U trzylatki stwierdzono siatkówczaka. Nowotwór zajął niemal całe oko, które trzeba usunąć

Do września ubiegłego roku nic nie wskazywało na to, że mała mieszkanka Górznej może mieć tak poważne problemy ze zdrowiem. Rosła bez większych kłopotów. Po ubiegłorocznych wakacjach rodzice zauważyli, że prawe oczko zezuje. Zaczęło uciekać do zewnętrznej strony.
Pierwsza konsultacja miała miejsce u okulistki w Pile. Od razu stwierdziła, że prawdopodobną przyczyną jest znajdujący się w oku guz.
– Zajrzała w oko. Zauważyła, że jest odklejona siatkówka – mówi mama dziewczynki, Marta Tyda.
Rodzice podkreślają, że przypadłość zaczęła być też widoczna na zdjęciach, które były robione przy użyciu flesza.
– Powstaje jakby charakterystyczna „dziura”, tak odbija się światło – mówi tata Agatki, Mirosław.
Pilska okulistka skierowała rodzinę do Poznania, w tamtejszej klinice miała być dokładniej zbadana. Potwierdzono, że to siatkówczak. Z Poznania rodzice natychmiast dostali skierowanie dla córki do Centrum Zdrowia Dziecka w Warszawie. To było w październiku.
– Pojechaliśmy tam jeszcze tego samego dnia – mówi pani Marta. Rezonans ostatecznie potwierdził wcześniejszą diagnozę.
– Potwierdził siatkówczaka z naciekiem nerwu – tata Agatki wyjaśnia, że oznaczało to, iż nowotwór wydostał się z gałki ocznej.
Dziewczynce natychmiast zaordynowano chemię.
– Gdyby rezonans pokazał, że rak jest tylko w oku, można byłoby stosować chemię dotętniczą, która nie wpływa tak niszcząco na cały organizm. Naciek spowodował jednak, że musi to być ogólna chemia, podana niejako prewencyjnie, żeby nowotwór nie zaatakował innych narządów – pan Mirosław podkreśla, że w ocenie lekarzy najbardziej byłby zagrożony mózg.
– To trzy cykle po dwie chemie – pani Marta wyjaśnia, w jaki sposób dla Agatki przygotowano chemioterapię.
W kwietniu dziewczynka skończy trzy latka.
Jaki jest plan działania walki z nowotworem?
– Najpierw tych sześć chemii, a później usunięcie oka – rodzice wyjaśniają, że zdaniem lekarzy nie można go pozostawić.
– Tłumaczą nam, że usunięcie oka jest konieczne, najbezpieczniejsze dla ratowania Agatki – mówi pani Marta.
– I tak jest chore, to martwy narząd. Lekarze są pewni, że tym okiem córka nie będzie już mogła widzieć. Natomiast jego pozostawienie może grozić wznowieniem choroby – tata dziewczynki precyzuje, że celem podawanej w tej chwili chemii jest jak największe zmniejszenie guza, tak aby wraz z okiem można było go usunąć całego.
– Ma wielkość około 1,5 centymetra na 16 mm. Żeby wyciąć guza, muszą wyciąć całe oko – opisuje pan Mirosław.
– Na początku myśleliśmy, że walczymy o oko, a tak naprawdę to jest już walka o życie. Jest zbyt duże ryzyko, że naciek, który zauważono, spowoduje rozprzestrzenienie się komórek nowotworowych po ciele – mówi o zagrożeniu.
Rodzice podkreślają, w jak krótkim czasie i w jak szybkim tempie dała o sobie znać poważna choroba. Od pierwszych objawów do postawienia, a później potwierdzenia diagnozy minęło zaledwie kilka tygodni.
– W wakacje nic jeszcze nie było widać. Wszystko działo się na przestrzeni września i października. W październiku u Agatki już pojawiła się swoista jaskra, miała takie ciśnienie w oku, że zaczęło ją boleć. Niemal z dnia na dzień. Guz rósł w zawrotnym tempie – opisują.
Trudno precyzyjnie określić, jak dokładnie ma wyglądać scenariusz na kolejne tygodnie i miesiące.
– Ten harmonogram stale się zmienia, każda kolejna wizyta to następne plany – dlatego rodzicom trudno powiedzieć, kiedy można się spodziewać terminu operacji usunięcia oka.
– Generalnie na onkologii widzą to trochę bardziej optymistycznie, na okulistyce mniej – rodzicie mówią o ocenach lekarzy.
– Wiemy, że na 6 lutego przewidziany jest kolejny cykl chemii i badanie dna oka. Chcą zobaczyć, jak guz reaguje na chemię, czy się zmniejsza. Wtedy będzie decyzja, czy dalej będzie stosowana chemia ogólna, czy może będzie zmieniona na dotętniczą. No i kiedy operacja… – mówi pan Mirosław.
Agatka została niedawno podopieczną Fundacji Złotowianka. Rodzice proszą o pomoc w bieżących kosztach związanych z leczeniem, licznymi wyjazdami, pieniądze będą też zapewne potrzebne po operacji, gdy trzeba będzie zabiegać o nabycie sztucznego oka. Na razie Tydowie nie mają informacji o tym, jakie to będzie oko, ile będzie kosztować i w jakim zakresie będą musieli sfinansować jego zakup. Wiedzą natomiast, że rodzaje soczewek są różne: od zwykłych, po nowocześniejsze, ruchome. Z estetycznych względów rodzice Agatki mają nadzieję, że córka będzie mogła mieć takie, które najbardziej imituje prawdziwe oko.
– Lekarze opisywali nam, że niektóre soczewki wyglądają tak naturalnie, że kiedy kontrolnie przyjeżdżają do nich pacjenci, bez sprawdzania w papierach, na pierwsze spojrzenie trudno rozpoznać, które oko jest u nich naturalne, a które sztuczne – mówi Marta Tyda. Poza tym, wraz z biegiem czasu, wraz ze wzrostem dziewczynki, soczewki będą musiały być zmieniane.
Ryzyko dla drugiego oka?
– Trudno określić. Będziemy robić badania genetyczne, żeby określić, co mogło być przyczyną zachorowania Agatki – mówią rodzice trzylatki.
– Nie jest to częsty nowotwór. W Polsce diagnozuje się go u około dwudziestu dzieci rocznie – podkreśla pan Mirosław.
Dziewczynkę i jej rodziców można wspierać w walce z chorobą, wpłacając pieniądze na jej subkonto w fundacji Złotowianka: 25 8944 0003 0002 7430 2000 0010 w tytule wpisując: Agata Tyda T/78.
Piotr Steffen

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!