Reklama

Tomasz Urbański zamierza atakować Pik Lenina

17/04/2018 12:00
Złotowski alpinista Tomasz Urbański organizuje wyprawę na jeden z pięciu szczytów Śnieżnej Pantery. Chce z grupą, a potem samotnie zdobyć wysokość 7134 m n.p.m. Plan bardzo ambitny, trzymamy kciuki!

Cel: dwukrotne zdobycie Piku Lenina, z grupą i non stop samotnie

Szczyt: Pik Lenina (Szczyt Awicenny) szczyt w Górach Zaałajskich w Pamirze, na granicy Tadżykistanu i Kirgistanu, jeden z wierzchołków Śnieżnej Pantery

Zespół: trzyosobowy: Tomasz Urbański, Ewa Kapszukiewicz i Sławomir Klonowski

Wysokość: 7134 m n.p.m.

Termin: Wrzesień 2019.

Skąd wziął się pomysł na Pik Lenina?

Zaczynałem od turystyki alpejskiej, ale obecnie mam nowe cele. Znacznie wyższe. W Alpach przetestowałem się na dłuższych odcinkach i poczułem, że to nie jest szczyt moich możliwości. Poza tym spotkałem dwie osoby, które także chcą zdobyć szczyt Śnieżnej Pantery. Ustaliliśmy, że wejdziemy na Pik Lenina całą trójką, grupa zdobędzie aklimatyzację (adaptacja organizmu do warunków wysokościach) i dla moich wspinaczkowych partnerów wyprawa praktycznie się kończy.

Reklama

A dla Pana?

Dla mnie zaczyna się wyzwanie. Chcę zdobyć ten szczyt dwukrotnie, pierwszy raz z grupą i drugi w pojedynkę non stop samotnie. Po pierwszym ataku wrócimy do bazy i odpoczniemy, a potem samotnie zamierzam zrobić to samo, wspinając się bez przerwy. Moi partnerzy będą stanowić mój support. W razie problemów będę miał z nimi kontakt. Na drugi atak szczytowy chcę wyruszyć nazajutrz naszego wspólnego zdobycia Piku Lenina. Chodzi o wejście w szybkim stylu non stop.

Dlaczego planuje Pan podwójne zdobycie szczytu?


Czytasz artykuł premium. Pozostało jeszcze 85% tekstu
Zostań stałym Czytelnikiem.
Zaloguj się i subskrybuj wszystkie treści portalu [[pay]]

Pierwsze wejście dla zdobycia aklimatyzacji, oswojenia z warunkami, zapoznania z przeszkodami na trasie, np. szczelinami. Drugi raz przejdę tę samą drogę w pojedynkę. Będę miał już wtedy nakreśloną sytuację, ile zabrać jedzenia, ile płynów, żeby się nawodnić. Idąc w góry samotnie nie można iść w ciemno. Logistyka jest bardzo ważna, gdyby na górze stało się coś niebezpiecznego, np. nagłe załamanie pogody, muszę być na to przygotowany.

Reklama

Jak wygląda logistyka Pana samotnej wyprawy?

Pierwotny plan zakłada, że rozbijamy trzy obozy. Gdy ja wyruszę samotnie zdobywać szczyt, jedna z osób z mojego zespołu dotrze do obozu drugiego i tam będzie na mnie czekać. Wcześniej oczywiście trzeba przeanalizować kilka innych spraw, np. dojazd, który organizujemy samodzielnie, sprzęt, który zamawiamy u sprawdzonych wytwórców. W kwestii wyposażenia nie można iść na kompromisy. Jeśli nie mam pewności, że ubrania, śpiwór, namiot mnie ochronią w bardzo niskich temperaturach, nie mam po co iść w góry. Wszystkie te rzeczy szyte są na zamówienie klienta. Przykładowo osobiście nie potrzebuję bardzo ciepłego śpiwora i ciężkich butów, bo taki ekwipunek mnie spowolni, ale muszę mieć świadomość, że w razie komplikacji przetrwam z takim sprzętem. Na tydzień pakuję się np. w 30-litrowy plecak. Znajomi śmieją się, że w saszetkę. Jedyną niewiadomą jest dla mnie wysokość. Pierwszy raz będę atakować tak wysoki szczyt.

Jak Pana organizm przechodzi aklimatyzację?

Mój organizm jak dotąd radził sobie z tym świetnie. Podczas aklimatyzacji występuje nadprodukcja czerwonych krwinek, trudności z oddychaniem, utrata wody w organizmie i częste u wspinaczy odwodnienie. Bez aklimatyzacji na takiej wysokości pewnie wszedłbym na tę górę, ale zostałbym tam na zawsze. Wysokości zdobywa się stopniowo. Wtedy organizm przystosowuje się do warunków wysokogórskich.

Reklama

Będziecie używać masek tlenowych?

Absolutnie. To nie jest sport, to oszukiwanie swojego organizmu, a wchodzimy tam po to, by się przetestować, sprawdzić. Niektórzy himalaiści wchodzą np. na Mont Everest do 6500 m n.p.m., a potem zakładają maski. To zwykłe wspomaganie, jeśli nie daje się rady wejść na szczyt bez maski, to kończy się wyprawę na tych 6500 metrach. Tak jest uczciwie. Pamiętajmy, że to nie jest sport dla wszystkich.

Może Pan powiedzieć kilka słów o swoim zespole?

Nasz zespół składa się z trójki wspinaczy. Ja jako lider, Ewa Kapszukiewicz z Piły i Sławomir Klonowski z Wałcza. Ewa i Sławek byli moimi klientami, tak się poznaliśmy. Te osoby bardzo dobrze radzą sobie ze wspinaczką. Połączyła nas wspólna pasja. Wpierw zaproponowałem im polskie góry, potem Alpy. Radzili sobie świetnie, twierdząc, że to jest to, czego szukali. Gdy podsunąłem pomysł z Pikiem Lenina zgodzili się bez wahania.

Reklama

Kiedy planujecie wyruszyć i na jak długo?

Wyprawę szykujemy na wrzesień 2019 i ma trwać około miesiąca (z możliwością przedłużenia). Wrzesień z racji tego, że będzie tam mniej ludzi i pogoda będzie bardziej stabilna. Co prawda surowsza, ale stabilna. Tu nie ma miejsca na pomyłki. Między obozami jest duża odległość i nie można sobie pozwolić na przerwę w połowie drogi. W nocy temperatura spada do minus 30 stopni C, do tego, gdy wieje silny wiatr żaden najmocniejszy nawet organizm nie jest w stanie przetrwać wychłodzenia.

Jaka jest motywacja tych działań?

Chęć zdziałania w życiu czegoś większego, sprawdzenia samego siebie. Można przeżyć życie jako szary, zwykły człowiek, ale można to zrobić inaczej, w swój indywidualny sposób. W środowisku wspinaczy mówi się, że każdy wspina się dla siebie, ale po cichu liczymy na uznanie innych. Wielu z nas chce zapisać się w historii i mieć swój wkład w wytyczaniu nowych trendów, zdobywaniu trudnych szczytów. Ambicja wspinacza ma coś wspólnego z ambicją odkrywców, wynalazców, pionierów, którzy odkrywają to, co nowe, niedostępne, ukryte. Bez takich ludzi świat stałby w miejscu. Lubię wybierać trudne, ale realne cele, nie takie, które są poza moim zasięgiem.

Reklama

Pan Tomasz jest szczęściażem - jego małżonka jest dumna z męża, popiera jego pasję i plany

Jaki jest stopień ryzyka podczas wyprawy?

Wejście w trójkę mamy praktycznie zabezpieczone, ale mój samotny challenge jest niezwykle ryzykowny. Po drodze grozi mi mnóstwo niebezpieczeństw, np. wychłodzenie, odmrożenia, odwodnienie (gdy skończą się napoje w górach nie można jeść śniegu, bo odmraża to usta i przełyk), dalej ślepota śnieżna, poparzenia słoneczne, do tego strata wagi (zdarzyło mi się w 4 dni stracić 14 kg). W wyniku odwodnienia mogą pojawić się halucynacje. Doświadczyłem tego podczas jednej z wypraw. Zjeżdżaliśmy w dwójkę, a miałem wrażenie, że jest z nami ktoś jeszcze (trzecia niewidzialna osoba). Niebezpieczeństwo istnieje, ale bez ryzyka gra nie byłaby nic warta. Być może na miejscu skorzystamy z oferowanych przez tamtejsze firmy ubezpieczeń. Stały monitoring zdrowia jest potrzebny. Jeśli podejmę wspinaczkę osłabiony, nie mam pewności, że się uda. Chcę działać na granicy swoich możliwości, a nie poniżej.

Reklama

Jak odnosi się Pan do tragicznych zdarzeń z Nanga Parbat?

Tomasz Mackiewicz zrobił coś niezwykłego. Wszedł na górę w stylu alpejskim, sportowym, zdobył ją i choć, niestety, nie dał rady zejść, moim zdaniem należy mu się pośmiertny medal. Wszedł bez tlenu na szczyt. Himalaiści szydzili z jego skąpego sprzętu i techniki, ale on dokonał ataku i stanął na szczycie. Po drodze coś poszło nie tak, poniósł śmierć, ale zrealizował swój cel. Udowodnił, że można… Patrząc na zachowanie Francuzki myślę, że nie zostawiłbym partnera na pewną śmierć, próbowałbym go sprowadzić, ale z drugiej strony, gdybym był na miejscu Mackiewicza nie pozwoliłbym, by ktokolwiek dla mnie ryzykował. Takie są góry.

Co rodzina sądzi o Pana ryzykownej pasji?

Głos zabrała małżonka pana Tomka: Jestem dumna z męża, popieram jego pasję i plany. Staram się go stale wspierać i kibicować każdej jego wyprawie. Niejednokrotnie to bardzo trudne, ale zawsze jestem z nim. To nie jest tak, że się nie boję, boję o niego bardzo, ale wierzę w jego marzenia i życzę mu sukcesu. Pod względem charakteru jesteśmy z Tomkiem bardzo podobni, wyznaczamy sobie jakiś cel i uparcie do niego dążymy. Nie można się poddać w połowie drogi.

Reklama

Pan Tomek: Przez góry bardzo rzadko jestem w domu. Gdy są warunki ku temu, by jechać w góry może się walić i palić, ale pojadę. Żona rozumie moją pasję. Podziwiam ją, bo zawsze, gdy pojawia się pomysł na nową wyprawę, daje mi swoje błogosławieństwo. Każde z nas ma kawałek swojego zupełnie innego świata. Ja mam swoje góry, żona ma zwierzęta. Jest wolontariuszką w schronisku. W domu też mamy kilka adoptowanych czworonogów. Psy i koty dają nam wiele pozytywnej energii.

Jak kondycyjnie przygotowuje się Pan do zdobycia Piku Lenina?

Przy sporcie takim jak wspinaczka wysokogórska kondycja jest bardzo ważna. Zawsze starałem się dbać o formę. Kiedyś biegałem sportowo przełaje, teraz z naszym psem Gackiem po lesie. Można biegać całe życie, ale mam duszę sportowca i dla mnie ważne są wyniki. W pewnym momencie życia wydolność organizmu spada i trudno osiągnąć dobre efekty.

Reklama

Ile kosztuje taka wyprawa?

Na razie jestem na etapie składania kosztów poszczególnych elementów wyjazdu. To są jednak kwoty, które zwykłemu człowiekowi trudno pozyskać. Cały czas poszukujemy firm czy osób prywatnych, które zechciałyby nam pomóc. Chcemy pokazać, że nawet w tak małej miejscowości można mieć wielkie plany. Żyjemy w globalnym świecie, dlatego nawet żyjąc w wiosce daleko od gór można marzyć o szczytach i, co najważniejsze, zdobywać je.

Jakie są podstawowe zasady przetrwania w górach?

Przede wszystkim liczy się zdrowy rozsądek. Nie można ignorować wskazówek, które sugerują, że coś może pójść nie tak. Ponadto trzeba się przygotować logistycznie. Poznać masyw, mieć podstawowy sprzęt, np. telefon, jak złamię nogę dzwonię i podaję swoją lokalizację. Ludzie często nie wiedzą, gdzie są, nie są przygotowani na podstawowe zagrożenia w górach. Warto uczyć się od profesjonalistów. Ja uczyłem się od Jacka Ostrowskiego z Bydgoszczy. Często konsultuję się z innymi wspinaczami, śledzę nowinki. W sprawie gór warto być otwartym.

Reklama

Czy podczas wspinaczek rodzą się przyjaźnie?

Tak, niekiedy bardzo trwałe. Jednak gdy wyruszam jako instruktor, który zabiera ze sobą ludzi, nie pozwalam sobie na koleżeństwo. Musi istnieć zdrowa granica. Jestem za nich odpowiedzialny i schodzenie na stopę koleżeńską jest niezwykle nieprofesjonalne. Ludzie, z którymi wyjeżdżam, wiedzą, że jestem doświadczony i mogą na mnie liczyć, dzięki temu bardziej mi ufają.

Jakie jest Pana życiowe motto?

Nie poddawać się. Bardzo cenię sobie wolność i niezależność, a góry czynią człowieka niesamowicie wolnym.

[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Paula - niezalogowany 2018-04-18 08:17:30

    Powodzenia! :)

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    ... - niezalogowany 2018-04-17 21:49:44

    Zwykły kretacz ale powodzenia

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości