- Ta miłość do straży wzięła mi się od mundurów. Wujkowie byli w organizacji strzeleckiej piłsudczyków. Podziwiałem ich w dzieciństwie. Ich ćwiczenia i właśnie mundury. A wszystko mieściło się w remizie. To było jeszcze w moich rodzinnych stronach, we wsi Tajkury na Kresach – wspomina Antoni Gajewski, obecnie złotowianin. Przez ponad 40 lat mieszkał w Tarnówce, od 70 lat jest członkiem miejscowej jednostki strażackiej. Jako jedyny spośród założycieli tamtejszego OSP dożył niedawnych obchodów 70-lecia jednostki.
Pan Antoni był wśród tych, którzy po wojnie zakładali jednostkę w Tarnówce. Z rodzinnych stron uciekał z bliskimi przed ukraińskimi mordami. Najpierw trafili do Zamościa, później do Augustowa koło Krajenki, by w 1947 osiąść w Tarnówce. – Pamiętam, jak zwiedzałem nową wioskę. Jednym z pierwszych miejsc, do których zajrzałem, była rzecz jasna remiza. Drzwi były otwarte. Ktoś sprzątał. Były tam stare poniemieckie hełmy – opisuje obrazek, który do dzisiaj dokładnie ma zapisany w pamięci. Jak mówi, strażacy byli wtedy w Tarnówce, ale nie było jeszcze straży pożarnej. Podjął się organizowania jednostki. Doskonale pamięta, jak na sygnał trąbki werbowano druhów. Zaczynali od konnego wozu, właśnie tego, który do dzisiaj zdobi postument przed remizą. W początkowych latach to pan Antoni był zastępcą naczelnika Stanisława Bąka.
Gdy w kolejnych latach niektóre sąsiednie jednostki mogły się już pochwalić zmechanizowanymi wozami strażackimi, druhowie z Tarnówki sami klecili swój sprzęt. Podwozie, do tego kadłub łodzi, silnik i tak własnymi rękoma stworzyli pierwszy pojazd napędzany końmi mechanicznymi. – Ale się wtedy radowaliśmy! Jak to wpłynęło na werbowanie młodzieży – nasz rozmówca wspomina donośnym głosem. – Tak wyćwiczyłem z chłopakami musztrę, że jako ta mała jednostka zajęliśmy pierwsze miejsce właśnie w musztrze podczas zawodów wojewódzkich – z sentymentem wspomina dzieje. Integralną częścią jednostki w pewnym momencie stał się również zespół Tarnowiacy. – Najpierw to były same dziewczyny, dlatego w pewnym momencie padło hasło: chłopacy, trzeba z tymi kobietami tańczyć – opowiada. Tak zaczęły się próby pod kierunkiem Barbary Staroń. Szybko przyszły też pierwsze, duże sukcesy. Już po krótkim okresie działalności zespół zajął trzecie miejsce na ogólnopolskim konkursie w Przytocznej. – Jaka to była dla nas radość! Nawet w byłym NRD występowaliśmy – wspomina Antoni Gajewski.
Senior aktywnie działał w jednostce do 1989 roku, jednak jej członkiem jest do dzisiaj. Obok wielu medali zdobiących jego wciąż bardzo zadbany garnitur jest też jedna wyjątkowo cenna pamiątka. Okolicznościowa legitymacja z 1991 roku potwierdzająca uczestnictwo w służbie mundurowej podczas pielgrzymki papieża Jana Pawła II do Polski. – Miałem naszego Ojca Świętego na wyciągnięcie ręki – opowiada ze wzruszeniem.
O dawnej i obecnej jednostce wypowiada się niemal w samych superlatywach. Otwarcie mówi też jednak o tym, co go boli. Nawet po upływie dekad... W latach 80-tych strażacy planowali budowę nowej remizy. – Zrobiliśmy zebranie ze śp. Zenkiem Starszakiem, moim serdecznym przyjacielem. Zorganizowaliśmy to pospolite ruszenie. Strażacy sami naprodukowali kilkaset pustaków – wspomina społeczny czyn. Niestety – i to nie daje panu Antoniemu spokoju – remizy nie wybudowano. Przeniesiono ją do budynku byłej weterynarii (tam jest do chwili obecnej), a po strażackim zrywie pozostały jedynie do dzisiaj widoczne fundamenty. – Z bólem wspominam, jak to upadło – mówi pan Antoni, przyznając wprost, że ówczesne władze nie dopilnowały tematu. Senior nawet nie wie, co stało się z pustakami.
To jedyna zadra ze strażackiej przeszłości. Dla pana Antoniego OSP Tarnówka to przede wszystkim miłe wspomnienia i szacunek do tego, co obecnie dzieje się wokół jednostki. Osiemdziesięciopięcioletni mężczyzna ze wzruszeniem opowiada dzisiaj o tym, jak kilka tygodni temu druhowie przyjęli go na obchodach jubileuszu jednostki. – Oni jak moje wnuki są – mówi o młodszych o dziesięciolecia kolegach. – Mili, sympatyczni chłopcy – określa ich wyraźnie wzruszony. – Jak mi zaśpiewali 100 lat, popłakałem się jak mały dzieciak – przyznaje, łamiącym głosem. Czym, jego zdaniem, była przez lata straż dla miejscowych? – Na początku to był zryw, a później piękna tradycja – odpowiada.
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze