Najbardziej brakowało jej krzyża. W obu klasach. Zeszytów też nie było, książek i przyborów także. Można się domyślać, że Helena Szczoczassowa chciała wierzyć. Po tym, co przeszła w obozie koncentracyjnym w Torgau szukała oparcia w Bogu. W nowo powstałej polskiej szkole w Łąkiem krzyża nie było, więc za jedną z pierwszych wypłat kupiła krucyfiksy do sal lekcyjnych.
Prawdziwa siłaczka
– 9 czerwca 2017 roku, podczas obchodów 70–lecia szkoły powie o niej dyrektor Iwona Peciak. Uroczystość odbędzie się w kościele.
W sali, która dawniej była zwyczajną tancbudą
– zauważy jeden z pierwszych uczniów placówki Józef Maciej Roślicki.
Helena Szczoczassowa była którąś z kolei nauczycielką w Łąkiem (trafiła tu 29 września 1945 roku z Mielca). Pierwszy pedagog uciekł po trzech dniach, tak przeraziły go warunki panujące w wiejskiej szkółce. Dwaj kolejny poszli w jego ślady z tego samego powodu. Na szkołę składały się dwie duże sale lekcyjne, kancelaria i mieszkania dla nauczycieli. Było kilka ławek, krzesła, stoły, tablica i skromna biblioteka. Uszy kłuła polszczyzna mieszkańców. Na Ziemiach Odzyskanych mało kto mówił w języku Mickiewicza, o płynnej polszczyźnie nie wspominając. Zaraz po wojnie Łąkie i okolice były językowym tyglem. Niby polskim, ale jakby z innej planety. Zwłaszcza w oczach dzieci.
Nie za bardzo rozumieliśmy autochtonów. Kolega siedział obok mnie w ławce, a nie bardzo po polsku umiał mówić…
– wspomina najsłynniejszy absolwent miejscowej szkoły Maciej Roślicki. Pochodził z centralnej Polski i uważał się za prawdziwego Polaka.
Na tych, którzy przyjechali ze Wschodu i zaciągali mówiliśmy „Ruskie”. Ich rodzice w dowodach mieli miejsce urodzenia: ZSRR. A na autochtonów mówiliśmy „Niemce”. A że oni tu byli od pokoleń wychowywani? Kto się tam zagłębiał w takie subtelności, że byli Polakami, należeli do polskiego narodu, a tylko byli obywatelami Rzeszy. Niemce i już
Reklama
– opowiada były dziennikarz Gazety Krakowskiej. Dziś ówczesny sposób myślenia nazywa uproszczeniem. Czego jednak było oczekiwać od dzieci, skoro i dorośli na przybyszów ze wschodnich rubieży Rzeczypospolitej wołali „hadziaje”...
Do pierwszej klasy polskiej szkoły w Łąkiem poszło sześćdziesięcioro dzieci, powstało harcerstwo i kursy dla analfabetów. W 1947 roku zapisano już 120 uczniów. Pani Helena uczyła klasy I, II i III liczące w sumie 77 dzieci. Dziś nie do wyobrażenia. To był inny świat.
Był to moment integracji ludzi, którzy przyjechali na Zimie Odzyskane, w tym do Łąk, Trudnej, Kiełpina z różnych stron Polski i na różnych zasadach. Tu uczyliśmy się wszyscy tej nowej, powojennej Polski
Reklama
– mówi J. M. Roślicki, który przez lata podtrzymywał kontakty z pierwszą szkołą. Pomagał np. w organizacji wyjazdów perełce tej placówki – zespołowi mandolinowemu „Frygi”.
Chodziliśmy razem do szkoły i braliśmy udział w przeróżnych działaniach. Ta integracja pozwoliła nam wzajemnie się zrozumieć i być ze sobą
– opowiada o pierwszych latach nauki. Jest dumny, że tutaj zaczynał tę przygodę.
W 1948 roku byłem poważny i chodziłem do drugiej klasy. W kronice szkoły jest mój podpis, pomiędzy Roman Bielecki i Heribert Hajduk (staropolskie imię i nazwisko) pisze Maciej Roślicki jak byk. Jestem tu udokumentowany
Reklama
– 9 czerwca 2017 roku wpisuje się do kroniki ponownie.
W jego pamięci Łąkie z lat powojennych to wieś dobrze zorganizowana. Na dryl niemiecki rzecz jasna. Była tu stolarnia, kuźnia i młyn. Nawet stacja paliw była pod sklepem. Zdaniem pana Macieja bańka na paliwo, zardzewiała już, na pewno pod ziemią jeszcze leży. W gospodarstwach zaś były urządzenia, jakich osiedleni tutaj Polacy nie znali.
Ojciec i wuj mieli gospodarstwa i dzięki temu, że za sąsiadów mieli bardziej doświadczonych rolników
– autochtonów, to pojęli tajemnice uprawy ziemi i obsługi maszyn – M. Roślicki przyznaje, że i ci zza Buga i z centralnej Polski uczyli się tego niemieckiego ordnungu.
Namiastkę swych doświadczeń Józef Maciej Roślicki przekazał obecnym uczniom i nauczycielom szkoły w Łąkiem podczas obchodów 70–lecia placówki. 9 czerwca byłych zasłużonych działaczy oświatowych wspominała dyrektor Iwona Peciak:
Każdy zostawił tu cząstkę swojego życia. W murach tejże szkoły na zawsze zostawiliśmy ślad po naszych radościach, smutkach, nadziejach i marzeniach, zostawiliśmy swój uśmiech i gniew, radość z sukcesu i smutek po porażce, zostawiliśmy cząstkę siebie.
W gronie zasłużonych musiał znaleźć się śp. Roman Kęciński. Dyrektor, którego pamięć uczniowie czczą co roku biegami przełajowymi (tegoroczna edycja odbyła się 3 czerwca). Jednak Zespół Szkół w Łąkiem od 30 września 2011 roku nosi imię nie któregoś z zasłużonych miejscowych działaczy, lecz Janusza Korczaka. Przygotowania do jego nadania trwały kilka lat. Z wyboru tego społeczność jest bardzo zadowolona, a jeszcze bardziej z tego, że szkoła w Łąkiem wciąż istnieje i ma się dobrze. Bo nadal są uczniowie, którzy chcą uczyć się w niej świata. Do nich podczas uroczystości zwracała się dyrektor:
Jesteśmy szczęściarzami, że dane jest nam wpływać na to, kim i jacy będziecie w przyszłości.
Ideałem byłoby, gdyby prawdy wpajane młodemu pokoleniu w szkole w Łąkiem zostały w nim na lata. Tak jak w Macieja Roślickiego wrosło „Rodło” i Pięć Prawd Polaków.
Nic z tych wartości, które wtedy zostały nam zaszczepione nie straciło na aktualności. Teraz aż się prosi, by do nich wracać. To trzeba zmieniać ustawy i konstytucje, by być dla siebie bratem? Żeby służyć wspólnie razem Ojczyźnie? By nie mówić o niej źle? To są wartości proste i oczywiste, ale jakby nie przystają do tych czasów. I to jest tragedia
Reklama
– uważa blisko osiemdziesięcioletni absolwent szkoły w Łąkiem, który wciąż z ochotą odwiedza tę placówkę.
Więcej zdjęć w galerii:
[[gal=17147]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze