W swojej zawodowej karierze rozpoczął trzecie okrążenie wokół kuli ziemskiej, ale nie ma poczucia, że do pracy idzie za karę. - Nie wyobrażam sobie robienia czegoś innego – mówi Wojciech Hermann, który przybliża nam blaski i cienie życia hipoterapeuty
Od kiedy przemierzasz świat jako wujek Wojtek?
Moja przygoda z hipoterapią zaczęła się w maju 1998 roku i trwa nieprzerwanie już ponad 23 lata. Na początku trafiłem do Adonisa – ośrodka, który istniał w miejscu dzisiejszego Zacisza. Byłem świeżo po szkole i chciałem kontynuować naukę w Radawnicy, na turystyce. Niestety było zbyt mało chętnych i rozwiązali ten kierunek. Na terapię zajęciową nie chciałem iść i od września trzeba było ruszyć do roboty. Przez jeden dzień byłem nawet stolarzem, ale okazało się, że kariery w tej branży nie zrobię [śmiech]. Dowiedziałem się, że ludzi do pracy szukają właśnie w Adonisie. I tak się tam znalazłem, na próbę. Swój pierwszy turnus zaliczyłem jeszcze w Adonisie i pracowałem tam do października, kiedy to przenieśliśmy się do stawnickiej Zabajki. Na początku to były małe turnusy, po kilka, kilkanaście osób.

Od stolarki się odbiłeś, ale od koni już nie?
Nigdy wcześniej nie miałem z nimi styczności i czułem do nich spory respekt, do tego stopnia, że bałem się dać im coś z ręki do jedzenia. Pracował tam już mój osiedlowy kolega, który wprowadził mnie w ten świat. Respekt pozostał do dziś, ale obawy przed końmi szybko minęły, bo trzeba było na co dzień o nie dbać i razem pracować. Chwilę później siedziałem już na grzbiecie i powoli zacząłem w to wsiąkać. Z początku dużo jeździłem, bardzo to lubiłem i mocno się interesowałem tą tematyką. W 2000 roku skończyłem roczny kurs hipoterapeutyczny w Krakowie i już wiedziałem, co chcę robić w życiu [śmiech].
Lubisz swój zawód?
Bardzo. Nie wyobrażam sobie właściwie robienia czegoś innego. Spełniam się w tym zawodzie, zdrowie mi dopisuje i, póki co, nie zamierzam nic w tej kwestii zmieniać. Duże znaczenie ma tu na pewno miejsce, w którym pracuję, atmosfera i ludzie, którzy ją tworzą. Nie mam poczucia, że do pracy idę za karę, nie mam też żadnych problemów z motywacją, żeby rano wstać z łóżka. Wydaje mi się, że problem mógłbym mieć z przestawieniem się na coś innego. Doceniam to co mam i wciąż cieszy mnie, że mogę to robić.
Niektórzy utrzymują, że jesteś starszy od samej hipoterapii.
Starszy na szczęście nie [śmiech], ale z lokalnych hipoterapeutów faktycznie mam chyba najdłuższy staż pracy, w każdym bądź razie ten zabajkowy.
W hipoterapii wiele się nie zmienia. Jak wygląda kwestia dalszego samodoskonalenia po skończonym kursie?
Czasem pojawiają się jakieś nowinki, np. w fizjoterapii, które można wykorzystywać w pracy z końmi. Systematycznie odbywają się też warsztaty lub konferencje, dzięki którym można być w miarę na bieżąco. Najwięcej doświadczenia przynosi jednak własna praca i możliwość współpracy z bardziej doświadczonymi terapeutami. Ja miałem to szczęście, że w odpowiednim czasie i miejscu spotkałem odpowiednich ludzi. Moim mentorem od spraw terapeutycznych był ówczesny szef, a w świat koni wciągnęła mnie koleżanka z pracy.
Liczyłeś kiedyś, ile już kilometrów przeszedłeś w pracy?
Tak pi razy drzwi to na pewno dwa razy okrążyłem już kulę ziemską. Teraz leci mi trzecie „kółko”. Uśredniając, dziennie chodzimy po 15–18 kilometrów, trzeba to pomnożyć przez ilość dni w turnusie – dajmy na to, że 11, i przez ilość turnusów w roku, których jest 24. Rocznie wychodzi zatem od 4 do 4,5 tysiąca kilometrów. Przez 20 lat to już grubo ponad 80 tysięcy kilometrów.
Jak wielu pacjentów przeszło w tym czasie przez Twoje ręce?
Ciężko to sprawdzić, bo pacjenci na turnusach często się powtarzają. W ciągu roku mam styczność z około 240 dzieciakami, więc można policzyć, ile tych małych przyjaźni powstało w ciągu ponad 20 lat pracy zawodowej. Dużo [śmiech].
Nie każdy koń nadaje się do tej pracy. Jakie są kryteria doboru odpowiedniego wierzchowca do hipoterapii?
Koń predyspozycji musi mieć kilka, m.in. odpowiedni wzrost, żeby zapewnić maksimum bezpieczeństwa i komfortu pracy, odpowiednią, proporcjonalną budowę ciała i, co bardzo istotne, pożądane cechy charakteru. Powinien być z natury spokojny, żeby nie powiedzieć lekko flegmatyczny, ale też komunikatywny i mało płochliwy. W ośrodku konie pracują w „stadzie” i podobnie jak ludzie uczą się od samych siebie. O takim, który nic nie potrafi, mówi się „surowy”. Najpierw trzeba go „zajeździć”, czyli sprawić, żeby zaakceptował na grzbiecie ciężar człowieka. W dalszym etapie trzeba go ukierunkować do specyfiki hipoterapii. Zadanie zrobienia z zera bohatera przypada najczęściej samym terapeutom, którzy muszą konia przetestować w warunkach bojowych.
Czego wymaga praca z koniem?
Na pewno cierpliwości i pokory. Konie tak jak ludzie w różnym tempie przyswajają swoje obowiązki. Szybko wyrabiają się też nawyki, jak zachowywać się w towarzystwie tak dużych zwierząt, nie zachodzić od tyłu, nie robić nic znienacka. Jak w każdej pracy, także tutaj z czasem może wkraść się rutyna, ale podstawowa ostrożność, tym bardziej z małym jeźdźcem na grzbiecie, musi być zachowana. Przydaje się znajomość z koniem, umiejętność obserwacji jego zachowań i zareagowania w odpowiednim momencie. Koń lepiej słyszy, widzi i czuje, więc o każdym zagrożeniu wie prędzej od nas, trzeba umieć zwrócić uwagę na te symptomy. Jak byłem młodszy, byłem bardziej narwany, chciałem, żeby było szybko, już, teraz. Z czasem, także dzięki koniom, nauczyłem się, że na najlepsze rzeczy warto trochę poczekać.
Czy koń wie, że pomaga?
Raczej nie. Po prostu idzie do roboty, robi swoje i kończąc, cieszy się z wolnego [śmiech]. Konie lubią rutynę i są wtedy szczęśliwe, kiedy wszystko wokół dzieje się zgodnie z ich oczekiwaniami.
Masz jakichś swoich końskich faworytów?
Każdy z nas pracuje z jakimś koniem więcej niż z pozostałymi i automatycznie to one stają się naszymi ulubieńcami. Teraz pracuję z Willy`m, takim... 15–letnim "źrebaczkiem", który ma różne swoje pomysły, ale ogólnie zawsze mogę na nim polegać. Jesteśmy siebie pewni, to najważniejsze. Dobrze pamiętam też swoje pierwsze konie na stawnickiej Zabajce. Szczególnie ulubiłem sobie zgryźliwego, charakternego Leona i konia do wszystkiego – Kubę. Był jeszcze konik polski – Pongo, którego właściwie wychowałem i bardzo miło wspominam do dziś, pomimo faktu, że ta rasa wcale nie jest polecana do hipoterapii. Kolejny koń marzenie to zabajkowy Dzidek, gość, którego zawsze byłem pewien i wiedziałem, że nigdy nie odwali mi żadnego numeru. Sam przychodził do ujeżdżalni i ustawiał się na swoim miejscu, naprawdę wytrawny rutyniarz [śmiech].
Jakie predyspozycje trzeba przejawiać w tym zawodzie?
Na pewno wysokiemu, barczystemu facetowi będzie w tej pracy łatwiej niż filigranowej pani. Mimo to kobiet jest w tej branży zdecydowanie więcej, może dlatego, że przydają się tu także umiejętności pedagogiczne, interpersonalne, a w tych lepiej odnajdują się kobiety. Zarówno pracy z końmi, jak i z dziećmi trzeba się nauczyć, nie ma tutaj drogi na skróty. Są nasi mali pacjenci, ich rodzice ze swoimi problemami i radościami, a każdy z nich to kolejna lekcja i kolejne doświadczenie. Ja wolę pracować z cięższymi technicznie przypadkami, z dziećmi bardziej wymagającymi fizycznie, które wymagają odpowiedniego ułożenia ciała. Jako „psycholog” też się sprawdzam, ale nie jest to mój największy atut.

Wojtek Hermann nie zamieniłby swojej pracy na żadną inną
Hipoterapia to forma rehabilitacji wieloprofilowej. Jakie są najmocniejsze strony konia, co wynika z Twoich obserwacji?
Wszystko zależy od pacjenta, inaczej pracuje się z kimś z mózgowym porażeniem dziecięcym, a inaczej z np. osobą autystyczną. Koń ma tę zaletę, że jest bardzo wszechstronnym „narzędziem” i w zależności od schorzenia można sobie te jego walory wybierać, czy to fizyczne, czy psychologiczne. Dla wielu samo obcowanie z tak wielkim zwierzęciem to już jest duże przeżycie, które pomaga w przełamywaniu barier czy budowaniu poczucia własnej wartości. Jeden musi się na koniu wyszumieć, a innemu wystarczy, że go pogłaska i samodzielnie da mu marchewkę. Zaletą hipoterapii jest to, że spotkania z koniem dzieci nie kojarzą jako kolejnego zestawu ćwiczeń, tylko coś przyjemnego, nagrodę za wysiłek w innych dziedzinach. Dziecko jedzie sobie na koniu, dobrze się bawi i nie zwraca uwagi na to, że jest częścią jakiegoś większego procesu. Na palcach jednej ręki mógłbym pewnie policzyć pacjentów, którzy z jakichś względów nie lubią koni.
Nastawienie do tej formy terapii często przekazują dzieciom ich opiekunowie.
Z pewnością, ale myślę, że wszystko da się odczarować. Wiele zależy od doświadczenia terapeuty i umiejętnego poprowadzenia zajęć. Bywa, że ktoś nowy płacze na pierwszych zajęciach ze strachu, a na ostatnich płacze, bo nie chce z konia zsiąść.
Czy hipoterapia działa?
Oczywiście, że działa, a mówiąc precyzyjniej: współdziała, bo zawsze pozostaje tylko uzupełnieniem całościowego programu terapii. Wiodące zadanie w rehabilitacji ma najczęściej kinezyterapia, a zajęcia z koniem są ich dopełnieniem. Pewne rzeczy, których nie można zrealizować w sali, da się z powodzeniem wyegzekwować na ujeżdżalni, gdzie rehabilitacyjnym „sprzętem” jest żywy koń. Bodźców, które może nam przekazać, jest cała masa. Nie możemy też zapominać o aspekcie psychologicznym, bo kiedy raz przełamiesz swoje bariery, to ta pewność może później zaprocentować w innych aspektach życia.
Źródeł satysfakcji jest w tej pracy przynajmniej kilka.
To dzieje się na bieżąco, z turnusu na turnus. Czasem zaskoczy mnie czymś dziecko, czasem któryś z rodziców. Kiedy widzi się realne, pozytywne efekty takiej pracy, kiedy ktoś okazuje za nie swoją wdzięczność, to przychodzą do głowy takie myśli, że to najfajniejsza praca pod słońcem. To takie drobiazgi, które na szczęście dzieją się dość często i dają mnóstwo satysfakcji.
Jesteś skłonny do wzruszeń czy pozostajesz zawsze „zimnym draniem”?
Chyba ani jedno, ani drugie [śmiech]. Doceniam i dostrzegam takie chwile, ale staram się nad tym nie rozczulać. Fajnie, jak jest miło, ale nie rozwodzę się nad tym za długo. Cieszę się po prostu z dobrze wykonanej pracy.
W zawodzie terapeuty bywają też przykre chwile.
Przez tyle lat pracy uzbierało się już spore grono tych małych „aniołków”. Nikt z nas nie ma na to wpływu, mimo naszych szczerych chęci czasem przychodzi taka smutna wiadomość. Jest to niechciana, ale jednak część tej pracy. Tu spotykają się różne przypadki i różne historie.
Komu odradzałbyś hipoterapię?
Wydaje mi się, że sporo przeciwwskazań jest trochę na wyrost, bo większość dotyczy pełnego dosiadu, a pracę z koniem można ukierunkować na wiele sposobów. Bywa, że komuś obcowanie z koniem daje mnóstwo radości, ale z jakiegoś względu nie poleca się im tej formy terapii. Ja celowałbym w szukanie złotego środka, jakiejś formy kontaktu z koniem, która będzie najodpowiedniejsza. Obowiązuje tu ta sama zasada co w każdej dziedzinie medycyny – po pierwsze nie szkodzić. Są też oczywiście takie przeciwwskazania, których nie da się obejść, jak alergia czy nieopanowany lęk.
Z boku fajnie to wygląda, spacerujecie sobie z konikiem, śmiejecie się, wygłupiacie, ale nie jest to najłatwiejszy kawałek chleba.
Zanim pojawiłem się w Adonisie, sam tak myślałem, leżałem na plaży i mówiłem: Eee, co to za robota, idzie sobie, trzyma konia za tyłek i tyle. Wszystko się zmieniło, kiedy w moje ręce trafił pierwszy pacjent, wcale nie wymagający, bo samodzielnie siedzący, ale po jednej jeździe miałem dość. Byłem tak przejęty pilnowaniem dziecka, że chyba bardziej jechało na mnie niż na koniu.
Zdarzały się pewnie dużo bardziej niebezpieczne sytuacje?
Czasem tak, bo nie sposób wszystkiego przewidzieć i zareagować w porę. Incydentalnie koń się spłoszy i trzeba lądować bezpiecznie na ziemi. To są ułamki sekundy, ale nigdy nie miałem jakiegoś drastycznego momentu, żeby komuś stała się krzywda. Z niektórych nauczek wyciąga się wnioski na przyszłość. Ja np., asekurując dziecko z góry, nie wychodzę już poza obręb krytej ujeżdżalni, gdzie jest znacznie więcej czynników, które mogą konia wyprowadzić z równowagi.
Jak najlepiej zacząć przygodę z hipoterapią?
Na początku warto przyjść i zobaczyć, z czym to się je, poprowadzić konia, poobserwować. Możesz kochać konie, ale nie odnajdziesz się w świecie osób niepełnosprawnych i na odwrót. Dobrym momentem do przekonania się lub rozmyślenia są praktyki, kiedy jest okazja do pracy z pierwszymi pacjentami. Wydaje się, że pomagamy dzieciom, są zwierzęta, ale jak trzeba zrobić takich jazd 10 dziennie, w kurzu, w otoczeniu różnej maści robactwa i zapachów, to zostaną tylko ci, którym to nie przeszkadza, którzy pomimo to czerpią z tego satysfakcję. Jest wysiłek fizyczny i obciążenia psychiczne, nie każdy może temu sprostać. Wielu ludzi trafia do tego zawodu niejako „z ulicy”, podobnie jak ja, i dopiero na miejscu widzą potencjał tej dyscypliny.
Dosłownie przydaje się tu końskie zdrowie.
Bywało z nim różnie, ale jakoś daję radę do dziś. Najbardziej narażone są barki i lędźwie, z tymi odcinkami miewałem różne przygody, na szczęście nic poważnego. Jakiś czas temu zacząłem nawet dodatkowe ćwiczenia wzmacniające odpowiednie partie mięśni i czuję różnicę. Ludziom wydaje się, że od chodzenia powinny boleć nogi, ale na szczęście nie sprawdza się to w moim przypadku.
Miałeś kiedyś chwile zwątpienia?
Czasem się zdarzały, ale nigdy nie było to nic długotrwałego. Nie było to wypalenie, raczej zmęczenie związane też pewnie z innymi rzeczami w życiu prywatnym czy chęcią jakiejś zmiany. Na szczęście do tego nie doszło.
Gdyby zakazali hipoterapii czym mógłbyś się zająć?
Widziałbym siebie w pracy ze zwierzętami. Lubię o nie dbać, obrządzać, opiekować się nimi. Lubię, kiedy jest porządek, zwierzaki mają czysto i są zdrowe, coś takiego na pewno mógłbym robić. Obym jednak jak najdłużej nie musiał zmieniać branży [śmiech].
Rozmawiał Leszek Chełmowski

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!