Reklama

Tomasz Sypniewski - hardcore"owe życie za perkusją

04/04/2018 07:00
Tomasz Sypniewski to w Złotowie muzyczna legenda. Bez jego mocy i serca złotowski hardcore nie byłby tym, czym jest - powodem do dumy

Chciałbym porozmawiać o muzyce...

Aha... No, ale zależy o jakiej? O punku, hardcorze, czy może rock’u, bo różnie to ze mną bywało.

Rock to także Twoja domena?

Rock, jazz, blues...

Wszystko!

Tak, bo ja jestem otwarty na wszystko, zawsze wszystkiego sam się uczyłem. Miałem swojego mentora w młodości, Mirka, jednego z pierwszych perkusistów w „Reżimie”. Jak poszedłem do zawodówki, to chodziło się do nich na próby. Nazywali się jeszcze „15 po 5-tej”. Po cichutku, z boku człowiek się przyglądał, co jest grane. W końcu Mirek wziął mnie pod swoje skrzydła i mówi: „No jak chcesz, ale będzie ciężko...”. I było ciężko, nie mówię, ale w końcu dotarłem to tego, do czego było trzeba.

Reklama

Jak wspominasz swoje początki?

Uczyłem się długo, bo czasy były kiedyś inne. Absolutne podstawy można ogarnąć w tydzień, ale do perfekcji droga jest bardzo daleka. Moja pierwsza perkusja to były jakieś kartony i przykrywki do garów w pralni u mamy. Pukałem wszędzie, w szkole, w domu, na nogach i rękach, gdzie się tylko dało. Jak usłyszałem coś nowego, pukałem tak długo, aż się tego nauczyłem. Nie dawałem sobie luzu, na próby potrafiłem przyjść dwie godziny przed czasem. Sam ze sobą przegrywałem cały program, a chłopaków witałem cały spocony i robiliśmy normalną próbę. Potrafiłem tak codziennie. Czasem coś usłyszałem, zobaczyłem na koncercie, podejrzałem u innego bębniarza i pukałem...

Twój pierwszy zespół?


Czytasz artykuł premium. Pozostało jeszcze 89% tekstu
Zostań stałym Czytelnikiem.
Zaloguj się i subskrybuj wszystkie treści portalu [[pay]]

Z Kurczakiem założyliśmy „Red Presidents”, konkretny punk rock, który współtworzyli Grzesiu i Karol. Pamiętam swoją tremę na pierwszej próbie z normalną perkusją „Pol-Muza”. Zawsze za kartonami, a tu nagle coś takiego [śmiech]. Trochę tak pograliśmy, potem zmieniliśmy nazwę na „Blondinas Man”, bo wszyscy w ekipie byli blondynami. Później Karol zaczął przygodę z „Czerwonymi Kościołami”, a my założyliśmy patriotyczny Oi!-owy zespół „Słowiańska Siła”.

Reklama

Dziś odcinasz się od skinhead’owskiej ideeologii?

Kurczak mieszkał wtedy w Słupsku i to on trochę to „skinhead’ostwo” do Złotowa przywiózł. Nie krzyczeliśmy ze sceny „Heil Hitler!”, tylko ubieraliśmy się jak angielscy skinheadzi. Podwinięte nogawki, czerwone sznurówki, szelki, fleki, łyse głowy i tyle. Mieliśmy takich kolegów ze Szczecinka z zespołu „Neustettin”, z Olafem Jasińskim na czele, którzy grali typowo Oi!-ową muzykę. Potem ewoluowało to w „Honor”, czyli mocno zaangażowany skinhead’owski zespół, co mi się już raczej nie podobało. Kiedyś po jakimś koncercie stwierdziłem, że zabrnęło to za daleko. Można być Polakiem, można być patriotą, ale co mi przeszkadza, że ktoś jest czarny czy jest Żydem? Odciąłem się od tego. Każdy ma prawo być patriotą na swój własny sposób. Na przekór wszystkim, którzy kojarzyli mnie z tym nurtem, wytatuowałem sobie gwiazdy Dawida.

Gdybyś miał wymienić najważniejszy skład, w którym grałeś, to byłby to „Reżim”?

Tak, to były początki hardcore’u w Złotowie. Ja byłem najmłodszy w tym zespole. To Misiu – Piotr Michaś, czyli założyciel tej kapeli zaproponował mi, żebym spróbował. Pogadaliśmy i stwierdziliśmy: - Czemu nie? Próby mieliśmy w ODZ-cie, pierwszą płytę zrobiliśmy właściwie sami we dwójkę. On na basie i ja na perkusji. Wokalista i gitarzysta, Piotrek Skotnicki i Darek Wesoły pracowali wtedy w Holandii. Daliśmy im znać, że kleimy zespół, a oni zjechali. Nie minął rok, a pierwsza płyta była gotowa. Mnie się to podobało. Szybka muzyka, grana ze starszymi od siebie muzykami, którzy wprowadzili mnie na hardcore’ową ścieżkę. Poznawało się fajnych, ciekawych ludzi, trzymaliśmy wtedy ze sceną pilską. Często koncertowaliśmy z Aliansem czy Światem Czarownic. Ekipę mieliśmy bardzo zgraną, naprawdę wesołe czasy. „Reżim” przetrwał w sumie 7 lat. Razem wydaliśmy dwie płyty, mieliśmy dwie trasy po Polsce, Niemczech, Holandii i Belgii. Z czasem wszystko się jakoś rozeszło. Piotr wyemigrował do Szczecina, Misiu pojechał do Niemiec, Czaszka zajął się biznesami, później otworzył Generator. Chcieliśmy zrobić reaktywację, ale ostatecznie się nie udało.

Reklama

Na hardcore trzeba mieć czas.

Jak urodziły mi się dzieci, to faktycznie nie miałem czasu na granie, ale od początku zapowiadałem żonie, że prędzej czy później wrócę do tego i musi się z tym pogodzić. Dzieci podrosły, a ja po muzycznej przerwie dostałem propozycję od Tomka Cichego z „Radia Mariana”. Zaprosili mnie na próbę i tak już zostałem, na jakieś trzy lata. W tym samym czasie do współpracy namówili mnie też chłopacy z lipkowskiego „Regimentu”. W zeszłym roku nagraliśmy nawet płytę, ale wkrótce okazało się, że zespół nie wytrzymał próby czasu. Kiedy wokalista i akordeonista stwierdzili, że się wypalili, rozpadło się też „Radio Mariana”. Chociaż ja osobiście nie rozumiem, jak można się wypalić w muzyce.

Ty nie masz tego problemu?

Słucham bardzo dużo muzyki, melodica, hardcore’u, ale też innej. Nie zamykam się, jak niektórzy, na jeden tylko styl. Muzyka klasyczna to też rodzaj hardcore’u, bo tak samo jest w tej muzyce moc i serce. Lubię oglądać w internecie perkusistów jazzowych, nie przyda mi się to w graniu melodica, ale robię to dla siebie. Potem idę i sam się bawię moją perkusją. Zabawiam ją [śmiech] i siebie też przy okazji. To jest moja druga żona, uwielbiam ją. Trochę kosztuje, ale co robić? Same naciągi to koszt około tysiąca złotych, talerze - 6 tys., perka - 3 tys., stopy - 2 tys., więc trzeba o to dbać. Spędziłem z nią bardzo dużo czasu i nie wyobrażam sobie bez niej życia.

Reklama

Podobno jesteś najlepszym „pałkerem” w mieście.

Aaa... nieprawda. W swoim stylu są lepsi, np. Oscyp, perkusista Endless Desire, fajny, ciekawy chłopak, też samouk. Lubię podglądać jego grę, bo gra inaczej. Poza tym jest młodszy, a werwa to duży atut. Sam potrafię dużo, jestem dobry w tym co robię, ale nigdy się nie wywyższałem i nie chodziłem z nosem zadartym do góry. Na koncertach jestem wyluzowany i nic nikomu nie muszę udowadniać.

Skąd wiesz, co masz grać?

Pomysły pojawiają się np. gdy słyszę gitarę. Wiem od razu, że tu muszę uderzyć, tu i tu, potem koncepcja może się jeszcze oczywiście zmieniać. Najlepszy jest pełen spontan, ale do tego trzeba już sporego doświadczenia. Z Tomkiem Cichym muzycznie komunikujemy się właściwie bez słów, wiem z wyprzedzeniem, co on za chwilę będzie grał i co sam mam dalej robić.

Reklama

Mówią o Tobie: szybki i wytrzymały.

Potrafię grać szybko, z tzw. przeskokiem, co nie jest zbyt często spotykane. Wytrzymały też jestem, kiedyś nawet bardziej, ale nikt nie powiedział, że granie to łatwa robota. Dlatego ciężko o dobrego perkusistę, jak już ktoś ma takiego na pokładzie, to nigdzie go nie puszcza. Bywa, że gra się dwa koncerty jednego wieczora, tak jak ostatnio z „Regimentem” i „Radiem Mariana”. Wszyscy byli w szoku, stary Sypa dwa zespoły obciągnął... A co to za problem? Jeżeli się chce, to można wszystko zrobić. Ja kocham grać i jak bym mógł, to i trzeci bym obstukał [śmiech].

„Rozwalał naciągi, z pałeczek leciały drzazgi...”

Teraz pałki już nie pękają, kiedyś kupowałem grube, 16-tki, naciąg do werbla wystarczał na jedną próbę. Z czasem przyszło doświadczenie i wiedza, że wystarczy się tym bawić. Teraz gram nadgarstkami, a nie jak kiedyś całym ciałem, naciąg starcza mi na dwa - trzy lata.

Reklama

Powtarzający się opis Twojej osoby to: „Niedźwiedzia skóra i gołębie serce”.

Zawsze miałem miękkie serce. Niektórzy mieli mnie za jakiegoś zabijakę tylko dlatego, że byłem duży. Kilkanaście lat temu miałem swój „gorszy” okres, kiedy zwąchałem łatwe pieniądze, ale to była totalna bzdura, szukanie sobie innej, łatwiejszej ścieżki niż ta, którą już prawie miałem wydeptaną. Dziś wydaje mi się to jakąś parodią. Zapłaciłem za swoje grzechy i zamknąłem za sobą tamte drzwi. Poznałem kobietę, która mnie wyprostowała i urodziła mi dzieci. To one i ich zaufanie są dla mnie teraz najważniejsze.

Jak poznałeś Joannę?

Moja przyjaciółka pracowała jako kucharka w pociągu Intercity. Kiedyś w chwili słabości spytałem jej, czy nie ma tam, na tym wagonie, jakiejś fajnej kumpeli. Okazało się, że ma. Poprosiłem o numer i wysłałem sms-a. Przez następny miesiąc tylko tak się ze sobą komunikowaliśmy. Żadne z nas nie zadzwoniło[śmiech], w końcu ja się odważyłem. Zaprosiłem ją do Złotowa, poznaliśmy się, a Asia, która pochodzi spod Łodzi, nie miała problemu z przeprowadzką do Złotowa, od początku jej się tu spodobało. Mogę tylko powiedzieć, że jest wyjątkową kobietą. Wie, czego chce w życiu i jest wspaniałą mamą dla naszych dwóch córek.

Reklama

Inne muzyczne aktywności?

Uczę grać swoją 11-letnią córkę. Podstawowe rzeczy już zna i ciągle by grała, ale najważniejsza jest szkoła. Na granie trzeba sobie zasłużyć dobrymi wynikami. Poza tym mam pracę, po której nie zawsze chce mi się jeszcze uwijać za perkusją.

Jesteś brukarzem. Do tego też trzeba nie lada serca.

Praca nie jest lekka, ale to tak samo jak z graniem na perkusji w punkowej kapeli, tylko że to akurat relaks, przyjemność. Mogę przyjść z roboty nie wiadomo jak zmęczony, po 10 godzinach noszenia 140-kilowych krawężników i grać na próbie przez bite trzy godziny. Wtedy dopiero wracam do domu i wiem, że jestem zmęczony.

Reklama

Hardcore to sposób na życie?

To jest cały świat, w którym najważniejsze są dobroć, miłość, koleżeństwo i chęć niesienia pomocy. Życie to nie zemsta, tylko wybaczenie i danie drugiej szansy. Tak jak w rodzinie.

Tylko ciężko na tym zarobić.

No ciężko. Ja nigdy się nie sugerowałem pieniędzmi, jak ktoś przyniósł coś po koncercie, to fajnie, a jak nie, to nie. Cieszę się, że mam swój kawałek kanciapy, gdzie mogę postawić bębny i pograć sobie, kiedy tylko chcę. Dla mnie ważniejsze było to, że pojechałem gdzieś, zagrałem dla ludzi, czasem z innymi zespołami, tak jak kiedyś z „Reżimem” w Poznaniu, u boku amerykańskiej punkowej legendy „D.I.” Boże święty, co to się działo...

Reklama

Powstaje nowy zespół...

Stwierdziliśmy z Tomkiem Cichym, że zakładamy nowy zespół, dobraliśmy drugiego gitarzystę i szukamy wokalisty. Mamy już z 10 nowych numerów, także może być ciekawie. To ma być niespodzianka dla Złotowa, taki melodic punk w stylu Bad Religion czy NOFX. Nazywamy się „Sabotaż 71”, bo wszyscy członkowie urodzili się w okolicach tego właśnie roku. Teksty, wyłącznie po polsku, piszę ja.

Jaki masz sposób na muzyczną długowieczność?

Ciągle gram, nie zapuszczam brzucha i nie siedzę na dupie, nie biorę narkotyków i nie piję. Latka lecą, wiadomo, ale ja się nie poddaję.

Reklama

Rozmawiał Leszek Chełmowski[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Tyskie - niezalogowany 2018-04-05 15:56:24

    Piwko stoi:)

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    xxx - niezalogowany 2018-04-05 15:35:25

    a twoja stara to torba?

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Fan - niezalogowany 2018-04-04 19:18:11

    Gdzie można pana posłuchać?

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości