, być dyrygentem chóru – byłem, chciałem pograć do tańca - pograłem, chciałem być dyrektorem to byłem. Wracać do tego samego chyba już mi się nie chce, tym bardziej, że konkursy wyglądają dzisiaj tak, jak wyglądają i czasem już na korytarzu wiadomo, kto wygra. Zamiast stołków wolę trzymać się muzyki, myślę, że tak będzie najlepiej.
Reklama
Rozmawiał Leszek Chełmowski[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Dzzzzieenddoobbbbryy
Żakinada - to świetna sprawa. Turniej szkół. Mnóstwo przygotowań. Wielu uczniów zaangażowanych. Wtedy amfiteatr tętnił życiem. Szkoda , że teraz nic nikomu się nie chce.
A ja do dziś potrafię czytać nuty, wiem co to bemol i krzyżyk. I niech mi ktoś teraz pokaże w Złotowie drugi taki zespół jakim był SAGAT!!! Dużo poświęcenia i zaangażowania. P.Kucharski świetny gość z pasją, której teraz brakuje wielu nauczycielom.
pamiętaj te lekcje, to były takie smuty, że to szok
Miły gość, dobry nauczyciel
Sam już nie wiem ile czasu Pan Stanisław werbował mnie do chóru i jaki miałem z tym związany stres. I to uczenie piosenek na Żakinadę przed uczniami całej szkoły... Uwziął się na mnie Pan Stanisław, ale i tak był fajnym nauczycielem. Zresztą z perspektywy lat wszyscy byli fajni.
Ale na początku było też Dzzzieeńdddobbbbbryyy
super gość dużo wpoił mi wiadomosci muzycznych
Dooowiidzzzennnniaaa
Ja miałem lekcje muzyki w "trójce" z panem Mendykiem. Były zajeb..e. Śpiewałem z chęcią i słuchałem jego opowiadań jak świnia grzmotu. Pozdrawiam
Ja niestety tez pamietam te pseudo lekcje :(
Ja także miałam "muzykę" z Panem Kucharskim. Do dziś pamiętam jak zamiast śpiewać to recytowaliśmy teksty piosenek.
Ten koleś uczył mnie muzyki może nie musieliśmy śpiewać indywidualnie ale za to co tydzień trzeba było nauczyć się piosenki na pamięć na ocenę.
Dzzzzieenddoobbbbryy
Żakinada - to świetna sprawa. Turniej szkół. Mnóstwo przygotowań. Wielu uczniów zaangażowanych. Wtedy amfiteatr tętnił życiem. Szkoda , że teraz nic nikomu się nie chce.
A ja do dziś potrafię czytać nuty, wiem co to bemol i krzyżyk. I niech mi ktoś teraz pokaże w Złotowie drugi taki zespół jakim był SAGAT!!! Dużo poświęcenia i zaangażowania. P.Kucharski świetny gość z pasją, której teraz brakuje wielu nauczycielom.