Kiedy szedł ze sztalugami i płótnem na łąkę, śmiała się cała wieś. - Lepiej by z dziewczyną pod rękę chodził - padały sarkastyczne komentarze. - Gdybym szedł w Krakowie, byłoby w porządku - podsumowuje Tadeusz Szweda - ale w Blękwicie...
16 grudnia 1969 roku. Godzina 19.30, w telewizji właśnie nadają Dziennik. Tadeusz Szweda rozstawia sztalugi i wyjmuje komplet napoczętych farb olejnych, które dostał od majstra. Malarz pokojowy bierze do ręki pędzel, tym razem jednak nie gładkie, monokolorystyczne powierzchnie będą spod niego wychodzić. Szarobura płyta zaczyna żyć – stopniowo wykwita zieleń traw, w oddali, jakby za mgłą, majaczą kontury domów. Artysta kończy swe pierwsze dzieło. - Co to za snopki? - do pokoju wchodzi siostra. „To nie snopki, to domy”. - Ty sobie daj spokój – próbuje sprowadzić Tadeusza na ziemię. Jemu do ziemi jest jednak dość daleko. Dosłownie. Od pracy w gospodarstwie woli sztukę.
Chyłkiem
Blękwit. Tadeusz przechodzi przez ulicę, pod pachą niesie sztalugi i płótno. Idzie na łąkę, by w płótnie zakląć impresje letniego dnia. Na ławce, zupełnie niedaleko, pośród sąsiadów siedzi jego ojciec. - Lepiej by z dziewczyną pod rękę chodził – wysłuchuje uszczypliwych komentarzy. Chłopak dostaje w domu burę, śmiechy znajomych dotykają jego rodziciela – w tamtych czasach nie do pomyślenia było być artystą. Gospodarstwo – to było coś, rolnik – człowiek ziemi cieszył się szacunkiem. Ale malarz-artysta? Taki dziwak? - Gdybym szedł w Krakowie byłoby w porządku, ale w Blękwicie... - uśmiecha się. To była ujma. T. Szweda w plener zaczął zatem chodzić bocznymi drogami. Przemykał, starając się zostać niezauważonym, zaniechać tworzenia jednak nie chciał. Nie chce i dziś. - Bez malowania popadam w depresję – tłumaczy. Raz tylko w życiu dotknęła go bezradność. - Kiedy zmarł mamy brat ogarnęła mnie pustka – tłumaczy nasz rozmówca. - Myślałem „co teraz?”. Pewien etap w życiu się skończył, niespokojne dotychczas ręce nie mogły znaleźć zajęcia. Sens nagle gdzieś się ulotnił, rozpłynął w gęstym od emocji powietrzu. Kto miał siadać na ławeczce tuż obok pieca i prawić o przeszłości? Kto oceniać postępy i dawać dobre rady? - Widział jak zaczynałem. On wiedział, że nie zawsze malowałem tak jak teraz, dziś ludzie o tym nie myślą – mówi T. Szweda. Zaakceptować pustkę nie było łatwo.
[[reklama]] Masz, chłopie, talent
Pan Tadeusz nie pamięta narodzin pasji. Malarstwo było w nim od zawsze – to jedyne co wie. Historię pierwszego rysunku poznał z ust matki – to był zając w stójce. Kilkuletniemu wówczas chłopcu dano kartkę i kazano rysować, by nie przeszkadzał w towarzystwie. Jakież było zdziwienie, kiedy okazało się, że białej powierzchni nie pokrywają tańczące w bezładzie kreski, a wiernie odwzorowany zwierz. Mało kto mógł uwierzyć, że narysował go chłopiec, ten rysunek zatem powtórzył. I wtedy zapadł wyrok: - Będzie z ciebie malarz. Mama nie od razu w to uwierzyła. Siostra przez długi czas patrzyła na obrazy zajmujące kolejne metry ścian z powątpiewaniem. - Mówiła „masz kota” - pan Tadeusz uśmiecha się do wspomnień. Przekonał ją dopiero plener w Grecji. [[nowa_strona]] Chłopcy, których kiedyś kochałam
Wieleń. Ściany bez oporu poddają się miękkiemu grafitowi. Trzymany we wprawnych dłoniach kilkuletniej Krystyny ołówek mknie po gładkiej powierzchni. Za bohomazy dziewczynka dostaje od taty po rękach. Nic to jednak, zapał do kreślenia nie mija. W piecu wypalają się z drewna węgielki – z lekkością rozcierają się na papierze, spod ciemnych smug wyłaniają się twarze. W ruch idą też kredki. Prędkość, zasady dynamiki Newtona, Prawo Ohma nie zaprzątają głowy dziewczyny. Zamiast śledzić równania wyrysowuje w zeszycie portrety chłopaków, którzy wpadli jej w oko. Pac, w głowę uderza kreda. Trzeba było uważać. I szybko dorosnąć. W domu się nie przelewało, trzeba więc było pójść do pracy. Niedługo potem pojawił się mąż, na świat przyszło czworo dzieci. Pasja siłą rzeczy musiała przygasnąć. Obudziła się wiele lat później – kiedy odchowane były nie tylko dzieci, ale i wnuki, na malowanie znów znalazł się czas. Czas na sztukę, czas na zmiany, czas na miłość. Zupełnie nieoczekiwaną. Stoczek Klasztorny, plener malarski i wielkie uczucie. Małżeństwo. [[reklama]] Nie pozwolą zniknąć
Podobno przeciwieństwa się przyciągają. Podobieństwa również, na co dowodem jest małżeństwo Szwedów. Dwie artystyczne dusze, dwa spojrzenia na świat, jedna pasja. Ich dom w Blękwicie to mała galeria sztuki. Tajemnicze pejzaże, motywy marynistyczne, portrety ojca świętego, autoportrety... - zbiór jest przebogaty. - Tadeusz to dziecko natury – śmieje się pani Krystyna. Niepoprawny romantyk, który pochyli się nad każdą żywą istotą. - Życie jest takie cudowne – podkreśla artysta. Celebruje je więc ze wszystkich sił. - Ludzie codziennie idą tą samą drogą i nic nie zauważają – opowiada – ja codziennie widzę coś nowego. Wycieczki rowerowe z małżonką to więc stały element życia. Pora na oddech, na złapanie inspiracji. Chwila przed pierwszym liźnięciem płótna tęczą kolorów. Stare kapliczki, stodoły, domy, które za chwilę znikną – wszystkie znajdują swoje miejsce w ramach. Zamknięta została w nich również niebieska otchłań – jeden z ulubionych malarskich motywów pani Krystyny. - Morze zawsze mnie urzekało. Zachody słońca, statki, łodzie rybackie – wylicza artystka. Prócz tego spod jej pędzla często wychodzą też kwiaty, martwa natura, zabytki. Świetnie sprawdza się rysunek graficzny, rysunek tuszem, suchą pastelą.
W głowach małżonków wiruje tysiąc pomysłów. Zwalniać nie zamierzają. - Im więcej się maluje, tym bardziej ta sztuka wciąga – mówią zgodnie. Jak narkotyk – podsumowuje K. Szweda.
Patrycja Koplin
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze