Ma proste plecy i dobry zgryz. Dostaje za to stypendia i nagrody: w Polsce i we Włoszech. Rozmowa z muzykiem Markiem Kokowskim
Badał się Pan kiedyś na spirometrze? Nie, nigdy. Ale myślę, że nie byłoby najgorzej. Zapewne chodzi Panu o to, że grając na jakimkolwiek instrumencie dętym ma się potężną pojemność płuc. To jest nie do końca tak. Najważniejsze jest, aby umieć stworzyć odpowiednie ciśnienie powietrza, które spowoduje, iż ścianki instrumentu zaczną rezonować, co z kolei da ładną barwę i nośny dźwięk.
Zastanawia mnie, jakie trzeba mieć cechy (fizyczne i psychiczne) by zostać dobrym flecistą? Cechy fizyczne ciężko jest określić. Na pewno potrzebne są uszy...(śmiech). A tak poważnie to proste plecy i dobry zgryz. A co do psychicznych to takie jakie obowiązują muzyka każdej specjalności: pracowitość, wyobraźnia, upór w dążeniu do celu, no i silna psychika. Flet to jeden z najstarszych instrumentów na świecie i, wydawałoby się, jeden z prostszych do opanowania. To prawda? Hmm… na pewno nie należy do tych najtrudniejszych. Z drugiej zaś strony na pewnym etapie chyba nie ma łatwych instrumentów - byłbym ostrożny w tego typu ocenach. Patrząc na pierwszy etap kształcenia to samo wydobycie dźwięku na flecie jest trudniejsze niż na fortepianie, no ale czy możemy mówić, że fortepian jest instrumentem mniej skomplikowanym niż flet?
Podobno flecista zagrać może wszystko: muzykę symfoniczną, rozrywkową, jazz. Grywa Pan tak różny repertuar? Raczej nie. Owszem, zdarzyło mi się nawet w Złotowie grać „Suitę jazzową” na flet i trio jazzowe i świetnie się przy tym bawiłem, ale raczej nie robię tak dalekich „wycieczek”. Zresztą żyjemy w czasach, gdzie wymagane jest, aby się w czymś specjalizować. W muzyce artystycznej od wielu lat zauważalna jest tendencja do specjalizowania się w muzyce z danej epoki, np.: barokowej, klasycznej. Ale faktycznie flet wykorzystywany jest w każdym z gatunków muzycznych.
Co najdziwniejszego, najbardziej oryginalnego grał Pan na flecie? Chyba utwór angielskiego flecisty i kompozytora Iana Calrke’a pt. „The Great train race”. Wykorzystuje on prawie wszystkie możliwe techniki gry na flecie: świsty, granie ze śpiewaniem jednocześnie, wykonywanie wielodźwięków, co naprawdę w niesamowity sposób imituje lokomotywę. [[reklama]] Pamięta Pan swój pierwszy flet? Oczywiście, że pamiętam (nie licząc fletu prostego, na którym grałem w szkole podstawowej i od którego zaczęła się moja przygoda). To był dość stary flet, niemiecki, firmy nie pamiętam, ale grało się na nim bardzo ciężko.
Kiedy po raz pierwszy pożałował Pan wyboru instrumentu? Gdy zobaczyłem, ile kosztuje... (śmiech)
Dlaczego Pan wytrwał przy flecie? Sam Pan mówi, że im dalej w las... Kluczem jest słowo „pasja”. Wytrwałem, bo wydaje mi się, że do niczego innego się nie nadawałem. A grać uwielbiałem, nawet ćwiczenie gam, co w szkole muzycznej było dla wielu największą udręką.
Jak Pan dba o palce? Rozumiem, że to największy skarb muzyka. Nie wiem, czy największy, powiedzmy, że jeden z wielu. Przecież jeśli zostałbym dotkliwie uderzony w szczękę, to problem byłby równie katastrofalny co brak palca czy jego kontuzja.
Zakładam, że bycie zawodowym muzykiem to ciężki kawałek chleba. Te wielogodzinne próby... Każdy zawód ma swoje plusy i minusy. Na pewno w zawodzie muzyka minusem jest długie oczekiwanie na efekt. Aby przygotować program recitalu potrzebny jest minimum miesiąc ćwiczenia, prób po wiele godzin dziennie. Natomiast przygotowanie do konkursu trwa minimum pół roku. Ja w szczytowym okresie ćwiczyłem po jedenaście godzin dziennie. Zresztą moja obecna Pani Profesor używa słowa „trening”. Jak u sportowca, bo w dużej mierze tak to wygląda. Trenujemy swoje palce, kontrolę nad ciałem i umysłem. [[nowa_strona]] Pierwszy sukces zapamiętał Pan jako…? Pamiętam niedowierzanie, to było dla mnie wprost niewiarygodne. To był konkurs w Poznaniu, z którego wyjechałem nie czekając nawet na wyniki. Moja ówczesna nauczycielka zadzwoniła do mnie wieczorem i powiedziała, że jest I miejsce. Był to impuls, który sprawił, że uwierzyłem we własne możliwości.
Jest Pan laureatem wielu konkursów, m.in. VI Międzynarodowego Konkursu „Citta di Padova” w Padwie, III Międzynarodowego Konkursu w Trieście, III Międzynarodowego Konkursie „Citta di Rivarolo” w Turynie. Co dały Panu te nagrody? Możliwość ubiegania się o stypendia artystyczne, bez których nie mógłbym zakupić instrumentu profesjonalnej klasy. A poza tym możliwość występowania na koncertach, bez których muzyk nie istnieje. Ćwiczenie w sali po wiele godzin traci sens, jeśli nie można zaprezentować efektów publiczności.
Gdybyśmy podzielili muzyków - flecistów ze świata na kategorie, to w której Pan by się znalazł? Na pewno nie w ekstraklasie. (śmiech) Do tego jeszcze długa droga. Myślę, że w średnio zaawansowanej.
Jest Pan pracownikiem Państwowej Szkoły Muzycznej I stopnia im. Witolda Lutosławskiego w Nowym Tomyślu. Myślał Pan o pracy bliżej rodzinnego Złotowa? Oczywiście, że myślałem. Co więcej, chciałbym bardzo pracować w „mojej” szkole. Sentyment jest ogromny.
Ludzie najczęściej relaksują się przy muzyce. Pan pracuje grając i ucząc grania. Jak Pan wypoczywa? W ciszy. Aczkolwiek trudno jest ją uzyskać. Bardzo uspokaja mnie gotowanie, co niestety widać. (śmiech)
[[reklama]] Pytam o to również dlatego, że na Facebooku wśród ulubionych podał Pan giełdę fletową i Filharmonię Berlińską. Muzyka to cały Pański świat? Prawie. Mało miejsca tam na inne sprawy. Każda ze sztuk jest dość zazdrosna i mściwa, jeśli się ją ignoruje. Jak kobieta.
Na Pańskim profilu na Facebooku wśród ulubionych są także Polityka, sport i Krystyna Pawłowicz musi odejść z F. Ciekawy rozrzut tematyczny. Nawet się nad tym nie zastanawiałem. „Polityka” pewnie dlatego, że jest to mój ulubiony tygodnik. Sport pewnie z przypadku. A Pani poseł? Jak to mawiał mój nauczyciel historii w liceum ogólnokształcącym – należy bać się radykalizmów. A dla mnie Pani Pawłowicz taką postawę reprezentuje i, co gorsza, jest agresywna wobec innych ludzi.
Rozmawiał Łukasz Opłatek
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze