Jesienią 1941 roku do niektórych bałerów przydzielono radzieckich jeńców. Od nich to Blochowie nabyli wszy do hodowli (hodowali wszy w pudełkach z dziurkami na jakiejś wyściółce) i mieli w tym dobre wyniki, jak sami opowiadali. Wyhodowane „kolonie” wpuszczali w futra lub kożuchy niemieckich aktywistów, swoją porcję, w wiszące w przedsionku kościółka futro, dostał ksiądz szowinista. Innych zaszczepiali wszami w sieniach knajp, w których prowadzona była również sprzedaż detaliczna. Mieli wielką wewnętrzną uciechę, kiedy Niemcy głośno narzekali, że ledwo „zajęli” Rosję zaraz są wszy.
W maju 1943 roku obu Blochów powołano do Wermachtu, gospodarstwo otrzymał inny Niemiec z Nowej Wiśniewki. Telesfor trafił do Arnswalde (Choszczno) jako rekrut. Był bardzo uciążliwy, swoim „stylem” przysporzył dowódcom wiele nerwowych chwil, jak np. na ostrym strzelaniu wstał ze stanowiska, omiatając załadowanym karabinem stojących za plecami dowódców, pytając jednocześnie: jak ja mam strzelać? Przeganiali po tym jego samego jak i cały pluton. Miał przy tym wewnętrzną uciechę, kiedy udało mu się tym „wyrwańcom z piekła” dokuczyć.
Na kilka dni przed złożeniem przysięgi symulował biegunkę. Zdobył w kuchni zepsutej kiszonej kapusty, której najadł się do syta, ta spowodowała, że Teodor pierdział niezwykle śmierdząco, zwijając się z bólu biegał bez przerwy do latryny, która była na zewnątrz budynku. Rano podczas apelu Telefsor, bardzo już „chory”, otrzymał pozwolenie udania się do lazaretu (izby chorych), gdzie natychmiast zrobiono mu prześwietlenie żołądka, by się upewnić, czy nie symuluje i zdiagnozowano wrzód żołądka. W rzeczywistości było to pół ziarnka fasoli.
Telesfor leżał obłożnie chory i miał zapisaną dietę, co znaczyło lepsze jedzenie. Po śniadaniu w koszarach zaś zarządzono alarm. W kompanii Blocha ktoś ukradł wszystkie zamki od karabinów. W całych koszarach był to sądny dzień, szukano, przeszukiwano, rewidowano, podoficerowie darli gardła, darli się też oficerowie, nerwowość udzieliła się wszystkim, tak byli nerwowi, że przeszukali odległy o dwa kilometry obóz jeńców francuskich, wszystko na próżno. Strata nie była wielka, „tylko 120 karabinowych zamków”. Ale honor niemieckiego żołnierza ucierpiał bardzo: ile było nagan, ilu nie otrzymało awansów...
Jeszcze długo grupa żandarmerii wojskowej prowadziła śledztwo. Tylko Telesfor z lubością wylegiwał się w lazarecie, lecząc „ziarnko fasoli” budyniem czekoladowym. Nie żal mu było „kamratów” z plutonu, odbywających przeróżne wyrafinowane kary za to, że dali sobie ukraść nie tyle rzecz, ile honor, bo ci szydzili z niego „Pulak” i zrobili mu kocówę za jego odporność na dyscyplinę. Cieszył się z pomysłu i że nikt nie zajrzał do latryny.
Co za to groziło? Śmierć? Na froncie też groziła śmierć, a za tych „wyrwańców z piekła” nie miał ochoty wojować. Zostało mu złożyć przysięgę wojskową samemu, w komendanturze, bo tę ogólną przeleżał w lazarecie. Kiedy rozkazali mu stanąć na baczność, wyciągnąć rękę w hitlerowskim pozdrowieniu oraz powtarzać słowa przysięgi na wierność Hitlerowi, ten dostał ataku kaszlu, że aż krew rzuciła mu się z ust (jak to zrobił, nigdy nie mówił) i upadł. Oficerowie popatrzyli na niego, wezwali wartę, a ta zaniosła go z powrotem do lazaretu. Następnej przysięgi już nie było, więc atak kaszlu zapisano jako przysięgę.
Dalsze szkolenie w przygotowaniu na „mięso armatnie” odbywało się w Królewcu. Jednak przed wyjazdem na front wschodni każdy żołnierz otrzymywał tygodniowy urlop. Telesfor nie miał gdzie wracać, jechał więc do siostry w Głomsku. Kiedy pociąg przejeżdżał w okolicach Chojnic, do przedziału weszły Polki, raz po raz popatrzyły na ponurego „Niemca”, szeptały między sobą: patrz, jaki brzydki Niemiec, a pewno jeszcze groźny, tym karabinem mógłby nas zabić. Telesfora rozśmieszyły te słowa, wstał z miejsca, otworzył okno przedziału i przy naprawdę przerażonych kobietach wyrzucił karabin i maskę przeciwgazową w mijane pole, mówiąc przy tym gwarą im podobną „jou żym nie je żodyn mjymiec, mnie na przymus do wojska wciągli, łodymie niy musicie mjeć strachu”. Urlop spędził niezwykle pracowicie u siostry, bo do domu nie wolno było im wracać. Wolne przedłużył sobie sam tak, aż żandarm w Wiśniewce powiadomiony telefonem z Królewca rozpytywał o Blocha.
Ta niezwykła pracowitość Telesfora polegała na tym, że robił wszystko co było zakazane: ubijał świnie i cielęta, żądając za usługę nie pieniędzy, ale części mięsa, mając w tym już własny zamysł. Robił wszystko na własną odpowiedzialność i wciąż w tym samym mundurze. Już za parę dni Telesfor przybrał swój dawny „mało elegancki” wygląd. W międzyczasie posłaniec ze stacji kolejowej w Buschdorf (Zakrzewo), doszukawszy się koligacji Blocha z Lugetal a gospodarzem w Glumen (Głomsku) przyniósł maskę przeciwgazową, bo w niej było zapisane imię i nazwisko. Wówczas podjął Teodor decyzję o powrocie do jednostki, by nie narażać rodziny, u której przebywał. Pojechał tak jak stał, jedynie ogolił się niedokładnie. Z sobą zabrał dwie duże paki zapeklowanego mięsa. Pojechał umyślnie dokładnie w odwrotnym kierunku, jaki należało obrać, postanowił udawać „ciężko myślącego”. Dojechał tylko do Schneidemül (Piła). Tam natychmiast wyłowił go patrol żandarmerii wojskowej (ci z blachą na piersi). Patrol był oniemiały z wrażenia, widząc brudasa jedynie podobnego do żołnierza (Telesfor wspominał po latach ten moment, mówiąc z satysfakcją: jaż szternouście nadymnou zachrypło, tak się na mnie darli). Kiedy już nie mieli słów i głosu, zażądali od żołnierza dokumentów, z których z powodu zanieczyszczenia niewiele wynikało. Skontaktowano się wówczas z macierzystym garnizonem w Królewcu, gdzie już wykąpanego, ogolonego i przebranego w nowy mundur delikwenta wysłano, aby go tam przykładnie ukarać.
Telesfor zrobił w Pile tak negatywne wrażenie, że nikt nawet nie zapytał go o karabin, który widocznie służył już komuś innemu. W Królewcu zamiast stawić się w komendanturze, odszukał byłego dowódcę kompanii, który teraz szkolił kolejny rzut rekrutów. Kiedy się przed nim stawił, oficer złapał za telefon, a Telesfor poufale do niego zagadał: najpierw zobacz co dla ciebie mam. Kiedy jego oczom ukazały się dwie tłuste gęsi, szynki i balerony, kapitan zmiękł.
To wszystko dla mnie?
– jęknął z niedowierzaniem, widząc dawno zapomniane delicje.
Wszystko twoje
– rzekł Telesfor jak do kolegi.
Ale co ja z tobą zrobię, twoja kompania już dawno na froncie, zafrasował się kapitan.
A Bloch mu poradził:
Ty mnie wyślij na urlop.
Raport z Piły skomentował w ten sposób, że podczas dojazdu na stację kolejową zatrzymał na drodze spłoszoną parę koni, którymi nieumiejętnie powoziła jakaś dziewczyna, bo przecież chłopy na wojnie i dlatego był brudny.
Nie mogłeś to w Pile powiedzieć
– rzekł kapitan.
Ha, kiedy nie dali mi dojść do słowa – tłumaczył, a kapitan nie mógł oderwać oczu od wałówy. Telesfor tego samego dnia ruszył na kolejny przedłużany urlop. Kiedy się skończył, wysłał paczkę pocztą, kapitan z kolei przysłał telegraficznie przedłużenie urlopu, zawiadamiając Blocha z żalem, że on sam jedzie na front wschodni, a jego kieruje do ochrony obiektów wojskowych w Prusach, gdzie musi się w terminie stawić.
Reklama
Do domu Telesfor powrócił wiosną ‘45 roku, zaraz za „wyzwoleńczą armią”. Przebrał się w cywilne łachy, zrzucając nawet koszulę i kalesony wojskowe. Przezornie założył buty nie od pary i stare „łachy”. Mimo że nie miał żadnych dokumentów, nikt go w drodze nie niepokoił, taki miał „styl”.
c.d.n.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Nie są wątpliwe takie historie ale prawda jest zupełnie odmienna. Moja babcia pochodziła z zamożnej rodziny a jej rodzice mieli bardzo duże gospodarstwo rolne na wsi. Po wojnie większą część zabrali im POLACY. Kiedy tereny dzisiejszych okolic Warszawy były pod okupacją niemiecką to ludzie się bardzo ale to bardzo bali - nie tylko Niemców ale również Polaków. Polacy donosi do Niemców, często zmyślali zarzuty a kiedy Niemcy zabierali całe rodziny to ci donosiciele w nocy przychodzili okradać gospodarstwa i plądrowali dobytek a jak pozostawali młodsi w domu bez opieki dorosłych to niektórych potrafili zamordować. To nie byli obcy to często swoi, po prostu sąsiedzi. Mój dziadek znowu opowiadał historię o ukraińcach - o prawdziwych zwierzętach omyłkowo nazywanych ludźmi. Warto o tym też pamiętać.
...Magdaleno, nikt nikogo nie zmusza do czytania tych historyjek. W przeciwieństwie do Ciebie z przyjemnością wspominam tę gwarę, bo to gwara moich ojców. Miód na serce. Cieszę się, że są ludzie którzy ją pamiętają. Łączę pozdrowienia dla redakcji i zniesmaczonej Magdaleny.
Ten tekst, to Himalaje konfabulacji - napisany środowiskowym, wulgarnym językiem.
Pila tj po niemiecku Schneidemühl
Hmmm. Skoro pani Magdalena taka oświecona to skąd takie niskie wibracje w wypowiedzi?
Z całym szacunkiem do tej zasłużonej gazety, ale jeżeli teksty p. Genia są merytoryczne, to ja jestem świętą turecką. Wyrządzają wielką krzywdę pamięci tragedii Polaków wcielanych pod przymusem do Wehrmachtu. Traktując ją kabaretowo, ku uciesze Niemców.
Gdyby gazeta się kończyła, to więcej byłoby tekstów reklamowych niż merytorycznych, a tu wręcz przeciwnie. Mam odczucie że jest coraz lepiej, więc przestań chrzanić. Pozdrawiam Redakcję
Dla ciemnogrodu.
Czy te teksty są początekiem końca tej gazety?
...ten komentarz pasuje tutaj jak pięść do nosa. Bracia Blochowie już dawno te " kwiatki od spodu wąchają" i nigdy piersi do orderów nie wystawiali. Ciężko pracowali i żyli nadzwyczaj skromnie.
Obaj bracia Blochowie trzymali się trochę z dala od ludzi, ale to byli inteligentni i sprytni patrioci. Bywałam tam z ojcem i pamiętam, że z otwartą buzią słuchałam tych opowieści. To nie bujdy. Jak wiadomo, życie pisze lepsze scenariusze od najlepszych fachowców. Dzięki!
Wspaniała opowieść!
Im dalej od zakończenia II WŚ tym więcej kombatantów, dziwne że niektórzy urodzeni długo po 1945 roku. Ci co naprawdę walczyli dawno wąchają kwiatki od spodu, teraz odwaga potaniała i ,,bohaterów"" wypijających pierś do orderów coraz więcej, większość to konfabulanci.
Też znałem Blochów. Akurat prawda.
Bujda na resorach,CK Dezerterzy to przy nim pikuś...
Nie są wątpliwe takie historie ale prawda jest zupełnie odmienna. Moja babcia pochodziła z zamożnej rodziny a jej rodzice mieli bardzo duże gospodarstwo rolne na wsi. Po wojnie większą część zabrali im POLACY. Kiedy tereny dzisiejszych okolic Warszawy były pod okupacją niemiecką to ludzie się bardzo ale to bardzo bali - nie tylko Niemców ale również Polaków. Polacy donosi do Niemców, często zmyślali zarzuty a kiedy Niemcy zabierali całe rodziny to ci donosiciele w nocy przychodzili okradać gospodarstwa i plądrowali dobytek a jak pozostawali młodsi w domu bez opieki dorosłych to niektórych potrafili zamordować. To nie byli obcy to często swoi, po prostu sąsiedzi. Mój dziadek znowu opowiadał historię o ukraińcach - o prawdziwych zwierzętach omyłkowo nazywanych ludźmi. Warto o tym też pamiętać.
...Magdaleno, nikt nikogo nie zmusza do czytania tych historyjek. W przeciwieństwie do Ciebie z przyjemnością wspominam tę gwarę, bo to gwara moich ojców. Miód na serce. Cieszę się, że są ludzie którzy ją pamiętają. Łączę pozdrowienia dla redakcji i zniesmaczonej Magdaleny.
Ten tekst, to Himalaje konfabulacji - napisany środowiskowym, wulgarnym językiem.