Z okazji mijającego roku przypominamy Wam najlepsze teksty z ostatnich dwunastu miesięcy - tym razem w wersji otwartej!

– Teraz nic już nie muszę, tylko mogę – mówi Jadwiga Górna. Ona i mąż Krzysztof na handlu zjedli zęby. Przetrwali najtrudniejsze zawirowania, poradzili sobie z każdą konkurencją: i z GS–em, i z marketami. – Nikt nam nie powie, że zbankrutowaliśmy – z satysfakcją mówi ekspedientka ostatniego sklepu w Nowej Świętej
Z tych trzech dekad od 28 lat ich sklep znajduje się w centrum wioski. Jedynie przez pierwsze dwa lata handlowali niemal na przeciwko geesowskiej konkurencji. Wcześniej sklep prowadziło tutaj inne małżeństwo, ale zrezygnowało. W połowie lat 90–tych Górni stwierdzili, że spróbują sił w tej branży i weszli do zwolnionego lokalu. Postanowili żyć z handlu pomimo tego, że sklep, należący do GS–u, już dawno tutaj istniał.
– Sama się dziwię, że się zdecydowaliśmy. W dzisiejszych czasach w życiu bym tego nie zrobiła. Strach by mi na to nie pozwolił. Wtedy poszliśmy na żywioł, inaczej nie da się chyba tego wytłumaczyć – przyznaje pani Jadwiga. Tym bardziej wspomina to ze zdziwieniem, że chwilę wcześniej z takiego interesu zrezygnowali poprzednicy.
– A my jednak w to samo poszliśmy… – właścicielka sklepu przez chwilę zastanawia się, jak właściwie do tego doszło.
Odwaga to jedno, ale przecież handel to spore zobowiązanie, praca na wiele godzin dziennie.
– Może dużo zrobiło to, że nie byliśmy z Nowej Świętej. Pracowaliśmy do którejś godziny i stąd wyjeżdżaliśmy, nie było nas w tej wiosce, nie było nas na zawołanie po godzinach, bo komuś chciało się coś zjeść czy wypić – snuje pani Jadwiga. Nowa Święta zawsze była aż i tylko miejscem pracy, bo miejscem zamieszkania od lat jest Święta Ogrodnictwo.
Gdy Górni wchodzili w handel, nie mieli o nim bladego pojęcia, nigdy wcześniej nie mieli z nim nic wspólnego.
– Mąż elektryk, ja po szkole ogrodniczej. Poznaliśmy się zresztą poprzez pracę w Ogrodnictwie – nie są miejscowymi z urodzenia.
– Ja pochodzę z… daleka, mąż z Runowa. Po pewnym czasie mąż przeszedł do pracy w Klonie, a ja zostałam w Ogrodnictwie. Do czasu, aż zdecydowaliśmy się na sklep. Jak się zwalniałam, w pracy przeżyli szok. Dziwili się, że idę do sklepu i to jeszcze na wieś – wspomina pani Jadwiga. Czyj był to właściwie pomysł?
– Ja nie wymyśliłam tego, mąż wpadł na to – przyznaje.
To że po dwóch latach przenieśli się z pierwotnej lokalizacji bardziej do centrum wsi, wcale nie było spowodowane wolą ucieczki od tak bliskiej konkurencji z Gminną Spółdzielnią.
– Po prostu to było jedyne miejsce, gdzie mieliśmy możliwość wydzierżawienia gruntu pod sklep. Sąsiad się zgodził, żebyśmy postawili tutaj lokal – mówiąc o budynku pani Jadwiga wyraźnie się uśmiecha.
– Bo to nie jest zwykły sklep. To ta sama konstrukcja, która stała w Złotowie na Starym Mieście, w której mieściła się smażalnia ryb – nasza rozmówczyni nie jest w stanie przypomnieć sobie, w którym właściwie roku stamtąd zniknęła.
– W każdym razie w 1994 roku wszystko tutaj przywieźliśmy w częściach, odnowiliśmy, pod koniec 1994 wszystko już stawialiśmy, a później urządzaliśmy – postawiona z elementów konstrukcja czekała na wyposażenie i towar. Tak aby 1 kwietnia 1995 roku ich nowy sklep był gotowy do otwarcia.
– Ludzie do końca nie dawali wiary, że pójdziemy w swój sklep. Myśleli, że to jakiś żart, że na niby, że może na drugi dzień po prima aprilisie napiszemy co innego i okaże się, że to jednak nieprawda.
– Pierwsze miesiące było bardzo fajnie, wiadomo, nowy sklep, przychodziło wielu ludzi – pani Jadwiga przyznaje, że późniejsze okresy były różne. Bywało i bardzo trudno, tak bardzo, że w pewnym momencie, choć tylko raz w ciągu tych trzydziestu lat, poważnie rozważali rezygnację z interesu.
Przetrwali i czarne myśli można było zostawić w tyle głowy, choć w kolejnych latach działalności sytuacja nigdy nie była już tak dobra, jak w pierwszych. Zwłaszcza, gdy w Złotowie zaczęto budować pierwsze markety.
– Zawsze zastanawiało mnie, że ludzie, którzy u nas brali na krechę, mówiąc, że chwilowo nie mieli pieniędzy, w marketach jednak mieli za co kupować – pani Jadzia znowu się uśmiecha.
Ostatecznie przyszedł moment, że zakupy na zeszyty definitywnie przeszły do historii.
– Ci, którzy kiedyś na zeszyt brali, teraz nie przyjdą kupić nawet lizaka. To mnie najbardziej boli, ale co zrobić… – pani Jadwiga przyznaje, że z niewdzięcznym losem pozostaje jedynie się pogodzić. Tym bardziej z wdzięcznością mówi o klientach, którzy od lat się u nich zaopatrują.
– Wtedy mieli pieniądze – przychodzili, dzisiaj mają pieniądze – też do nas przychodzą, nawet jeśli większość rzeczy kupują w innych miejscach, najczęściej pewnie w marketach – właściciele sklepu z Nowej Świętej podkreślają, że są tacy, którzy przychodzą tutaj od trzydziestu lat. Od pierwszego dnia, gdy ich „Wafelek” stanął we wsi.
– Wielu klientom, zwłaszcza tym najstarszym, którzy są dzień w dzień, należy się podziękowanie. Za to że przychodzili, dbali o nas, wierzyli, że damy radę. Zwłaszcza dzięki nim sklep mógł przetrwać tyle lat – pani Jadwiga nie do końca skutecznie skrywa wzruszenie.
Górni patrzą za siebie z dumą i satysfakcją. Że, mimo zawirowań, dali radę.
– Kto kiedyś myślał, że w Świętej powstanie Dino?! – mówi pani Jadwiga. A w Świętej też jest jeszcze przecież sklep GS–u. Bo tę najbliższą konkurencję spod szyldu Rolnika również przetrwali. Spółdzielnia zamknęła sklep w Nowej Świętej blisko trzy lata temu.
– Bardzo byliśmy zdziwieni, że się zamykają – nie kryje, że podskórnie czuli, że mimo wszystko może to być dla nich szansa na kolejne, nienajgorsze lata w branży.
Tym bardziej, że lęk przed Dino, które ulokowało się w wiosce obok, nie był już tak silny.
– Nie bałam się, bo gdy powstawał market, byłam już na emeryturze, a jednocześnie mąż jeszcze pracował – Górni wiedzieli, że mają zabezpieczenie, sklep nie był jedynym źródłem ich dochodów.
– Poza tym w pobliskiej firmie zaczęła pracować liczna grupa obcokrajowców, którzy też systematycznie robili u nas zakupy. Gdy się pojawili, na dłuższy czas dość mocno zasilili stan naszej gotówki – mówi pani Jadzia.
Dzisiaj Górni nie muszą patrzeć w przyszłość z obawami.
– Teraz nic już nie muszę, tylko mogę – podkreśla nasza rozmówczyni. Przyznaje, że gdyby mieli żyć tylko ze sklepu, byłoby ciężko, właściwie nie ma mowy o tym, żeby oboje się z niego utrzymali. Ale sklep jako źródło dodatkowego dochodu? Jak najbardziej. Obecnie praca w nim to już nie potrzeba dorobienia, a wolna wola.
– To jest już satysfakcja. Jestem, ale nie muszę, będę chciała zamknąć, to zamknę. I nikt nam nie powie, że zbankrutowaliśmy – pani Jadwiga nie boi się powiedzieć, że sklep istnieje już trochę dla przyjemności, dla zabicia czasu.
– Taki stały element życia. Choć powoli zaczynamy myśleć o zamknięciu. Nie mówimy jeszcze kiedy, ale przymiarki powoli są. Myśleliśmy o zamknięciu z okazji tych 30. lat, ale jeszcze poczekamy – przyznaje.
Górni czekają, bo z drugiej strony pani Jadwiga, która spędza tutaj najwięcej czasu, nie za bardzo wyobraża sobie życie bez pracy.
– Co ja będę robić w domu? Ile można jeździć po rodzinie? Tym bardziej, że większość ciągle pracuje, wszyscy są zajęci. Może dlatego, dopóki zdrowie pozwala, wciąż tutaj jesteśmy – należy do tych, którzy są przekonani, że człowiek potrzebuje pracy, zajęcia.
– Nie wyobrażam sobie osób, które idą na emeryturę i zamykają się w czterech ścianach. Ja bym nie potrafiła. Może dlatego, że przez te wszystkie lata ciągle jestem między ludźmi – kobieta przyznaje, że sporadycznie zdarzają się jej momenty, kiedy chęci są mniejsze albo nawet nie ma ich wcale. Ale tylko chwilowo.
– Wstaję, jadę do pracy i jest dobrze. Praca na wsi jest fajna, znamy się, wszyscy na swój sposób jesteśmy rodziną – uważa.
Relacje sklepowej z ludźmi to osobny wątek tej historii. Pani Jadwiga przyznaje, że niektórych osób trzeba wysłuchać. Bywają tacy, którzy są zamknięci w sobie, nie uchylą rąbka z prywatnego życia, ale inni chętnie opowiadają o swojej codzienności.
– Ludzie potrafią się zwierzyć z różnych rzeczy. Niektórzy, jak przychodzą, poruszają wszystkie tematy, problemy, ja wysłuchuję. Bo co mam zrobić? – czasami pani Jadwiga jest nawet zdziwiona tym, że ludzie tak chętnie opowiadają o swoim życiu. Może dlatego, że wiedzą, że od niej nic dalej nie wyjdzie, mają pełne zaufanie.
Gdyby na bazie tych trzydziestu lat słuchania miała powiedzieć, jaka jest społeczność Nowej Świętej, powiedziałaby bez zastanowienia… – Ogólnie zgodna – pani Jadwiga przyznaje, że w całościowym rozrachunku to były dobre lata.
Jedyne, czego żałuje, to fakt, że przez pracę tak mało czasu poświęcała dzieciom.
– Bo ciągle były obowiązki w sklepie. Od wczesnego rana przynajmniej do osiemnastej, a były takie lata, że do wieczora – uzmysławia.
– Mój najmłodszy syn, który miał 3 lata, gdy otwieraliśmy działalność, tutaj właściwie się wychował. Z synem sąsiada Dominikiem. Ze mną przyjeżdżał rano i do niego szedł się bawić – wspomina sklepowa. Po chwili po raz drugi podkreśla, jak wdzięczna jest klientom, zwłaszcza tym, na których z mężem mogli liczyć przez długie lata.
– I naszym księgowym. Pani Jolancie i jej pracownikom – to naprawdę jest bardzo dobra współpraca – dodaje.
Na koniec pytamy o to, o co chyba powinniśmy zapytać na początku – skąd właściwie nazwa „Wafelek”?
– Przed laty, gdy mąż z kolegami chodził na lody, jak był jeszcze kawalerem, wszyscy jedli lody, a on ciągle tylko wafelki. Jeden powiedział w końcu do niego… – Ty… waflu! – i tak zostało.
– Na męża mówią Wafel, na syna młody Wafel, a my ze sklepu zrobiliśmy „Wafelka”. Taka to jest historia – kończymy spotkanie, bo przed sklepem robi się już kolejka.
Piotr Steffen

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!