Przez lata prowadził najsłynniejszą dyskotekę w okolicy. Zjeżdżały tu tłumy, niektórzy godzinami oczekiwali szansy wejścia na salę. Czy Robert Klimek ponownie będzie didżejem w lokalnym klubie?
Masz jeszcze cokolwiek wspólnego z muzyką?
Nie. W didżeja wcielam się wyłącznie na potrzeby imprez organizowanych przez rodzinę czy znajomych. Wtedy bawię się muzyką, tworzę różne miksy i remiksy.
Do dzisiaj masz wszystko, na czym przez lata pracowałeś?
Jasne. Oczywiście to wszystko jest pochowane w walizkach na strychu, bo jest tego taki ogrom, że nigdzie indziej nie byłbym w stanie tego pochować.
Ile tego jest?
Sam nie wiem, ale robi to wrażenie. To są nie tylko płyty, ale też masa starych kaset, z których muzyki słuchało się w latach 80-tych. Kiedyś mieliśmy włamanie do naszego domu i policja chciała mi to wszystko skonfiskować. Sądzili, że to są nielegalne rzeczy. Żona żartowała, że gdyby zabrali mi te rzeczy załamałbym się psychicznie.
Twoja muzyczna przygoda zaczęła się...
W szkole, od prywatek. Zawsze brakowało na nich osoby, która pokierowałaby muzyką, a że moja mama pracowała w miejscowym domu towarowym, więc mieliśmy przynajmniej jakiś dostęp do najbardziej potrzebnych rzeczy. To był okres nawet jeszcze nie kaset, a szpul. Miałem wtedy zaledwie jakieś czternaście lat. Gdy pojawiły się już kasety, moją pierwszą inspiracją został Bogdan Fabiański, który z Zachodu przywoził płyty i puszczał na antenie ogólnopolskiego radia, chyba Jedynki, w nocnych blokach muzycznych. Więc nocami słuchałem tych jego audycji, uczyłem się, wzorowałem i oczywiście nagrywałem. Wtedy pierwszy raz usłyszałem C.C. Catch czy Modern Talking. Zresztą wtedy wszyscy nagrywali muzykę z radia, na tych pierwszych, najprostszych sprzętach.
Jak trafiłeś do ośrodka kultury?
Gdy tak puszczaliśmy muzykę na tych małych imprezach, pan Leszek Wiśniewski zwrócił się do nas z propozycją, żeby spróbować rozkręcić trochę w tym względzie GOK. Znał nas, bo chodziliśmy tam na kółko fotograficzne i muzyczne. Mówię cały czas w liczbie mnogiej, bo na początku muzykę puszczaliśmy wspólnie z Jarkiem Dopytałą i Arturem Thomasem. Po jakimś czasie oni się wycofali, a ja zostałem coraz bardziej pochłonięty w ten muzyczny świat. Początki były bardzo amatorskie. Wystarczyły jakieś dwa zwykłe głośniki i też ludzie się bawili. Pamiętam, że jednego roku wyjechaliśmy na wakacje i prowadzenie dyskotek na ten czas przejął facet, który przyjeżdżał z Piły. Przez te kilka tygodni narobił tu sporo problemów i bałaganu, ale trzeba mu oddać, że jak na tamte czasy dyskoteki prowadził bardzo profesjonalnie. Łącznie z mówieniem do mikrofonu, co w Lipce było wtedy kompletną nowością. Na początku to ludzi drażniło. Narzekali, że leci fajna muzyka, a ktoś się wcina i nadaje. Zniknięcie tego gościa po wakacjach pokazało, jak bardzo ludzie są głodni dyskotek. Wtedy na dobre się zaczęło. To były czasy, gdy magnetofon dwukasetowy był absolutnym hitem. Pierwsza lustrzana kula w naszej dyskotece była ustawiana na adapterze, na takim specjalnym podium. Jak wszyscy skakali po deskach, ta kula spadła i się rozbiła. Takie były początki naszego lokalu.
W którym momencie dyskoteka stała się Twoim sposobem na życie?
Praktycznie nigdy, bo nigdy nie traktowałem tego jak sposób na robienie pieniędzy. To była moja życiowa pasja, przez długi czas robiłem to przecież za darmo. Oczywiście w pewnym momencie pojawiły się pieniądze. Pan Leszek Wiśniewski uznał, że robiłem to tak dobrze, że zaproponował mi przejście na procent od sprzedanych biletów. Później wspólnie z wójtem zaproponowali, żeby przy dyskotece zorganizować również jakiś bar i tak stopniowo wszystko się rozkręcało. Dołączyła moja żona, to ona prowadziła bar, a ja odpowiadałem za muzykę. Jola była moim pierwszym i najlepszym wspólnikiem, który nigdy mnie nie oszukał, z którym zawsze znakomicie się porozumiewałem. Jednak nawet gdy ta dyskoteka stała się dla nas źródłem dochodu, była przede wszystkim źródłem świetnej zabawy. Dlatego dyskoteka stawała się coraz lepsza i dlatego po pewnym czasie GOK miał z tego naprawdę fajne pieniądze. W regionie mieliśmy renomę. Przyjeżdżali do nas ludzie z Chojnic, Piły. Nie jestem w stanie określić, jakie padały tutaj rekordy frekwencji, ale bywało, że ludzi nie wpuszczaliśmy, bo było za ciasno. Wielu czekało godzinami, kiedy będzie można wejść.
- Był potencjał, który nie wszyscy w tej gminie niestety rozumieli i doceniali - Robert Klimek wspomina lipecką dyskotekę
Przez cały czas byłeś amatorem czy szkoliłeś się, uczyłeś się być dobrym didżejem?
W trakcie robiłem papiery didżejskie, wszedłem też we współpracę z profesjonalistami. W tym czasie zaangażowałem się też w działające w Złotowie radio RMS. Odpowiadałem za muzyczną stronę rozgłośni.
Byłeś najlepszy w naszym rejonie?
Nigdy nie powiem, że byłem najlepszy. Uważam, że jedyną miarą dobrego didżejowania jest to, czy ludzie się bawią. Ja zawsze patrzyłem na parkiet, nie mogło ubyć mi na nim ludzi. Niektórzy popełniają ten błąd, że puszczają, co im się podoba, a nie grają dla tych, którzy się bawią. Dla mnie pusty parkiet był klęską. Takie sytuacje, i to tylko na początku całej tej zabawy, zdarzały mi się bardzo rzadko. To jest niezwykłe uczucie, gdy możesz sprawić, że setki osób świetnie się bawi. To niezwykła adrenalina. Rzadko mi się zdarzało, żeby ludzie podchodzili i wybrzydzali, nigdy nikt nie podszedł i nie powiedział, że wychodzi z dyskoteki, bo słabo gram.
Inni didżeje krytykowali? W końcu byliście konkurencją dla kilku miejsc.
Wiem, że byliśmy silną konkurencją. Prawda jest taka, że jak tylko się pojawiliśmy, bardzo szybko odebraliśmy sporą część klienteli dyskotece w Zakrzewie, gdzie, tak na marginesie, poznaliśmy się z Jolą. Pamiętam, jak kiedyś podszedł do mnie chłopak, który puszczał tam muzykę. Stwierdził, że do niego przyjeżdża mniej, ale ambitnych ludzi, a na moje dyskoteki przyjeżdża bydło. Co miałem mu powiedzieć? Nigdy nie prowadziłem dyskusji na takim poziomie.
Co oprócz walizek z kasetami i płytami jeszcze zostało po tamtych czasach?
Wada słuchu. Robiłem badania, lewa strona już mi wysiada, pracuje na jakieś 30%. Siadły wysokie tony, zostały głównie basy (uśmiech). Ale przede wszystkim zostały piękne wspomnienia i przyjaźnie. I coś jeszcze. Jadę czasami do moich klientów, żeby coś im stworzyć – bo aktualnie zajmuję się projektami i aranżacją wnętrz – a podczas rozmowy okazuje się, że ci ludzie bawili się, zakochiwali przy mojej muzyce na dyskotece w Lipce. Albo dzieci tych ludzi mówią: a, to moi rodzice u pana na dyskotece się poznali. To są niezwykłe momenty, to jest naprawdę fajne uczucie.
Dzieci tych, którzy się bawili? To ile Ty masz lat?
Czterdzieści cztery. Wiem, że czas łagodnie mnie potraktował, ale właśnie chyba dzięki tym dyskotekom. Przy muzyce, którą puszczałem, przewinęło się kilkanaście roczników, z każdym z nich umiałem znaleźć wspólny język. Równie dobrze bawiłem się na początku z moimi rówieśnikami, gdy zaczynaliśmy, jak wtedy, gdy grałem dla nastolatków, mając ponad 30 lat.
[[reklama]]
To były bardzo inne czasy? Jak wspominasz początki i okres, gdy dyskoteka zwijała żagle?
Początki były takie, że dziewczyny siedziały z lewej strony sali, chłopacy z prawej i ciągłe pytali, kiedy będą jakieś wolne kawałki. Bawili się, przytulali… Dzisiaj tak to już nie wygląda. Obecnie młodzi bawią się inaczej, nie tańczą razem. Z chwilą wejścia muzyki techno, rękawiczek, gwizdków, na parkiecie ludzie zaczęli się od siebie oddalać. Ale nie jestem zbyt sentymentalny, wolę żyć z postępem.
Poza Lipką też grałeś?
Miałem propozycje, ale ta dyskoteka zajmowała mi tyle czasu, że nie byłem w stanie podejmować się czegoś innego na dłuższy czas. Wszystko koncentrowałem na Lipce, chciałem uczynić z tej dyskoteki wzorcowe miejsce. Jeździłem po różnych miejscach w Polsce, w Niemczech, podpatrywałem inne lokale i kluby, stamtąd przywoziłem pomysły. Tak pojawiła się m.in. nasza słynna klatka. Co w niej się działo, kto w niej się nie bawił... Niesamowite historie.
Widzisz potencjał dla Lipki na powrót tutaj złotych czasów dyskoteki jak ta sprzed kilkunastu lat?
Powiem więcej, nawet chciałem i to jeszcze nie tak dawno – po powrocie z pracy w Holandii – stworzyć tutaj dyskotekę. Miałem nawet upatrzone miejsce. Niestety nie udało się przeskoczyć kwestii formalnych z nabyciem lokalu.
Pytam, bo gdy kilka tygodni temu pisałem o inwestycji, którą realizuje pan Henryk Serówka, mówiło się m.in. o możliwości powstania tam dyskoteki. Niektórzy łączą w tym względzie Wasze osoby.
Nic z tych rzeczy. Z tego, co wiem, lokal jest póki co modernizowany bez jasno określonego celu. A jeśli już tworzyć coś w Lipce, to wyłącznie porządny, vipowski, ukierunkowany na określonego klienta lokal. 30-latkowie i starsi lub nawet 40-latkowie i starsi, z porządną selekcją, nie dla nastolatków. Bo oni pojadą do Złotowa czy Sępólna Krajeńskiego i taka tradycyjna dyskoteka w Lipce za chwilę będzie zamknięta. Całkowicie tego pomysłu jeszcze nie wyrzuciłem z głowy, ale stworzenie takiego miejsca na poziomie, z prawdziwego zdarzenia, na pewno byłoby wyzwaniem.
Co się takiego stało, że złote czasy dyskoteki w Lipce minęły?
Jk to w życiu, poszło o pieniądze. Oczywiście złożyło się na to kilka czynników, ale podstawowym był brak woli lokalnego samorządu. Szkoda, bo to były piękne czasy. Była świetna dyskoteka, były pieniądze, zarówno dla GOK-u jak i dla mnie. Ale nie były to też żadne kokosy, jak niektórzy myśleli, bo akurat w tamtym czasie rozpoczęliśmy budowę domu. Mówiąc krótko, był potencjał, który nie wszyscy w tej gminie niestety rozumieli i doceniali. Dlatego się rozsypało. Bo zaczęto podkładać kłody, których nie podkładano wtedy, kiedy dyskoteka łapała wiatr w żagle. Jestem przekonany, że gdyby to był mój lokal, do dzisiaj by działał. Mało tego, byłby już zmodernizowany, może nawet kilkakrotnie, i funkcjonowałby na naprawdę wysokim poziomie.
Rozmawiał Piotr Steffen
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze