Polski Związek Bobslei i Skeletonu poinformował o historycznym sukcesie Polek oto w Pucharze Świata w Winterbergu dwójka żeńska Linda Weiszewski i Klaudia Adamek zajęła 9. miejsce. To ogromny sukces, tym bardziej, że Polska ma słabe tradycje w tej dyscyplinie sportu. Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Klaudią Adamek, który opublikowaliśmy na łamach Aktualności Lokalnych kilka miesięcy temu. Tam dowiecie się dlaczego Klaudia postawiła na bobsleje. fot. PZBiS
Bobsleje?! My będziemy czarne konie!
Po trudnym rozstaniu z lekkoatletyką, Klaudia Adamek odnalazła nową pasję. Chce być pierwszą Polką, która wystąpiła zarówno na letnich, jak i zimowych igrzyskach olimpijskich
Domyślam się, że pożegnanie z Królową Sportu nie było dla Ciebie łatwą decyzją.
Było wiele czynników, które się na to złożyły. Sezon po Igrzyskach w Tokio miałam jeszcze w miarę udany, potem zaczęły się zawirowania ze zdrowiem, formą i życiem prywatnym. Miałam jasno postawiony cel, ciągle trenowałam na 100% i chciałam wrócić na swój optymalny poziom. Z biegiem czasu pojawiła się we mnie jakaś frustracja, bo pomimo pracy, włożonej w to energii i finansów, wyniki nie przychodziły. W takiej sytuacji pojawiło się pytanie: co jest nie tak? Poza presją, którą sama na siebie nakładałam, były też dodatkowe oczekiwania ze strony związku, sponsorów i innych osób. W trakcie ostatniego sezonu halowego pojawienie się na starcie już mnie tak nie cieszyło. Mniej zwracałam uwagę na to, czy sprawia mi to radość, a bardziej na to, co ludzie mogą powiedzieć, jak wynik będzie poniżej oczekiwań. Nie chciałam nikogo zawieść... Trener poświęcał mi bardzo dużo czasu, kombinowaliśmy z treningiem, wciąż szukaliśmy jakichś pozytywnych bodźców, ale efekty były mizerne. Dałam sobie dwa lata, a forma nadal nie przychodziła. Zawsze miałam charakter zwycięzcy, ale w ostatnim czasie na zawody jeździłam jak za karę. Postawiłam wszystko na jedną kartę, ale koniec końców sezonu halowego do sukcesów zaliczyć nie mogę. Na pewno odebrał mi wiele radości z tej mojej pierwszej miłości jaką była lekkoatletyka.
Ponoć nie chcesz żegnać się z tą dyscypliną definitywnie.
Nie chcę, nie odwiesiłam jeszcze kolców na kołek. W tym momencie może nie tęsknię jakoś szczególnie za lekkoatletyką, ale chciałabym jeszcze kiedyś do niej powrócić. Wiele osób podkreśla, że zmieniając otoczenie i dyscyplinę sportu odżyłam, od nowa złapałam wiatr w żagle. Ja mam podobne wrażenie i chcę teraz spróbować swojego szczęścia gdzie indziej. Jak pokazuje przykład innych sportowców, bobsleje i lekkoatletyka, a konkretnie sprint, wcale się nie wykluczają, a w wielu aspektach wręcz się ze sobą łączą. Specyfika treningu jest bardzo podobna w obu przypadkach. Biegam teraz po 30, 40, 60 metrów w kolcach na normalnym stadionie, robię siłownię z naciskiem na górę, więc w 80% to samo co robiłam wcześniej.
Myślisz o tym, żeby sprawdzić się jeszcze jako instruktor lekkoatletyki?
Moim wielkim marzeniem jest założenie sekcji lekkoatletycznej w Złotowie lub w Zakrzewie. Nasze okolice stoją głównie siatkówką i piłką nożną, myślę więc, że na tym polu jest coś fajnego do zrobienia. Robiłam już do tego pierwsze przymiarki, ale z chwilą, kiedy w moim życiu pojawiły się bobsleje, stwierdziłam, że ten pomysł musi jeszcze trochę poczekać. Na wszystko przyjdzie odpowiedni czas. Nie lubię robić czegoś „po łebkach”, dlatego postanowiłam, że póki co chcę się skupić na własnych sportowych ambicjach. Nie wybieram się na emeryturę [śmiech] i mam sobie jeszcze coś do udowodnienia.
Z biegów sprinterskich na bobsleje... Skąd wziął się pomysł na tak zaskakującą odmianę?
Jest z tym związana śmieszna historia, bo trener Floty Gdynia i zarazem kadry Polski przez pół roku starał się zdobyć do mnie kontakt. Próbował przez znajomych zawodników, mojego obecnego i byłego trenera, aż w końcu jakoś do mnie dotarł. Ja na początku byłam do tego pomysłu bardzo sceptycznie nastawiona, miałam w głowie zbliżające się Igrzyska w Paryżu i nie interesowały mnie inne propozycje. Jednym uchem mi to wleciało, a drugim wyleciało. Trener Ryszard Sadkowski na co dzień prowadzi także zawodników lekkoatletyki, dlatego regularnie spotykaliśmy się na różnych zawodach, a on nie dawał za wygraną: podchodził, zagadywał, przypominał swoją propozycję, aż zaczęłam go już trochę unikać. Po nieudanych eliminacjach na Mistrzostwach Polski siedziałam zrezygnowana w kąciku hali. Trener bobsleistów, niezrażony moją rozgoryczoną miną, podszedł, zostawił mi jakiś formularz do wypełnienia i powiedział, że zadzwoni. Odezwał się miesiąc później z informacją, że wkrótce będzie obóz kadry narodowej w Cetniewie, na który dostanę powołanie.
Wóz albo przewóz...
Kompletnie nie wiedziałam, co robić, ale rozmowy z psychologiem, trenerem i bliskimi sprawiły, że postanowiłam dać sobie szansę. Mogłabym dalej trenować i poświęcać swój czas środowisku, które nie sprawiało mi już takiej przyjemności, ale ostatecznie stwierdziłam, że nie mam nic do stracenia. Spakowałam się i pod koniec maja pojechałam na swoje pierwsze bobslejowe zgrupowanie. Chociaż z Lindą Weiszewski, czyli moją pilotką, złapaliśmy dobry kontakt, to na początku czułam się tam trochę jak intruz. Po dwóch dniach chciałam stamtąd uciekać. Miałam mieszane uczucia, zastanawiałam się, co ja tu właściwie robię. Ze świata Królowej Sportu trafiłam do bobslejów, o których nikt prawie nie słyszał. Z zawodniczki, z którą trzeba było się liczyć, znów zostałam „świeżakiem”, na samym początku swojej sportowej drogi. Takie myśli kłębiły się w mojej głowie i ostatecznie wyjechałam z Cetniewa trzy dni przed zakończeniem zgrupowania. Chciałam wrócić do domu i zastanowić się na spokojnie nad tym wszystkim. Czułam się naprawdę zadbana, bo dzwonili do mnie trenerzy, a nawet sam prezes Polskiego Związku Bobslei i Skeletonu. Pytali o moje wrażenia i spostrzeżenia, zachęcali, żeby się nie poddawać, podnosili na duchu. W ich ocenie pierwsze testy sprawnościowe wypadły bardzo obiecująco, podkreślali, że do specyfiki tego sportu jak ulał pasują mój wzrost, waga i wrodzona moc. Ja dopiero odkrywam ten świat, ale widzę, że wszystkie dziewczyny, które jeżdżą bobslejami są bardzo wysokie, mocne i szybkie. Okazało się, że moje parametry świetnie się w to wpisują.
Po drugim zgrupowaniu Twoje nastawienie już się zmieniło?
O 180 stopni. Przede wszystkim miałam wreszcie pierwsze zajęcia w bobsleju treningowym. Spróbowałam raz i drugi i zadziwiająco szybko się w tym odnalazłam. W gruncie rzeczy to jest podobne uczucie jak start z bloku. Na drugim treningu spróbowałyśmy już z Lindą we dwie. Będę startować w dwójkach, więc szlifowanie techniki i dobrej współpracy z moją pilotką musi nam wejść w krew. Ponoć fajnie to nam wychodziło i ja sama też to czułam, dlatego z drugiego obozu wracałam już naładowana pozytywną energią. Miałam zupełnie inne nastawienie, inne emocje. Szczerze mówiąc, kiedy wyjeżdżałam ze zgrupowania, to nie mogłam się już doczekać kolejnego. Takiego uczucia nie miałam już bardzo dawno. Treningi znowu zaczęły mnie cieszyć, chodziłam na nie z chęcią i z uśmiechem na twarzy. Świat bobslejów po prostu mnie pochłonął, zaczęłam się interesować tym tematem, odkrywać utytułowane zawodniczki na Instagramie, analizować ich technikę. Na trzecim zgrupowaniu czułam się już jak ryba w wodzie. Doszła kładka do trenowania zbiegu w dół, której nie mogłam się doczekać. Zaczynałam ostrożnie, ale za każdym razem było coraz dalej i szybciej. Generalnie lubię duże prędkości. Jako kierowca samochodu mam dość ciężką nogę, dobrze, że w mojej skodzie jest taki mały silniczek [śmiech]. Byłam nawet trochę zawiedziona, że ten treningowy wózek nie mógł się bardziej rozpędzić. Prawdziwy bobslej pewnie mi to zrekompensuje, bo te pojazdy poruszają się z prędkością 140 km/h.
Jeżdżenie plastikowym wózkiem w lodowej rynnie z taką prędkością to już nie przelewki. Nie obawiasz się trochę o swoje życie i zdrowie?
Na początku miałam spore obawy, ale Linda, która jest już doświadczoną zawodniczką, jakoś mnie z tą myślą oswoiła. Ciężar bezpiecznej jazdy bierze na siebie głównie pilotka, która obchodzi najpierw z trenerem cały tor i ustalają taktykę na poszczególne części trasy. Dzięki uchwytom, połączonym z płozami, może idealnie wchodzić w zakręty i wychodzić na prostą. Moim, czyli rozpychającej zadaniem jest dobrze rozpędzić naszego boba, wskoczyć na swoje miejsce i mocno się trzymać, a kiedy dostanę sygnał, pociągnąć za hamulce. I to w zasadzie wszystko. Ciężko mi powiedzieć, jak to będzie, ale widząc Lindę i jej entuzjazm wiem, że może być ciekawie. Jestem silniejsza i szybsza niż jej poprzednia rozpychająca, a pierwsze wspólne treningi napawają wszystkich optymizmem. Linda żartuje nawet i powtarza: „My będziemy czarne konie, zobaczysz!” [śmiech]. Obie mamy mocne charaktery i wierzymy w sukces, którym byłby z pewnością start na igrzyskach olimpijskich w Mediolanie oraz Cortina d’Ampezzo w 2026 roku.
Prawdziwą potęga bobslejów są nasi zachodni sąsiedzi, Niemcy. Dlaczego w naszym kraju ta dyscyplina nie może się przebić?
Wiele zależy zapewne od posiadanej infrastruktury i kwestii finansowych. Dobry sprzęt w tej dyscyplinie to są naprawdę spore wydatki. Brakuje nam obiektów, na których moglibyśmy normalnie trenować zjazdy. Ćwiczymy głównie na tartanie, gdzie noga i kolce zachowują się inaczej niż na lodzie. Oglądałam niedawno film o bobslejowej reprezentacji Jamajki, więc okazuje się, że ten sport można trenować w zasadzie pod każdą szerokością geograficzną. W Polsce nie mamy żadnego toru, na świecie też nie ma ich tak wiele jak np. stadionów lekkoatletycznych.
Wiesz już kiedy po raz pierwszy wskoczysz do prawdziwego boba?
Najprawdopodobniej we wrześniu lub w październiku, na którymś z torów treningowych w Czechach. Zanim wystartujemy w normalnych zawodach, na pełnoprawnym torze, musimy jeszcze sporo wspólnie przepracować. Dopiero wtedy zobaczę, jak to naprawdę jest.
Myślę sobie, że wszystko, co najlepsze, wciąż jeszcze przede mną. Tak jak kolejne zgrupowanie kadry, którego też już nie mogę się doczekać. W tej dyscyplinie liczba startów jest bardzo ograniczona, bo do dyspozycji są w sumie tylko zawody Pucharu Świata i Pucharu Europy. To tam zdobywa się punkty do rankingu, a co za tym idzie do ewentualnego startu na igrzyskach.
Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, zostałabyś pierwszą Polką, która wzięła udział zarówno w letniej jak i zimowej olimpiadzie. Gra jest chyba warta świeczki?
Kiedy o tym myślę, to aż przechodzą mnie ciarki. Start w Tokio to było jedno z moich największych sportowych przeżyć. Gdyby udało mi się teraz wystąpić w Cortina d’Ampezzo, byłoby to prawdziwe spełnienie marzeń. Przed nami na pewno ogrom pracy i wylanego potu. Najważniejsze, że razem z Lindą jesteśmy pełne zapału i chcemy wspólnie stworzyć historię, której w Polskim sporcie jeszcze nie było.
Rozmawiał Leszek Chełmowski
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.
Ten komentarz jest ukryty - kliknij żeby przeczytać.