Aparat towarzyszył mi od zawsze. Ilość robionych zdjęć rosła natomiast razem z naszymi synami. Chciałam dokumentować każdy ważny moment w ich życiu. Jednak poza wartością sentymentalną w tych fotografiach czegoś mi brakowało. Impuls, że też chcę robić ładne, dobre zdjęcia przyszedł, gdy oglądaliśmy efekty sesji ciążowej, którą robiła mi koleżanka, zajmująca się fotografią zawodowo. Potem, gdy Olek się urodził, robiła zdjęcia całej naszej rodziny. Pomyślałam sobie: też tak chcę, chcę, żeby moje zdjęcia wyglądały równie profesjonalnie co jej. Niedługo potem zapisałam się na kurs. Najpierw podstawowy.

Teren wokół domu często służy za plener. Sad, las, łąka to miejsca, które Monika Tadych wykorzystuje w swoich sesjach
W jakimś stopniu na pewno. Tata prowadził sklep Fotooptyka, jedyny taki w Grudziądzu. To była państwowa sieć, z towarem mocno deficytowym w postaci: filmów, papieru, chemii fotograficznej, sprzętu. Często tam zaglądałam. Uwielbiałam na przykład segregować slajdy z bajkami do projektorów Ania, bo takie zestawy też mieliśmy w sprzedaży. Studia tam nie było, laboratorium również nie. Sprzęt natomiast zawsze był obecny. Głównie krajowy, enerdowski bądź radziecki. Mocno się to pozmieniało w latach 90-tych, gdy weszła prywatyzacja i napłynęły produkty z dalekiego wschodu. Szałem były tzw. „małpki”, czyli niewielkie aparaty z mniej lub bardziej rozbudowaną automatyką. W sezonie komunijnym szły jak świeże bułki. Raz, jako prezenty, dwa, by uwiecznić te ważne dla rodzin chwile. Wtedy też byliśmy zasypywani filmami do wywołania. Zbierało się zamówienia i jechało do Kodaka do Bydgoszczy. Wówczas wszyscy zachwycali się kolorami tych zdjęć, ich jakością, która na tle dzisiejszego sprzętu wypada raczej blado. Było za to znacznie lepiej niż w PRL-u. Ja też miałam taką „małpkę”. To był mój pierwszy, własny aparat, jedyny w całej klasie, który zabierałam na wszystkie wycieczki. Nim robiłam swoje pierwsze, samodzielne zdjęcia.
Reklama
Jak wspominałam, zaczęło się od naszych dzieciaków. Potem były warsztaty, lepszy aparat, kolejne obiektywy, następne warsztaty, kolejny sprzęt... Gdy miałam już większe doświadczenie i

[[pay]]
zaplecze techniczne chciałam to jeszcze bardziej rozwijać, ćwiczyć. Przed obiektyw trafiali przyjaciele z dziećmi, znajomi z dziećmi, rodzina z dziećmi. To wyszło dość naturalnie, że wciągnęłam się w fotografię tego typu. Za reportażem nie przepadam. Nie ciągnie mnie też do fotografowania ślubów, może dlatego, że tam wiele rzeczy dzieje się za szybko. W tym, że wybrałam słusznie utwierdzały mnie też opinie na temat moich zdjęć, bo fotografowani zamieszczali je w internecie. Poczta pantoflowa zadziałała na tyle, że szybko zaczęli zgłaszać się ludzie, którzy też chcieli zrobić sesyjne zdjęcia swojej rodzinie, swoim dzieciom. Co do zdominowania tej działki przez kobiety, to faktycznie tak jest. Na szkoleniach z tego typu fotografii 95% uczestników stanowią panie. Może wynika to z faktu, że mają mniejszy dystans do dzieci, łatwiej nawiązują z nimi kontakt. Zdarza się bowiem, że trzeba dosłownie stanąć na głowie, by zrobić dobre, ciekawe zdjęcie.
Reklama
Wielu rodziców często przeprasza za zachowanie swoich dzieci. Zupełnie niepotrzebnie. Mają natomiast przed oczami te uśmiechnięte buzie z fotografii i sądzą, że wszystkie inne pociechy to aniołki, a tylko te ich takie nieusłuchane. W rzeczywistości jest jednak tak, że zrobienie jednego zdjęcia może pochłonąć czasem i kilkadziesiąt minut. Wszystko dlatego, że „model” bądź „modelka” nagle stwierdził/a, że uśmiechał/a się nie będzie. Klasyczny przykład buntu dwulatka. Po prostu: nie, bo nie. Razem z rodzicami czekamy więc, rozmawiamy, rozśmieszamy. Zdarza mi się szczekać, miauczeć, owijać maskotkami aparat. Słowo: uśmiech proszę nie zawsze działa. Gdy sesja jest np. w sadzie, to czasem zdarza się też, że za najmłodszymi trzeba pobiegać. To wszystko później rekompensują kadry, w które wpatruję się podczas obróbki. Przypomina mi się, jak to zdjęcie powstawało i to powoduje uśmiech na mojej twarzy. W fotografii dziecięcej wydarzyć może się wszystko. Jeśli chodzi o niemowlaki, to „niespodzianki” też się zdarzają, więc czasem część dekoracji ląduje w pralce. Miłe jest za to, gdy fotografowani odbierają te zdjęcia, wpatrują się w nie i mówią, że są zadowoleni.

Tak wygląda jeden z elementów sesji zdjęciowej. Na całość poza pomysłem składa się jeszcze m.in. selekcja zdjęć, ich obróbka, czy wydruk
Chyba każdy, kto staje za aparatem lubi przeglądać efekty pracy innych, by poszukiwać inspiracji. Zdecydowanie nie mam tu na myśli kopiowania 1:1, ale w fotografii, tak jak w moim przypadku dziecięcej, rodzinnej są pewne trendy, które pojawiają się okresowo. Jakiś czas temu na topie były np. ukwiecone huśtawki ogrodowe. Staram się podążać za trendami, więc też coś takiego zbudowałam. Jednak plenery wybieram sama, w taki sposób, by możliwe jak najrzadziej się one powtarzały.
Reklama
Część tak, część nie. Niektóre dekoracje jak np. tła fotograficzne, można kupić, ale staram się z tej formy korzystać jak najmniej. Jeśli chce się mieć w kadrze coś oryginalnego, trzeba to „wyrzeźbić”. Pomaga mąż, synowie, rodzina, przyjaciele, znajomi. Czasem w eter rzucam informację, że czegoś szukam i zaczyna się pospolite ruszenie, by np. przeszukać strychy w poszukiwaniu „skarbów” bądź od zera zbudować dziecięce łóżeczko w stylu z początku XX wieku. Kilka dni i gotowe. Mam wokół siebie sztab niesamowitych osób, które mi pomagają, za co im dziękuję.

- Zdjęcia to coś ponadczasowego - mówi Monika. Jej zdaniem coraz więcej osób, jak przed laty decyduje się, by fotograf uwiecznił ich w kadrze
To położenie studia to zarówno zaleta jak i wada. Zaleta dlatego, że plener mam za drzwiami. Las, sad, łąka, konie... Wada, bo koleżanki z dużych miast z fotografii i tylko z fotografii mogły uczynić jedyny zawód. Poświęcić się temu w pełni. Dla mnie to już coś więcej niż hobby, ale jeszcze nie w pełni jedyne zajęcie. Jest stajnia, która wymaga ciągłej uwagi, by wszystko dobrze się kręciło. Jest firma transportowa, nasza główna działalność. Faktycznie natomiast coraz więcej osób pyta o zdjęcia i umawia się na sesje. Jeszcze nie tak dawno też tak to funkcjonowało. Jechało się do fotografa, tam były tła, jakiś misie, pies. Mój mąż ma na przykład sesyjne zdjęcie u łobżenickiego fotografa, które wykonane było na roczek. Coraz więcej osób rozumie, że choć fotografia cyfrowa daje niemal nieograniczone możliwości robienia zdjęć, to jednak oglądanie ich na komputerze czy telewizorze to nie to samo co fotka na papierze, w albumie, fotoksiążce czy na ścianie, a do tego wykonana przez fotografa. Ludzie rozumieją, że czas ucieka, chwila jest ulotna. Wiedzą, że już nigdy nie będą tak młodzi, ich dzieci wyrosną, zmienią się. Fotografie przywołują wspomnienia, gdy ktoś jest daleko od domu, np. w pracy. Co ciekawe, mam też zapytania o sesje w ramach prezentu dla kogoś. To też pokazuje, że zamiast dawać kopertę z gotówką, co jest chyba najmniej kreatywne, ludzie chcą przekazać drugiej osobie coś wyjątkowego.
Reklama
Niedawno zmieniłam aparat, co z pewnością motywuje do tego, żeby podnosić sobie poprzeczkę jeszcze wyżej. To nie jest zajęcie dla każdego, bo jeśli ktoś sądzi, że wystarczy zrobić „pstryk” i dalej wszystko dzieje się samo, jest w błędzie. Oprócz tego całego przygotowania planu, czasu spędzonego na nim, dochodzi przegląd zdjęć, obróbka, ciągłe doskonalenie, jeśli chce się w tej branży rozwijać. Z wyzwań na ten rok, wymagającym ode mnie chyba największej dyscypliny jest projekt „365 zdjęć”. Chodzi w nim, by każdego dnia wykonać fotografię, która dokumentuje co się tego dnia działo. Wydruki z pierwszego kwartału już pokazują, że będzie to coś ciekawego, z pewnością fajna pamiątka i może na tym jednym roku się nie skończy.
Rozmawiał Sz. Chwaliszewski[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze