Reklama

W kryminałach nie chodzi już tylko o zagadkę

30/12/2023 09:20

Julia Łapińska podbija świat polskiej literatury kryminału. Jej pisarski debiut został obsypany nagrodami, a niedawno światło dziennie ujrzała kolejna książka. O pogoni za pisarskim marzeniem i społecznym zaangażowaniu twórcy, związana rodzinnie z gminą Okonek autorka rozmawia z Hubertem Nowakiem

 

Zdobywasz coraz większe uznanie w świecie polskiej literatury kryminalnej. Nasi czytelnicy powinni wiedzieć, że część Twojej rodziny wywodzi się z okolic Okonka.

Tak, babcia i dziadek przybyli tu po wojnie w ramach przesiedleń, tu się też poznali. Mój tata się tu urodził i wychował. Sama spędzałam tu wielokrotnie wspaniałe wakacje, które kształtowały moją wyobraźnię. Czytałam wtedy dużo książek, a piękne tereny wokół Okonka działają inspirująco na moją wyobraźnię.

Co takiego wydarzyło się w Twoim życiu, że zaczęłaś pisać?

Reklama

Tu znowu musimy wrócić do wakacji u dziadków, kiedy wieczorami, na dachu domu, ukryta przed wszystkimi, czytałam „Rok 1984” Orwella. Jako nastolatka byłam pod wrażeniem, że książki mogą tak oddziaływać na mnie i tak mnie zmieniać. Stwierdziłam, że to coś niezwykłego napisać książkę, która w taki sposób wpływa na ludzi. Wtedy w tej piętnastolatce zrodził się plan, że w przyszłości też będzie pisać. Nie myślałam wtedy o kryminałach, tylko o klasycznych powieściach. W szkole uwielbiałam pisać krótkie opowiadania czy wypracowania.

Później pojawiały się oczywiście inne pomysły, na przykład, żeby zostać aktorką, bo aktywnie działałam w teatrach licealnych, a w Poznaniu chodziłam do klasy humanistyczno-teatrologicznej. W międzyczasie pochłaniałam biografie różnych pisarzy, jak chociażby Márqueza czy Hemingwaya, których bardzo podziwiałam i wiedziałam, że zaczynali od dziennikarstwa. Pomyślałam sobie, że to będzie dla mnie dobra droga do tego, żeby napisać powieść. Studiowałam filozofię i dziennikarstwo na Uniwersytecie Warszawskim, potem zostałam absolwentką Instytutu Reportażu. Dziennikarskie doświadczenia nauczyły mnie dostrzegać detal, stosować krótką i zwartą formę opowiadania i tworzyć bohaterów fikcyjnych na podstawie sylwetek prawdziwych ludzi, których poznawałam, pisząc reportaże. Doszły do tego kursy pisania podczas Międzynarodowego Festiwalu Opowiadania czy Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu. Był to długi proces, podczas którego moi bohaterowie i pierwsza książka zaczęli się we mnie rodzić.

Reklama

Zanim jednak przejdziemy do Twoich książek, to po drodze publikowałaś w znanych tytułach prasowych. Twoje nazwisko pojawiało się przecież w „Tygodniku Przegląd”, „Polityce”, „Tygodniku Powszechnym” czy „Dużym Formacie”.

Większość tekstów pojawiła się w tym pierwszym tytule, a zaczęłam od tego, że wysłałam do nich reportaż. Miał tytuł „Krew to farba” i opowiadał o myśliwych z gminy Okonek, którzy pozwolili mi wejść do swojego świata. Rozmawiałam też z docentem Zbigniewem Musiałem, filozofem z Uniwersytetu Warszawskiego, który również polował. Oddałam im głos, a jednocześnie prześledziłam ich język, który zmienia znaczenie wielu znanych nam słów. Nie mówią na przykład krew, tylko farba. Wydało mi się to zastanawiające, że potrzebują specjalnego języka, żeby opisać swoje działania. Tekst okazał się udanym debiutem reporterskim, ponieważ został od razu przedrukowany w „Angorze”. Tak zaczęła się moja współpraca z „Tygodnikiem Przegląd”. W pozostałych tytułach drukowałam głównie wywiady.

Reklama

 

Dziennikarstwo jednak nie było dla Ciebie?

Dziennikarstwo zawsze mnie pasjonowało, ale miałam poczucie, że tym, co naprawdę chce robić, jest pisanie książek.

Kiedy Twój pomysł na książkę nabrał realnych kształtów?

Myślę, że w momencie, kiedy wymyśliłam miejsce akcji, a więc Borne Sulinowo i poradziecki garnizon. Cały czas szukałam ciekawego miejsca, w którym mogłaby się dziać akcja mojej pierwszej powieści. Towarzyszyła mi świadomość, że dobry debiut jest istotny na drodze pisarskiej. To miejsce fascynowało mnie od dawna, napisałam zresztą reportaż o Bornem i Kłominie „Zgruzowana pamięć”. Kiedy już miałam miejsce, to w mojej głowie zaczęli pojawiać się bohaterowie. Jednym z nich jest straumatyzowany fotoreporter wojenny, Kuba Krall. Inspiracją dla tej postaci był Krzysztof Miller, nieżyjący już niestety reporter wojenny, autor książki „13 wojen i jedna”. Kiedy ją przeczytałam, pomyślałam, że właśnie taki bohater, trochę detektyw z przypadku, który trafia do garnizonu i jest jakoś z nim związany, będzie ciekawym rozwiązaniem fabularnym.

Reklama

Od pomysłu do debiutu zwykle droga jest daleka. Co sprawiło, że wydawcy się Tobą zainteresowali?

Na początku miałam całe 160 stron w komputerze, których absolutnie nikomu nie pokazywałam, nawet mężowi. Kiedy wydawnictwo Agora ogłosiło konkurs na powieść sensacyjną lub kryminalną, to zdecydowałam się wysłać swój fragment. Zrobiłam to ostatniego możliwego dnia, dwie godziny przed zamknięciem zgłoszeń (śmiech). Według organizatora było 500 zgłoszeń z całej Polski, a więc konkurencja ogromna. Wygrało „Czerwone jezioro”. Oczywiście musiałam dokończyć książkę. To mnie zmotywowało i dało mi możliwość współpracy z bardzo dobrym redaktorem, Pawłem Sajewiczem.

Reklama

Dlaczego kryminał? Dlaczego nie fantastyka, romans czy cokolwiek innego?

W kryminałach podobał mi się fakt, że jest w nich potrzebna żelazna logika zdarzeń. Już na studiach filozoficznych lubiłam zajęcia z logiki. To sprawia, że pisanie kryminałów jest trudne, ale jednocześnie jest dla mnie bardzo ciekawym wyzwaniem, żeby wszystko w fabule się spinało i zgadzało. Czytelnik bywa bardzo czujny i jeśli spróbujemy go jakoś oszukać, wywieść w pole, ale nie będzie to logiczne, to on nam tego nie wybaczy. Wybrałam kryminał także dlatego, że we wczesnej młodości lubiłam Arthura Conan Doyle’a i jego Sherlocka Holmesa. Decydującą kwestią było jednak to, że wiele lat temu trafiłam na warsztaty z pisania kryminałów. To mi pokazało, jak ten gatunek teraz niesamowicie się rozwija i może być pretekstem do poruszenia przez autora aktualnych problemów społecznych. Nie chodzi już tylko o zagadkę, chociaż i ona powinna być interesująca. To połączenie bardzo mi się podoba, bo pozwala, by kryminał był jednocześnie pełnoprawną powieścią.

Reklama

O czym zatem jest Twój debiut, czyli „Czerwone jezioro”?

Akcja dzieje się w 2014 r. Kuba Krall trafia do Bornego na ślub rosyjskiego oligarchy. Rosjanie wracają tam, aby zorganizować wystawny ślub w hotelu Mir. To jest akurat fikcyjne miejsce, chociaż wiele miejsc opisanych w książce jest jak najbardziej autentycznych, łącznie z Domem Oficera. Słyszałam, że jeden z przewodników po Bornem mówi turystom, że warto czytać „Czerwone jezioro” jako pomoc w rozumieniu tego miejsca! Jest tam dużo faktów historycznych i rzeczy, które wzięłam ze swoich reporterskich poszukiwań.

Reklama

Wracając jednak do bohaterów, to Kuba Krall na weselu fotografuje oraz widzi sceny, których nie powinien zobaczyć. Nie będzie dużym spoilerem, jeśli powiem, że w noc poślubną panna młoda zdradza męża oligarchę z ochroniarzem, który rano zostaje znaleziony martwy z odciętymi palcami. Kuba był świadkiem tej zdrady i najchętniej by natychmiast wyjechał z tego miejsca, na co mu niestety nie pozwalam (śmiech). Zaczynają dziać się różne dziwne rzeczy, ale oczywiście nie będę zdradzała fabuły.

Ludzi interesujących się tym miejscem i samych mieszkańców zaciekawić może to, że pojawiają się w książce retrospekcje z lat 80., w których opisane jest życie garnizonu i wsi Dąbrowica.

Reklama

W jednym z wywiadów stwierdziłaś, że Twoje książki zawsze były i zawsze będą zaangażowane społecznie. Czy politycznie również?

Nigdy nie myślałam o tym, żeby pisać książki, które w jakiś sposób mówią o polityce. Większość książek, które nie przemijają, porusza tematy bardziej uniwersalne. I takie książki chciałam pisać, które dobrze czyta się też po latach. Chociaż na przykład wspomniany tu już Orwell poruszył temat polityczny, to jego wybitna powieść jest aktualna do dziś. Jak widać polityka też może być jednak tematem ponadczasowym w literaturze! W „Czerwonym jeziorze” głównie chodzi o miłość oraz zemstę i z takim poczuciem ją tworzyłam, żeby polityki jak najmniej się w niej znalazło. Jednak to, co się teraz dzieje w naszym kraju oraz sytuacja na granicy polsko–białoruskiej, która moim zdaniem powinna zostać rozwiązana w sposób dużo bardziej humanitarny, niezależnie od naszych poglądów, sprawiły, że w mojej drugiej książce jest więcej polityki. Wszyscy jesteśmy ludźmi, a ludzie nie powinni umierać w lesie pozbawieni elementarnej pomocy. Dlatego „Dzikie psy” powstały już trochę ze złości na tę sytuację. W książce pojawiają się jezydzi, grupa etniczna, mocno prześladowana przez ISIS. Także teraz w lasach Białowieży jezydzi się pojawiają. Rodziny z małymi dziećmi, wyrzucane na drugą stronę bez żadnej próby ratowania ich.

Reklama

Oczywiście „Dzikie psy” to tylko literatura, nie możemy traktować tego jak reportażu, jednak przez mój opis chciałam pokazać, że oni też są ludźmi, bo wydaje mi się, że część osób, która śledzi tę sytuację i podejmuje polityczne decyzje o ich losie, o tym zapomina. Coś przerażającego dzieje się z naszą empatią. Kryzys uchodźczy Polska i Europa mogłyby zdecydowanie lepiej rozwiązać.

Oprócz kryzysu na granicy jakie jeszcze motywy zdecydowałaś się poruszyć w „Dzikich psach”?

W książce mamy mocny temat etyki dziennikarskiej i różnych postaw dziennikarskich, które bywają czasami kontrowersyjne. Są one dobrym tematem do dyskusji o tym, na ile przedmiotowo dziennikarz może potraktować swojego bohatera w imię dobrego materiału, który ostatecznie pomoże wielu ludziom. Jest też temat wielkiej polityki, która wkracza w pewnym momencie na karty powieści.

Reklama

Wróćmy jeszcze na chwilę do Twojego debiutu. Jak wyglądała premiera „Czerwonego jeziora”?

Odbywała się w bardzo trudnym momencie, ponieważ dzień po premierze wybuchła wojna w Ukrainie. Miałam zaplanowane spotkania autorskie, jednak w tamtej chwili zupełnie nie wypadało podejmować żadnych działań promocyjnych. Odsunęliśmy to z wydawnictwem na czas późniejszy. I chociaż spotkań autorskich później już za dużo nie było, to zostałam zaproszona na dwa świetne festiwale: Festiwal Kryminału we Wrocławiu i Poznański Festiwal Kryminału GRANDA. Udzieliłam też sporo wywiadów radiowych i internetowych, więc o książce szybko zaczęło robić się głośno.

Skąd wziął się ten rozgłos? Pomagało w tym wydawnictwo czy książka po prostu okazała się na tyle dobra, że czytelnicy się w niej zakochali?

Napracowałam się nad książką i cieszę się, że została doceniona przez czytelników i krytyków. Wydawnictwo oczywiście promowało książkę, przede wszystkim jednak spodobała się wielu dziennikarzom i krytykom. Bardzo pozytywny odzew był też wśród instagramerów. To spowodowało, że ludzie zaczęli ją sobie polecać.

Spodziewałaś się, że Twoja książka odniesie sukces?

Podejmując się napisania książki, chciałam, jak każdy autor, żeby odniosła sukces. Ucieszyłam się, kiedy tak się stało, bo podeszłam do jej tworzenia ze świadomością pisarskiego warsztatu. Od początku w nią wierzyłam, co tylko potwierdziły przyznane jej nagrody. W zeszłym roku na Festiwalu Kryminalna Warszawa powieść dostała wyróżnienie. W tym roku na festiwalu Gwiazdozbiór Kryminalny Kujawy i Pomorze w Toruniu dostała główną nagrodę Kryminalnego Debiutu 2022 roku i została nominowana do literackiej Nagrody Wielkiego Kalibru, gdzie znalazła się w gronie siedmiu najlepszych książek kryminalnych w Polsce.

 

Jak mówiłaś, pisanie „Czerwonego jeziora” to był wieloletni proces. Z kolei „Dzikie psy” ukazały się już po roku od tego debiutu. Tempo się zwiększyło. Remigiusz Mróz może czuć się zagrożony?

Nie (śmiech). Wynika to z pewnej decyzji. Jeśli chce się być na rynku wydawniczym jako pisarz kryminałów, pisanie jednej książki rocznie tak, aby czytelnicy o nas nie zapomnieli, to jest takie minimum. Bardzo mocno się zmobilizowałam i wydaje mi się, że z każdą książką mam coraz lepszy warsztat i technikę, więc dzięki temu pisanie przychodzi mi szybciej. „Dzikie psy” faktycznie pisałam około ośmiu miesięcy, plus prace redakcyjno-wydawnicze.

Czy w Polsce da się żyć tylko z pisania książek?

Znam wiele osób, które żyją z tego, szczególnie pisarze literatury gatunkowej i książek dla dzieci. Więc da się. To jednak zależy od tego, jakie mamy oczekiwania finansowe. Należy pamiętać, że pisarz nie zarabia tylko na książkach, ale płaci mu się również za spotkania autorskie czy prowadzenie warsztatów.

Polskiego czytelnika kryminałów trudno zadowolić?

Powinniśmy mówić raczej o czytelniczce. Widziałam ostatnio badania na stronie Portalu Kryminalnego, że 80% osób czytających kryminały to kobiety. Szkoda, że mężczyźni mniej czytają. Może słuchają więcej audiobooków? Mam taką nadzieję, sama jestem słuchaczką tej literatury, szczególnie lubię słuchać audiobooków na spacerach z moim psem lub podróżując samochodem. Ale wracając do pytania, to nie ma nigdzie takiego pisarza, który zadowoliłby wszystkich. Każdy prędzej czy później dotrze do swojego grona odbiorców, którym podoba się jego twórczość. Wbrew powszechnej opinii, że czytelnictwo upada, w Polsce każdego roku wydaje się coraz więcej książek, więc zapotrzebowanie na tym rynku dalej istnieje.

Czujesz się już rozpoznawalna? Ludzie zaczepiają Cię na ulicy?

Zdarzyło mi się zostać rozpoznaną i poproszoną o wspólne zdjęcie, chociaż rozpoznawalność to nie było nigdy coś, o czym bardzo marzyłam. Z perspektywy czasu trochę żałuję, że nie jestem anonimową autorką (śmiech). Wtedy ma się więcej czasu na pisanie. Jednak kontakty z czytelnikami są zawsze bardzo miłe.

Wolę być obserwatorką rzeczywistości, a jak ktoś mnie zaczyna rozpoznawać, to wtedy tracę status obserwatora i sama jestem obserwowana.

To co dalej? Masz już w głowie kolejną książkę do wydania w przyszłym roku?

Tak, mam już podpisaną umowę z wydawnictwem i pracuję nad trzecią książką.

Będzie to kontynuacja historii Kuby Kralla?

Tak, ale muszę zaznaczyć, że każdą z tych historii można czytać osobno i jeśli ktoś chce, to spokojnie może najpierw sięgnąć po „Dzikie psy”, bo i takich czytelników znam. Piszę tę serię tak, że w każdej części jest zupełnie nowa zagadka kryminalna i nowi bohaterowie z nią związani. Zawsze jednak rozwiązuje je fotoreporter Kuba Krall i rudowłosa policjantka Inga Rojczyk, która pracuje w Szczecinku i mieszka w Bornem. Wokół nich toczy się akcja i czy tego chcą, czy nie, zmuszam ich do rozwiązywania tych zagadek kryminalnych.

Jesteś zadowolona z postaci, które stworzyłaś?

W moim odczuciu w drugiej części Inga i Kuba jeszcze lepiej wybrzmieli. Ja ich dużo lepiej jako autorka poznałam i rozrysowałam ich problemy. Fabuła książki to również ich osobista historia. Mam nieodparte wrażenie, że wręcz się dopraszają, żeby jeszcze bardziej zaistnieć w kolejnej części. Czasami wydaje mi się, jakby oni naprawdę istnieli, ale wielu pisarzy mówi o podobnych odczuciach. Kuba i Inga nie mogą być inni. Tacy się piszą.

Wydałaś już dwie książki o Bornem Sulinowie i okolicach, mówi się o nich w trakcie wycieczek turystycznych, ale jeszcze chyba nie byłaś tu na żadnym spotkaniu autorskim.

Dostałam właśnie zaproszenie do Szczecinka na spotkanie autorskie, i już nie mogę się doczekać spotkania z czytelnikami. Ogromnie jestem ciekawa ich wrażeń i komentarzy dotyczących książki. Część akcji toczy się też na komendzie powiatowej w Szczecinku. Co ciekawe, na zewnątrz opisuję ją tak jak w rzeczywistości wygląda, ale wewnątrz wymyśliłam zupełnie inny świat, wykreowany na potrzeby powieści. W książkowej komendzie wiszą poroża jak w miasteczku Twin Peaks (śmiech). To się odnosi do całego cyklu, ponieważ w moich książkach pojawia się wiele rzeczy, które znajdziemy w tych miejscach w rzeczywistości, ale jednocześnie jest to świat fikcyjny, podobnie jak występujące w moich kryminałach postaci. Takie jest prawo książki i jej autora. Najprzyjemniejsze w pisaniu jest bowiem stwarzać zupełnie nowe światy.

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama


Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama