Bierzesz kawałek cegły i pocierasz nim tak długo, aż zmażesz ostatni niemiecki ślad. Teraz to będzie polski hełm. Strażacka go nosić będzie głowa. I Janek trze tym kawałkiem budulca, którego nie zdążyli wywieźć Niemcy, a i Polacy nie zabrali do odbudowy Warszawy (w Białobłociu całe domy rozbierali, podobnie jak te niebieskie domki nad basenem w Lipce). A potem maluje „orzeszka” na zielono. Podobnie robi Zbyszek.
Pełno tu tego było. Ruskie hełmy też. Co kto miał, to zakładał
– opowiada jedna z legend Ochotniczej Straży Pożarnej w Lipce. Jan Wrzeszcz do jednostki wstąpił w 1956 roku, Zbigniew Błaszkiewicz cztery lata później.
Najpierw pełniliśmy wartę przy grobie w kościele. To mi się spodobało
– mówi drugi. Od tego czasu trzymają się razem i wspólnie opowiadają historię miejscowej straży.
Lipka po wojnie to było jedno gruzowisko. Nie było domu kultury, niczego. Z nudów tłukliśmy dachówki na pustych domach. To była największa radocha. A potem była straż. Chętnych do niej było tylu, że nie szło się opędzić
– opowiadają rozsiadając się w fotelach w remizie, którą przed laty budowali. Dzieje OSP Lipka to historia ich życia.
Zaczęło się od czołgu. Stał porzucony przez Wehrmacht za kościołem, to go sobie strażacy wzięli.
To była taka tantietka do przewożenia żołnierzy. Druhowie założyciele wyremontowali ją i na tych gąsienicach sprzęt strażacki wozili. Nie było części, to dopasowywali do tego „czołgu” mosiężne blachy i jakoś jeździli. Bracia Zabłoccy mieli złote rączki, to ich dzieło
– opowiada Jan Wrzeszcz, który w OSP Lipka przesłużył już sześćdziesiąt lat. Założycieli straży Leona Zabłockiego, Piotra Pełkę, Henryka Szarogrodera, Eugeniusza Rozmusa i Tadeusza Pachuca znał osobiście. To oni 16 marca 1946 roku formalnie zawiązali jednostkę. Pierwszym prezesem został dh Piotr Pełko, a naczelnikiem Leon Zabłocki. Zajęli też poniemiecką strażnicę. I zaczęli szukać sprzętu (pomijając kolejny „czołg” sprowadzony z Kujana, który z tyłu miał gąsienice, a z przodu koła). Zdobyli węże i ręczną pompę ciągniętą przez konie.
Gospodarze Wincenty Klocek i Kazimierz Rydzyński, Bogdana ojciec, mieli po parę koni. W razie jak jeden nie pojechał, to drugi był w odwodzie
– mówi Jan Wrzeszcz, który przejmuje na siebie większy ciężar wspomnień. Pod koniec roku 1946 jednostka pozyskała motopompę, którą do używalności doprowadził L. Zabłocki. Straż liczyła wówczas dwudziestu członków.
Pachuc miał znajomości w państwowej straży w Złotowie. Jak coś tam mieli, to nam dali. A jak nie, to nasi musieli gdzieś wąchać, żeby sprzęt zdobyć
Reklama
– śmieje się pan Jan. Tak do Lipki trafił angielski wóz bojowy – Studebaker. Pierwszy z prawdziwego zdarzenia. Szkoda, że szybko zastrajkował.
W czasie szkoły zbieraliśmy ziemniaki w Bługowie, a wybuchł pożar. W Osowie Chrzan się palił, dym się wzbił w powietrze ogromny. Jak strażacy podjeżdżali pod górkę pod Osowo, to w aucie zabrakło smarowania i się zatarło. Straży się tam nazjeżdżało, ale Chrzany się spalili
– wspomina J. Wrzeszcz, a Zbigniew Błaszkiewicz pomaga mu ustalać daty. Teraz się nie udaje.
Linia na kilometry – Rany nieba, strażacy się palą! O mały włos taki okrzyk zelektryzowałby mieszkańców Lipki. Wszystko przez muła. Tak Jan i Zbigniew nazwali jeden z wozów, który trafił w ich ręce...
Trochę straż, trochę partia – Wiadro, linka i siła mięśni. Na tych filarach oparła się budowa nowej strażnicy. Wciągali więc druhowie wielkie belki na górę budynku własnymi rękami. Normalność...
Na szczęście jest kronika OSP Lipka. W niej czytamy, że w 1948 roku jednostka za własne pieniądze kupiła używany samochód ciężarowy Kruppa i dostosował go do swoich potrzeb. Osiem lat później dostaje stara 20.
Komendantem powiatowym był wtedy Pawlak. Pamiętam, że wtedy dobrze wypadliśmy dobrze na zawodach
– mówi Jan Wrzeszcz.
Wtedy było koszalińskie i przyjechał taki kapitan z województwa. Wtedy ja, Franek Klimek i śp. Jerzy Kondas mówiliśmy mu, że jest susza. I że Krajenka ma już dwa samochody (byliśmy zazdrośni), a my nic. Akurat wtedy chyba Woźniak się spalił, bo piorun strzelił. Nowego samochodu nam nie obiecał, ale dali nam beczkę z Białogardu. Po wypadku, ale i kapitalnym remoncie. Ale to była radocha
Reklama
– opowiada strażak, który w OSP Lipka przeszedł niemal wszystkie stanowiska i funkcje. Tylko kierowcą nie był.
A pamiętasz, że trzeba było wyjść i pompę z tyłu zapalić, zassać i dopiero woda poleciała
– dorzuca Zbigniew Błaszkiewicz. Znowu nie udaje mu się ustalić dokładnej daty. To ciekawe, bo z datami ma on pewien problem. Pan Zbigniew nie wie kiedy się urodził. Niby w papierach ma 1945, ale gdzieś mignął mu też 1944 jako rok jego narodzenia.
Jak szedłem do ślubu, to musiałem mieć świadka odnośnie urodzenia. Był nim Stasiek Michta
Reklama
– mówi o mężczyźnie z rocznika 1941.
Kiedyś Maliszewski Tadziu patrzył w papiery i mówił: Ten Stasiu to miał pamięć, cztery latka miał i pamiętał, że się urodziłeś...
– śmieje się pan Zbigniew, który urodziny obchodzi w miesiącu strażaków – 24 maja.
Kiedy wspomniana beczka z Białogardu przegniła tak, że nie szło jej zespawać, druhowie załatali ją cementem. Na chwilę pomogło.
W 1959 roku odbyło się uroczyste wręczenie pierwszego sztandaru dla jednostki OSP Lipka. Ufundowali go mieszkańcy.

Jan Wrzeszcz (z lewej) i Zbigniew Błaszkiewicz trzymają się razem od lat. Straż pożarna w Lipce to ich wspólna pasja
Rany nieba, strażacy się palą! O mały włos taki okrzyk zelektryzowałby mieszkańców Lipki. Wszystko przez muła. Tak Jan i Zbigniew nazwali jeden z wozów, który trafił w ich ręce. Raz muł zaparł się podczas pożaru zboża. Gdy strażacy gasili łany, wóz zgasł i nie zamierzał odpalić. A ogień nacierał.
Ty Janek albo Jurek Kuchar oblał nas wokoło resztką wody i przed spaleniem uratował
– Zb. Błaszkiewicz zwraca się do kolegi. I zaraz opowiada o pożarze w Witkowie za Gronowem.
Zbudowaliśmy tam linię długą na 6 km. Stawialiśmy basen i dalej pompowaliśmy
Reklama
– pan Błaszkiewicz pamięta, że to było około roku 1960.
A jak się Bonin palił, to woda z tartaku była ciągnięta. Tam był basen na 10 tys. litrów wody. Zbiornik brezentowy stał tu gdzie kaplica i pompa podawała wodę dalej
– dodaje Jan Wrzeszcz. Panowie śmieją się jak na serdecznych kolegów przystało. A skoro humory dobre, to i o spadających portkach opowiedzą. W końcu lat 60–tych OSP Lipka zapoczątkowała tradycję rozgrywek piłki wodnej.
Janek byłem prądowniczym, a Jasiu Kondas puszczał motopompę
– zaczyna pan Zbigniew.
Jak był prąd dobry, to piłka szła, że ho ho. Ale jak z drugiej drużyny ci prądem przypierniczył, to spodenki spadały
– kończy pan Janek. Opowieść kończy się happy endem, bo Lipka wygrała z Wielkim Buczkiem.
Ale się prezes Baryłka cieszył z tego zwycięstwa!
– mówią obaj. Niemal tak bardzo jak z drugiego miejsca w zawodach w Zakrzewie. OSP Lipka o włos przegrała z Krajenką, ówczesnym wicemistrzem kraju.
Prezes jak to usłyszał, to obiad w gospodzie z pompą załatwił. To było coś
– wspominają.
Klimek dostał wtedy pierwszą maszynkę elektryczną, ja aparat fotograficzny, a jako jednostka dostaliśmy radio
– pan Jan takich rzeczy nie zapomina. Podobnie jak nie sposób zapomnieć Stanisława Baryłki. Ten krawiec z zawodu dbał, by strażacy wyglądali jak należy. Temu mundur skrócił, temu zwężył i już jego chłopcy lepiej się prezentowali
Wiadro, linka i siła mięśni. Na tych filarach oparła się budowa nowej strażnicy. Wciągali więc druhowie wielkie belki na górę budynku własnymi rękami. Normalność.
Jak tu kanał kopaliśmy, to taka glina była, że nie mogliśmy tego ruszyć. Kilofami dłubaliśmy trochę, odpoczywaliśmy i znowu dłubaliśmy. Taka była wspólna siła
– mówią druhowie seniorzy. Głównymi inicjatorami budowy nowej strażnicy byli Ryszard Jadziewicz i Franciszek Klimek. Duży udział w jej powstaniu miała Gminna Spółdzielnia.
Prezes Stefan Wołoszyński był miłośnikiem czynu społecznego, też czynem to budowaliśmy
– opowiada Zb. Błaszkiewicz, który był brygadzistą.
Dzięki GS–owi to stoi
– mówi z przekonaniem. A Jan Wrzeszcz szybko wspomina o roli partii.
Połowa budynku miała być na remizę, a połowa na dom partyjny. Polska Zjednoczona Partia Robotnicza miała np. salę na piętrze
– wyjaśnia. Nowa strażnica gotowa była w roku 1975. Kiedy partia zniknęła, strażacy objęli w posiadanie cały obiekt. Tyle, że wtedy okazał się on zbyt mały. A może to wozy strażackie za bardzo urosły?
Gdy dostaliśmy nowe auto, nie mogliśmy się nim dostać do remizy. Wjazd był z boku, a tam było za mało miejsca na taki długi samochód. Musieliśmy go zrobić od przodu
– Jan Wrzeszcz wyciąga rękę w kierunku ulicy. Jest 9 maja, a za oknem pada śnieg.
A cztery czy pięć metrów od wjazdu stał płot Zabłockiego. Na szczęście ludzie byli tą ziemią nasyceni, to nam ją dawali. Dzięki temu wjazd jest taki szeroki
– dodaje Zbigniew Błaszkiewicz.
A strażacy odwdzięczali im się każdego dnia. Jak nie ratując ich dobytek, to biorąc udział w ich ostatniej drodze. Bo w swej historii straż pełniła wiele nietypowych funkcji, jak choćby asysty przy pogrzebach.
Kiedyś nie było firm pogrzebowych, to ludzie nas prosili o pomoc. Najpierw trumny dźwigało się na barkach, później kładliśmy je na dwukółce. Czasem ludzie prosili nas o pomoc, bo nie mieli pieniędzy na zakład pogrzebowy. Ilu my ludzi wynieśliśmy. Jeszcze teraz przychodzą, gdy nie mają obstawy
– twierdzą panowie Jan i Zbigniew, którzy z liturgią kościelną związani są od początku przygody ze strażą. Zaczęło się od warty przy Grobie Pańskim, a skończy pewnie na Bożym Ciele.
Zawsze wtedy księdza we dwóch prowadzaliśmy, ale w tym roku już nie pójdę, nogi mnie bolą
– twierdzi pan Jan.
Jeszcze wytrzymasz. Ten ostatni raz
– zachęca go kolega Zbyszek. Zgoda.
Zapis najnowszej historii Ochotniczej Straży Pożarnej w Lipce znajdą Państwo na stronie internetowej jednostki. Tam też do obejrzenia są stare fotografie strażaków. Przy okazji, w imieniu władz OSP zwracamy się do Państwa z prośbą o przekazanie druhom archiwalnych fotografii dokumentujących życie jednostki. Wszystkie po zeskanowaniu wrócą do właścicieli.
A już dziś zapraszamy Państwa na obchody 70 – lecia OSP Lipka połączone z Powiatowym Dniem Strażaka. Do zobaczenia 3 czerwca. Jan Wrzeszcz i Zbigniew Błaszkiewicz też tam będą.[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze