Reklama

U Kazia co w sercu to na języku

26/12/2022 15:00

Kazimierz Blicharz to jedyny taki stolarz w mieście. Od dawna nie wykonuje dużych mebli, za to w swoim zakładzie, połączonym ze sklepem z akcesoriami meblowymi, robi to, czego ludzie potrzebują od ręki

Stolarskiego fachu rodowity złotowianin wyuczył się w Krajence. Nie wyobrażał sobie wykonywania innego zawodu i pierwszym miejscem jego pracy został złotowski Drzewiarz. Zmiana ustroju na przełomie lat 80–tych i 90–tych zachęciła go do przejścia na swoje – zakład uruchomił w październiku 1990 roku. Zaczynał na ulicy Słonecznej, po tym przeniósł się na Sienkiewicza, z którą to ulicą zakład „U Kazia” był utożsamiany przez wiele następnych lat. Najpierw znajdował się w miejscu, gdzie obecnie mieści się sklep spożywczy, a później jakieś dwieście metrów dalej, bliżej ulicy Szpitalnej.

– Początkowo był to typowy zakład stolarski, realizowaliśmy również większe zamówienia, dopiero po pewnym czasie weszliśmy w drobniejsze usługi i sprzedaż asortymentu – przyznaje, że spośród kilkudziesięciu złotowskich i pobliskich zakładów stolarskich, jego jest jedynym nastawionym na drobniejsze usługi i działanie sklepu.

Reklama

– Gdy wchodziliśmy w sprzedaż, skorzystałem ze wsparcia finansowego na poszerzenie działalności. Było niewielkie, wyniosło zaledwie 4 tys. zł. Tylko tyle przysługiwało finansowej pomocy udzielanej bodajże przez urząd pracy. Za te pieniądze kupiłem towar – wspomina.

Kłody na początek

– Przez lata to była naprawdę ciężka praca. Nie żadne osiem godzin. Często pracowałem do nocy, do 22–23. W dzień obsługiwało się klientów, przyjmowało zamówienia, co dało radę realizowaliśmy w czasie otwarcia, a popołudniami i wieczorami robiliśmy resztę – oprócz właściciela załogę zakładu zawsze stanowił pracownik i dwóch–trzech uczniów.

Reklama

– Gdy trzeba było, stawaliśmy na głowie, żeby ludzie jak najszybciej mogli odebrać zamówione półki czy blaty – stwierdza Kazimierz Blicharz. Mówi, że działalność, na jaką się zdecydował, nigdy nie była lekkim chlebem, ale pozwalała żyć.

– Jak jesteś trzeźwo myślącym pragmatykiem, pracujesz, nie masz wybujałych fantazji i nie przehulasz pieniędzy, do czegoś dojdziesz – zawsze był twardo stąpającym po ziemi realistą.

Choć życie rzucało kłody pod nogi. Ciężkie były już początki.

– Jeden z dostawców podał nas do sądu. Finał był taki, że naliczone w zaledwie pół roku koszty związane z sądem, adwokatem i komornikiem były kilkakrotnie wyższe niż sporna kwota. Nie spodziewałem się, że tak szybko można załatwić przedsiębiorcę – jedynym sposobem wyjścia na prostą była sprzedaż pierwszego, własnościowego lokalu przy Sienkiewicza. Dlatego zakład „U Kazia” trafił w drugą, już dzierżawioną lokalizację przy tej samej ulicy, bliżej Szpitalnej.

Reklama

Kawa dla stolarzy

Stolarstwa Kazimierz Blicharz był wyuczony, ale do bycia sprzedawcą nikt go nie przygotowywał.

– Samo przychodziło – wspomina.

– Nigdy nie wchodziłem w konfliktowe sytuacje z klientami. Laicy tych tematów po prostu liczą na pomoc, a ci, którzy przychodzą, a są doskonale zorientowani w branży, też nie próbują niczego udowadniać. Najbardziej cwaniakują, na szczęście sporadycznie, ci, którzy za wiele naczytają się w internecie i myślą, że pozjadali rozumy – choć pan Kazimierz zapewnia, że tacy trafiają do niego bardzo rzadko.

Reklama

– Generalnie bardzo lubię dobrze doradzić i pomóc klientom – przyznaje, że na półkach leży tyle drobnicy, że każdy znajdzie wszystko, co jest związane z meblami.

– Najczęściej wybierają wkręty, uchwyty, zawiasy, blaty i płyty meblowe – wylicza.

– Trzy lata temu, od kiedy jesteśmy w tym miejscu, zmieniliśmy też maszyny, na których pracujemy. Dzięki temu możemy ciąć i oklejać więcej płyt. Inwestycja spora, ale co zrobić, takie czasy, trzeba się rozwijać – przypomina, że w ofercie zakładu są też usługi szklarskie.

Reklama

– W tej dziedzinie specjalizuje się mój syn Tomek. Niewielu klientów wie, że mamy również szkło i lustra, często bywa, że są zaskoczeni kiedy im o tym mówię – przyznaje Kazimierz Blicharz.

– Codziennie rano, o ósmej, mamy taki rytuał „kawa dla stolarzy”. Większość współpracujących ze mną kolegów po fachu przyjeżdża i razem spędzamy chwilę na wypicie kawy, którą przygotowuję. Rozmawiamy o różnych zleceniach, a przy okazji robią zakupy.

Niegodnych nie ma na liście

Kazimierz Blicharz przyznaje, że najlepszy czas działalności jego zakładu przypadł – paradoksalnie, bo w tamtych latach sytuacja gospodarcza i rynku pracy w powiecie nie była dobra – na lata 2000–2005. Był jedynym w okolicy, który drobne usługi stolarskie łączył z prowadzeniem sklepu i warsztatu.

Reklama

– Inni stolarze praktycznie nie chcieli robić tych rzeczy, wszyscy nastawili się na duże zamówienia, meble. Przy nich nasze drobne usługi niejednokrotnie dotyczyły pierdół, ale dobrze wbiliśmy się z tym na nasz rynek – potwierdza.

– Ludzie od lat wiedzą, że gdy do mnie przyjdą, poczekają dzień, dwa, może trzy, ale dostaną to, czego chcą, bo inni stolarze praktycznie od razu im odmawiają – twierdzi, że nigdy nie miał potrzeby, ani też chęci powrotu do realizowania dużych zleceń. Przy ogromie pracy nawet nie miałby na nie czasu.

Reklama

– Niekiedy pojawiają się takie zlecenia, ale od razu oddaję je innym stolarzom. Tylko zaufanym, którzy jeszcze mnie nie wykiwali. Wiem, że od nich klient nie wróci do mnie z pretensjami – pan Kazimierz wyciąga niewielką kartkę z listą nazwisk okolicznych fachowców, którą niedawno spisał.

– Są na niej tylko ci warci polecenia. Niegodnych ta lista nie uwzględnia – stwierdza zdecydowanie.

– Zaufanych często polecam klientom, dzięki temu też mają pracę. Zdecydowana większość stolarzy w Złotowie i okolicy to porządne osoby i dobrzy fachowcy – mówi.

Reklama

– Problemy miałem naprawdę z nielicznymi, którzy okazali się nieuczciwi. Około trzydziestu, o których wiem, że mają zakłady w naszej okolicy, to dobrzy ludzie – uważa.
Z satysfakcją dodaje, że okoliczna branża działa raczej w dobrych relacjach. Nie ma większych zgrzytów.

– Nie ma podkupywania sobie pracowników, jak było jeszcze kilka lat temu.

Daleko od centrum, niewygodnie

– Łatwo tutaj nie jest – Kazimierz Blicharz potwierdza, że miejsce przy Kaczym Dołku, w którym zakład działa od trzech lat, nie jest idealnym.

– Nie mieliśmy specjalnie wyboru. Miasto poinformowało nas, że przy Sienkiewicza powstanie budynek wielorodzinny, władze Złotowa niczego nam nie zaproponowały.

Reklama

Sami musieliśmy czegoś szukać – jak podkreśla, lokalizacja przy ulicy Grudzińskich była w tamtym czasie jedyną, jaka wchodziła w rachubę.

– Nie chciałem już pchać się w żadne czynsze, dzierżawy – w ten sposób sklep z zakładem Kazimierz Blicharz postawił na działce kupionej od prywatnej osoby.

– Ludzie cały czas narzekają na ten wjazd i wyjazd. Gdy wyjeżdżają w prawo, w stronę ronda, jeszcze jakoś jest, ale w drugą… Przez trzy lata zaledwie kilka razy zdarzyło mi się, że inni kierowcy zatrzymali się, żebym mógł wyjechać. Ci, którzy jadą z góry, od ronda, jeszcze przyspieszają – opisuje.

Reklama

– Ludzie często mówią mi, że chętnie by przyszli, ale jak tym z centrum miasta powiesz, że sklep jest Za Rzeką, nie pójdą. Za daleko – potwierdza, że zdecydowana większość trafiających „Do Kazia” dociera pojazdami, choć z powodu problemu z wjazdem i wyjazdem niejeden też jest zniechęcony.

– Sprzedaż niektórych produktów, zwłaszcza drobniejszych, jak zamki, klamki czy kołki rozporowe, spadła o 90% – akurat ten asortyment jest tani, pokazuje jednak skalę tego, jak znacznie mniej ludzi tutaj trafia.

– Wielokrotnie mówiłem samorządowcom, że muszą pomyśleć o zrobieniu innej, alternatywnej drogi dojazdowej do miasta, jeśli chodzi o ruch Zza Rzeki – wie, o czym mówi, jako stały obserwator tego, jak wygląda ruch na tej ulicy.

– Dzisiaj na osiedlu korek zaczął się już od kościoła Piotra i Pawła, drugi od Dwójki. 8–go Marca też cała jest zakorkowana. Wszyscy pchają się tędy – opisuje.

– Uważam, że koniecznie muszą coś wymyślić w mieście, żeby odciążyć tę ulicę.

„U Kazia” można znaleźć nie tylko liczny asortyment, ale też stojące na ladzie dwie drewniane skrzynki, do których każdy może wrzucić pieniądze, jakie później wspierają lokalne wędkarstwo i siatkówkę


Co na myśli, to na języku

Kazimierz Blicharz nie boi się mówić, co myśli. Nie należy do tych przedsiębiorców–sprzedawców, którzy nie wchodzą w dyskusje z klientami i w obawie przed ich utratą nie zdradzają swoich poglądów i przekonań.

– Mam swoje zdanie i nie boję się rozmawiać – ludzie znają go z otwartości.

– Czasami gani mnie za to żona, ale taki już jestem – przyznaje. Także wtedy, gdy klientami są samorządowcy

– Nie spodobał mi się fakt i temat wynagrodzeń dla nich, gdyż kwoty są horrendalne! – przyznaje, że rozmawiając z nimi, ten temat też poruszył.

Właściciel zakładu nie ma też wątpliwości w innej sprawie dotyczącej samorządu, o której głośno w ostatnich latach – że miejsce, w którym prowadzi działalność, to Kaczy Dołek i powinien tutaj pojawić się element nawiązujący do tej nazwy.

– Niekoniecznie musi to być tablica, jaka była wcześniej, ale cokolwiek. O tym, że jest to Kaczy Dołek, mówię ludziom z całej Polski, z którymi współpracuję i którzy do mnie przyjeżdżają. To osoby z wielu miast, m.in. z Radomia, Wrocławia, Warszawy, Białegostoku, Szczecina. Mówię im zawsze: jak do mnie jedziesz, pytaj ludzi o Kaczy Dołek, każdy cię poprowadzi. Rzadko mówię o ulicy Grudzińskich. To ostateczność, gdy chcą wklepać adres w nawigację.

Od razu bym umarł

Nasz rozmówca przyznaje, że po dekadach w branży wcale nie jest tak, że nie ma już ona przed nim tajemnic.

– Praktycznie co chwilę wchodzi coś nowego, różne systemy. Nie można bazować na czymś, co wypracowało się 15–20 lat temu. Trochę wypadłem już z rytmu, ale mam młodego pracownika, kolegów, którzy pomagają w byciu ze wszystkim na bieżąco – choć pan Kazimierz nie zalicza już tylu nadgodzin co kiedyś.

– Ileż można? Staram się ograniczać do ośmiu, dziewięciu godzin pracy. Wystarczy. Mam 60 lat. Jestem świeżo po małym przedzawale. W aorcie mam założoną sprężynę, czekam na wstawienie dwóch kolejnych – zgadza się, że to chyba znak, iż stopniowo trzeba się wycofywać z aktywnego zawodowego życia.

– Całkiem nie, ale na pewno należałoby zwolnić. Co dalej będzie się działo z firmą? Mam nadzieję, że przejmie to syn. Kiedyś nie był tym zainteresowany, ale w ostatnim czasie to się chyba zmieniło – ojciec podkreśla, że przez lata latorośl była zaangażowana w funkcjonowanie zakładu.

– Mam nadzieję, że będzie zainteresowany przejęciem, bo po kilkudziesięciu latach nie chciałbym sprzedawać tego w inne ręce. Gdyby tak się stało, chyba od razu bym umarł.

Na co przeznaczy wolny czas, gdy wrzuci niższy bieg?

– Przede wszystkim na rodzinę, żonę i wnuczki – trzeba podkreślić, że z firmy pan Kazimierz nie tylko żyje, ale dzięki niej znalazł też miłość.

– Śmiejemy się często, że połączyły nas rury. Przychodziłam je zamawiać, gdy przygotowywałam sklep. Potrzebowałam rur fi 25, z których robimy konstrukcje do zawieszania sukien. Co kolejne przyjście, te rury miałam po coraz niższej cenie. Wtedy nawet nie domyślałam się, dlaczego. Nie wiem, czy celowo to też przeciągał, ale często mówił, że nie ma ich na stanie – wspomina Emilia Firlej–Blicharz.

– Później Kazik napisał do mnie na Naszej Klasie… – pięć lat temu zawarli związek małżeński.

– Można powiedzieć, że od razu rzuciła mi się w oczy – przyznaje o piętnaście lat starszy małżonek.

– Dopóki kupy się trzymam, na razie nie… – odpowiada na pytanie, czy spora różnica wieku ma jakiekolwiek znaczenie dla związku.

Na narybek, na siatkówkę

Życie Kazimierza Blicharza to nie tylko stolarstwo. Nawet w zakładzie, na wysoko zawieszonej półce, stoją puchary wywalczone na siatkarskich parkietach w lokalnych, amatorskich rozgrywkach. W wolnych chwilach lubi też grać w piłkę nożną, ale to siatkówka bezapelacyjnie jest jego sportem numer jeden.

– Zacząłem w nią grać w ósmej klasie podstawówki i tak było właściwie przez wszystkie kolejne lata – przyznaje, że jeśli włącza telewizor, głównie dla tej dyscypliny.

– Nasza drużyna od kilku lat nie gra już w amatorskich rozgrywkach, ale spotykamy się na boisku dwa razy w tygodniu. Raz w Ekonomie, a raz jeździmy do Tarnówki – jego pasji nie były w stanie zatrzymać niedawne problemy z sercem.

– To było pierwsze pytanie, jakie zadałem lekarzowi w Szczecinku: czy będę mógł jeszcze grać? Byłem spokojniejszy, gdy stwierdził, że tak, choć mam uważać, żeby się nie forsować – zastrzega.

Na pewno nie przesila się wtedy, gdy oddaje się innemu zamiłowaniu.

– Wędkarstwo jest ze mną od dzieciństwa. Prawdziwy ze mnie pasjonat, żaden niedzielny miłośnik. Kiedyś wielokrotnie wygrywałem indywidualne zawody, nawet ogólnopolskie – wspomina rywalizację, organizowaną przed laty w ramach krajowej spółdzielczości pracy.

– Zawody, dla blisko dwudziestu spółdzielni z całej Polski, co roku odbywały się w Łebie. Dwukrotnie zająłem pierwsze miejsce – satysfakcja pozostała do dzisiaj. Rekordowych sztuk nasz rozmówca sobie nie przypomina, ale pamięta, że podczas jednych, trzygodzinnych zawodów, złowił… 517 ryb!

„U Kazia” można znaleźć nie tylko liczny asortyment, ale też stojące na ladzie dwie drewniane skrzynki, do których każdy może wrzucić pieniądze, jakie później wspierają lokalne wędkarstwo i siatkówkę. Pierwsza przeznaczona jest na zbiórki na narybek, a pieniądze z drugiej wspierają działalność Stowarzyszenia Piłki Siatkowej Sparta Złotów.

– Wrzucam ja, wrzucają klienci – pan Kazik z satysfakcją przyznaje, że dzięki temu w ostatnim czasie kwotą około 2 tys. zł udało się wesprzeć młode złotowskie siatkarki. Część pieniędzy trafiła na ich wyjazd do Włoch, a część na zakup urządzenia treningowego. Zbiórka trwa dalej.

Piotr Steffen

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama


Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama