Reklama

W Ameryce u milionerów

01/02/2018 15:30
Krótkie wakacje zmieniły się w pięcioletni czas spędzony za Atlantykiem. Pracowała dla Żydów, mieszkała w wartych fortunę rezydencjach, na własne oczy przekonała się, jak wygląda życie bardzo bogatych ludzi. Była pod Nowym Jorkiem, gdy w wieże World Trade Center uderzyły samoloty

Ameryka. Wyjątkowe miejsce – kontynent, który wielu przynajmniej raz w życiu chciałoby zobaczyć. Wśród mieszkańców naszego powiatu również są tacy, którzy spędzili tam dłuższy czas. Wyjazd nie ograniczył się do wakacyjnego wojażu, ale stanowił kilkumiesięczną, a nawet liczoną w latach część życia. Jaka była i jest Ameryka ich oczami?

Upokarzające przesłuchanie

Był 1997 rok. To miały być trzymiesięczne odwiedziny bliskich, którzy lata temu wyjechali za pracą.

Brat z bratową i ich córka dość regularnie tutaj przyjeżdżali, żeby nas odwiedzać. Do dzisiaj zresztą przyjeżdżają. Za to, że zawsze ich gościliśmy, chcieli się jakoś odwdzięczyć i zaprosili mnie. Miesiąc miałam spędzić u chrześnicy w Kanadzie, a kolejne dwa u brata na Florydzie

Reklama

– wspomina Bernadeta Sordyl. Nie sądziła, że może mieć tak duże problemy z otrzymaniem wizy.

Kobieta koło pięćdziesiątki, która ma w Polsce poukładane życie, jedzie na dłuższe wakacje. Jaki może być powód, że nie miała otrzymać wizy? Okazało się jednak, że oni już na początku wszystkich traktują tak, jakby jechali do pracy. Do dzisiaj bardzo źle wspominam rozmowy, w których szczegółowo rozpytywano mnie o moje życie. To było wręcz upokarzające przesłuchanie. Nie jesteś przestępcą, a ze wszystkiego się tłumaczysz. Gdy zapytano mnie, ile mam emerytury, reakcją był tylko uśmiech i wizy nie otrzymałam. Wyszli z założenia, że przy takim źródle utrzymania na pewno jadę pracować

Reklama

– dopiero późniejsze, drugie podejście do otrzymania dokumentu zezwalającego na wjazd zakończyło się powodzeniem.

Zresztą ja naprawdę nie miałam zamiaru tam pracować. Ani przez chwilę nie przeszło mi to przez myśl

– mówi B. Sordyl.

Sanepid by zamknął

Najpierw złotowiankę zauroczyła Kanada. Choć była bardzo zimna.

Jechałam w listopadzie. Powietrze było potwornie mroźne, co potęgował jeszcze silny wiatr

– wspomina wizytę w Ontario. Boże Narodzenie świętowała już jednak na słonecznej Florydzie. Wspólnie z chrześnicą i jej partnerem pokonali tysiące kilometrów samochodem.

Reklama

Czytasz artykuł premium. Pozostało jeszcze 92% tekstu
Zostań stałym Czytelnikiem. Zaloguj się i subskrybuj treści portalu

W kolejnych numerach AL przedstawimy historie innych osób, które przeżyły „amerykański sen”[[pay]]

Już ta podróż dała możliwość zobaczenia cudownych miejsc, m.in. wodospadu Niagara. Dla kontrastu Stany Zjednoczone zaskoczyły ponurym widokiem.

Detroit było jednym z pierwszych miast, które zobaczyłam. Do dzisiaj mam w pamięci opuszczone dzielnice. Niebywały widok. Domy, fabryki, pozostałość po tym, że kwitł tam kiedyś motoryzacyjny przemysł

– opisuje puste miasto, miejsce, gdzie wśród tysięcy budynków nie było widać żywej duszy.

Reklama

To był wręcz przygnębiający widok

– przyznaje, że bardzo kontrastował z obrazem Ameryki, jaki można było zobaczyć już tylko poprzez przejazd między Kanadą a Florydą. Zaskoczyły też hotelowe noclegi.

W pokojach leżały biblie. No i lokale, w których zatrzymywaliśmy się po drodze. Pierwszy raz widziałam miejsca, które Sanepid na pewno od razu by pozamykał

– śmieje się pani Bernadeta.

Bez dzieci, psy z ograniczoną wagą

Wreszcie dom brata w słonecznym Jupiter na gorącej Florydzie.

Dom mają na zamkniętym osiedlu. To miejsce dla, powiedzmy, średniozamożnej klasy, ale już tam niepożądana osoba nie wejdzie. Na gejcie (gate – brama) przyciski i kody do otwierania. Wszystko ogrodzone, wjazd od strony highway, a po drugiej stronie, kilkadziesiąt metrów dalej, może trochę więcej, promenada, a za nią ocean

Reklama

– złotowianka pierwszy raz w życiu doświadczyła tak upalnej zimy.

Nie mogłam się przyzwyczaić, że w styczniu moczyliśmy się w basenie na powietrzu

– wspomina.

Wiadomo, że jak na amerykańskie możliwości było to zwyczajne miejsce, ale na mnie robiło jednak ogromne wrażenie. Od choinek, które były jakieś inne, mieniły się setkami światełek, po wrażenie tego niemalże tropiku. Tam pierwszy raz w życiu zobaczyłam coś, co i u nas z czasem stało się powszednie, te wszystkie aktywne osoby, które jeździły na rolkach, rowerach, chodziły z kijkami czy biegały.

Reklama

Z drugiej strony…

Dziwna była dla mnie jednakowość wszystkiego. Śmiałam się, że te domki na tym pięknym osiedlu były jak u Chińczyków. Bo jednakowe. Na zewnątrz nic nie można było zmieniać, nawet żaluzji. Domy niemal identyczne, przed nimi też wszędzie takie same trawniki. Mieszkańcy musieli przestrzegać zasad. Na tym osiedlu np. nie można było mieć dzieci, a psy tylko do określonej wagi. Na początku nie mogłam tego pojąć. Później zrozumiałam, że to wszystko jest dostosowane pod zgodne życie społeczne. Wprowadzając takie zasady, takie ujednolicenie, oni w bardzo prosty sposób unikają sąsiedzkich sporów, kłótni, jakie u nas na okrągło można oglądać w programach typu Express Reporterów. Tam z góry na wszystko się godzisz i nie ma takich problemów.

Reklama

Opieka nad dzieckiem w restauracji

Przez kolejne miesiące upały jeszcze bardziej dawały się we znaki.

Później okazało się zresztą, że nastało najbardziej upalne lato od lat. Cały czas przestrzegali przed tym w komunikatach. Gdyby nie gęsta siatka na patio, zabezpieczająca przed insektami, robale chyba by nas zżarły. Od upału puchły mi nogi, palce, noce były dla mnie dramatem. Gorące, wilgotne powietrze i jeszcze ten latający nad głową wiatrak.

Ameryka każdego dnia dostarczała złotowiance nowych wrażeń. Wszystko było dla niej nowe. Od kin, w których jakość doznawanych wrażeń potęgowana była cyfrą połączoną z literą D, po zwykłe codzienne życie, tak inne od tego w kraju, gdzie Polska dopiero od kilku lat wychodziła z peerelowskiego dołka.

Reklama

Nie można jednak wiecznie wypoczywać. Bratowa przyszła pewnego dnia i oznajmiła: Deta, idziesz do pracy. Bliscy od lat prowadzą w Jupiter firmę sprzątającą. Najpierw złotowianka pomagała im, a później złapała inne stałe zajęcie. Opiekowała się dwumiesięcznym Evanem – synem kobiety, która przy Atlantyku prowadziła restaurację. Była wniebowzięta, gdy dowiedziała się, że jej synem będzie zajmować się Polka, a do tego pedagog – Bernadeta Sordyl przez lata była nauczycielką języka polskiego, w ostatnich czynnych zawodowo latach pracowała w złotowskim liceum ogólnokształcącym.

W Ameryce kobiety są bardzo wyzwolone. Karen sama prowadziła tę restaurację, a chłopcem opiekowałam się w tym lokalu. Gwar, klienci, zamrażarki, inne urządzenia, masa ludzi, a ja każdego dnia gdzieś z boku spędzałam z małym całe godziny. Nie było mowy o opiece w domu, najpierw trzeba było zapracować sobie na takie zaufanie

Reklama

– podkreśla nasza rozmówczyni.

Właścicielka lokalu z pochodzenia była Żydówką, oni do wszystkich mają tam ograniczone zaufanie

– przyznaje.

Na początku byłam bardzo zestresowana, modliłam się, żeby nikt się do mnie nie odezwał, również ze względu na to, że językowo byłam mocno ograniczona

– dobrym sposobem „ucieczki” z lokalu były spacery.

W tej rezydencji w pobliżu Nowego Jorku pracowała złotowianka (fot. Archiwum B. Sordyl)

Kościół i tornado

Na jedną z takich wypraw opiekunka z dzieckiem zbyt mocno się oddaliła. Spotkali ich dziadkowie chłopca – mimo miłej rozmowy pani Bernadeta czuła, że po powrocie będzie ją czekała niełatwa sytuacja. Rzeczywiście, matka Evana zrobiła awanturę, zaczęła mówić o niebezpieczeństwie związanym z porwaniami. Więcej dalekich spacerów nie było.

Reklama

Złotowianka opiekowała się z chłopcem przez rok.

Bardzo się związaliśmy. Bywały sytuacje, że Evan bardziej ciągnął do mnie niż do matki. Karen miała do mnie już takie zaufanie, że opiekowałam się nim w domu

– wspomina. Chłopiec miał loczka, który często wpadał mu do oka, przeszkadzał. Pani Deta w dobrej wierze obcięła kosmyk… 

Nie zdawałam sobie sprawy, że naruszyłam w ten sposób żydowski obrzęd pierwszych postrzyżyn. Zrobiła się afera, kobieta zaczęła krzyczeć i lamentować. Dziadkowie chłopca nie mogli mi tego wybaczyć. Jego matce złość później przeszła. Mogłam zostać w pracy, ale wiadomo, Polak jest honorowy

– śmieje się na to wspomnienie.

W nowej pracy opiekowała się chorym na Alzheimera starcem. Wiele czasu spędzała z jego córką, która ją zatrudniła. Dzięki niej pani Deta poznała bliżej kościelne życie Ameryki.

To nie było typowe, katolickie wyznanie, chyba ewangelickie, ale nie jestem pewna. Podobało mi się na tych mszach. Tam wszystko jest faktycznie bardziej radosne, spontaniczne, żywiołowe. Nawet ci pastorowie są jacyś inni. U nas księża często pouczają, straszą, politykują, tam nie. Nie widziałam konfesjonałów, spowiedź była wyłącznie powszechna. U nas na mszach często się przysypia, a tam ludzie, pastor żyją tą ceremonią, wiele jest tam praktycznego działania. Ludzie są aktywni. Każdej mszy towarzyszył cytat z Ewangelii. Pamiętam, że na jednej z mszy było małżeństwo, które opowiadało, jak opiekuje się dziećmi z Meksyku. W pewnym momencie na środek wyszło chyba ze czterdzieścioro tych dzieci, ludzie zaczęli się zgłaszać, pytać o ich los, oferowali pomoc. W Polsce coś niespotykanego. Parking przed kościołem był przygotowany na kilkaset samochodów i zawsze był pełny. Jak się spóźniłeś, raz że był problem z zaparkowaniem, a dwa, że i w kościele był kłopot ze znalezieniem miejsca.

Pani Bernadeta siedziała ze swoją chlebodawczynią w pierwszym rzędzie.

Prisilla miała miejsce obok żony pastora, bo dawała duże datki na kościół. Gdy byłyśmy pierwszy raz imiennie mnie powitano, przyjęto oklaskami. Zostałam w Ameryce dłużej niż mogłam, więc od dawna byłam już „na czarno”, a z drugiej strony nie było z tym jakiegoś problemu. Mimo że wszyscy wiedzieli, że jestem z Polski, że gdzieś pracuję, mieszkam. Nikt nie zwracał na to uwagi, nie czułam w związku z tym jakiegoś zagrożenia.

W tym czasie złotowianka przeżyła też tornado. W albumach ze zdjęciami ma również takie, na którym leży z innymi osobami w jednym miejscu, w zabezpieczonym przed żywiołem budynku.

To zdjęcie zrobiono kilka miesięcy przed zamachem na World Trade Center (fot. Archiwum B. Sordyl)

Kolczyki z brylantami

Najdłużej złotowianka pracowała dla małżeństwa milionerów. Spędziła z nimi trzy lata. Przygotowywała posiłki, sprzątała, opiekowała się rezydencjami. W okresie wiosny i lata mieszkali wspólnie pod Nowym Jorkiem, na jesień i zimę wyjeżdżali na Florydę. 

Któregoś roku byli nawet na okładce magazynu, w którym pisano o sławnych i bogatych. Znajoma Polka wracała na stałe do Polski i poleciła mnie do tej pracy. Ci ludzie bardzo chcieli zatrudnić Polkę, mamy tam chyba dobrą opinię

– śmieje się emerytowana nauczycielka.

Małżonkowie byli starsi od pani Bernadety. Kobieta miała irlandzko–włoskie korzenie, on żydowskie.

Domy, w których mieszkali to były wręcz pałace

– przyznaje. W pamięci ma jedną z kłótni bogatych małżonków.

Żeby odreagować zabrała mnie na przejażdżkę jej mercedesem. Pojechałyśmy na stację benzynową po mleko i wróciłyśmy. Na drugi dzień mąż kupił jej kolczyki z brylantami za 40 tys. dolarów

– pani Bernadeta wie, bo szefowa chętnie z nią rozmawiała i dzieliła się wieloma informacjami.

Kiedyś opowiadała o czasach, gdy byli ubodzy, bo mieli tylko siedem sklepów w Nowym Jorku

– ponownie się śmieje.

W rezydencjach nasza rozmówczyni miała oddzielne mieszkania, a w garażu lexusa do swojej dyspozycji.

Nigdy nim nie jeździłam. Bałam się

– uśmiechając się po latach, chowa twarz w dłoniach. Od pierwszych chwil spędzonych w Ameryce przekonała się, na czym polega obecny wszędzie luz, bezpośredniość, serdeczne podejście i brak oficjalnych relacji. 

Nie miało znaczenia, że to byli majętni ludzie, a ja jedynie ich housekeeper. Od początku mówiliśmy sobie po imieniu, tak było tam właściwie wszędzie, bez znaczenia był wiek czy społeczny status. Nie wiem, jak było w polityce, w określonych, oficjalnych relacjach, ale na co dzień tak to tam funkcjonuje

– podkreśla.

Ten rekin nie był złapany – martwa ryba leżała na brzegu oceanu (fot. Archiwum B. Sordyl)

Wymarzony rejs na Bahamy

Choć z drugiej strony są też oczywiście pewne granice. Kobieta pokazała mi kiedyś rezydencję, którą bardzo chciał kupić jej małżonek. Nie było im to jednak dane. Posiadłość stała na terenie, gdzie swoje majątki mieli Amerykanie. Tylko oni. Nie dopuszczali wokół siebie innych nacji, zwłaszcza osób żydowskiego pochodzenia. Bali się ich smykałki do biznesu, obawiali się, że odbiorą im pieniądze

– pani Bernadeta opowiada o jednej z rozmów ze swoją szefową. Jej mąż działał w branży nieruchomości. Kiedyś zaprosił panią Bernadetę do biura, opowiadał, czym się zajmuje. Pokazał teren, który zamierza kupić, zainwestować w niego i sprzedać z zyskiem.

Przez te trzy lata zawsze jadł to samo śniadanie. Płatki w mleku, do tego jakaś owocowa konfitura, kawa i sok z żurawiny

– to ostatnie wedle wytycznych lekarzy, bo chorował na prostatę.

Faktycznie miał żyłkę do interesów. Krótko przed zamachami na World Trade Center zainwestował duże pieniądze w produkcję specjalnych drzwi do kabin pilotów. Po zamachach mógł pewnie zarobić na tym fortunę

– mówi złotowianka, która między Nowym Jorkiem a Florydą podróżowała wspólnie z szefostwem ich prywatnym samolotem.

Pani Bernadeta mówi wprost, że jej praca w tym miejscu nie była ciężka. Nawet kurzu nie mogła za mocno wycierać, aby nie niszczyć cennych eksponatów w rezydencji. Miała też sporo luźniejszego czasu, wolne weekendy, nie było też problemu, żeby wziąć kilka dni „urlopu” i wielkim, luksusowym statkiem popłynąć w rejs na Bahamy.

To było miasto na wodzie: sklepy, restauracje, sale kinowe, dyskoteki, sala koncertowa, kelnerzy w białych marynarkach, uroczyste kolacje. Trudno to wszystko opisać

– przyznaje.

Bogacze, u których pracowała także zapraszali ją w różne miejsca, pani Bernadeta miała możliwość uczestniczyć w uroczystej kolacji, na której gościł Robert Redford.

Clinta Eastwooda również miałam sposobność zobaczyć

– wspomina.

W dzień wrażenia, nocą tęsknota

Z właścicielami rezydencji łączyły ją bardzo dobre relacje. Odwiedzały ją pracujące w Ameryce znajome Polki, nie było też problemu, gdy przyjeżdżali do niej krewni z Polski.

Miałam okazję obracać się trochę wśród tych zamożnych ludzi i jedno było dla nich wszystkich charakterystyczne: nie objadali się. Na wszelkich spotkaniach towarzyskich nie było takiego zastawiania stołów jak u nas. Potrawy bywały wykwintne, ale w niewielkich ilościach. Żaden z bogaczy, których widziałam, nie miał nadwagi. I nie wydawali drobnych. Mogła mieć przy sobie sto dolarów, ale gdy potrzebowała pięć, pożyczała je ode mnie. Aby tylko nie rozmieniać

– mówi o swojej szefowej. Bieda, nędza?

Oczywiście, że są, jak wszędzie. Są bezdomni, ale przynajmniej wśród tych, których ja widziałam, nawet oni mieli coś swojego. Tam każdy może mieć pracę, bieda jest wyborem stylu życia. Powiedziałabym, że w Ameryce nawet bieda jest na poziomie. Przez pięć lat nigdy nie widziałam tam pijaka, który zataczałby się ulicami

– podkreśla.
Gdy w 2001 roku doszło do zamachów na World Trade Center, złotowianka była pod Nowym Jorkiem.

To co później się działo, było bardzo ponure. Jeszcze przez długi czas było widać, jak zamachy dotknęły Amerykanów

– pani Bernadeta była przy strefie zero niespełna dwa tygodnie po zamachach.

Zapanowała fobia. Nowy Jork stał się policyjnym miastem. Wszędzie wyczuwało się lęk, niepewność. Mogę nawet stwierdzić, że Amerykanie w pewnym sensie zaczęli inaczej traktować obce nacje

– zauważa.

W Ameryce złotowianka przekonała się, co naprawdę znaczy słowo luksus (fot. Archiwum B. Sordyl)

Miesiące, które okryły się cieniem tragicznego zamachu były jedynie częścią jej kilkuletniego pobytu w USA. Większość tego czasu to wspaniałe wrażenia, blichtr i obcowanie z bogactwem, które dla większości jest wręcz niewyobrażalne.

Wieczorami zawsze wracała jednak tęsknota. Tak mieli wszyscy, którzy pracowali tam z dala od domu i bliskich. Kładli się do łóżka i myśleli o tych, którzy są w Polsce.

Gdy złotowianka zaczęła mówić swoim pracodawcom o powrocie do domu, byli gotowi nie tylko ją tam zatrzymać, ale nawet ściągnąć do Ameryki męża i syna.

To była bardzo konkretna propozycja. Ten mężczyzna usłyszał od lekarzy, że zostało mu jakieś pięć lat życia. Bardzo chciał, żebym została tam przynajmniej na ten czas. Pokazał mi ośrodek, do którego miałby uczęszczać mój niepełnosprawny syn, zapewnił, że dla męża również załatwiłby pracę. Mielibyśmy także dach nad głową

– tak się jednak nie stało i pani Bernadeta wróciła do domu. Jest jednak przekonana, że mogliby ułożyć sobie życie za oceanem, a gdyby tak się stało, pewnie do dzisiaj by tam żyli.[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości