O szóstej pierwszy trening. Tu nikt nie pyta, kim jesteś w prywatnym życiu, co robisz. Przyjechałeś, żeby się doskonalić, to ćwicz! Zazwyczaj w ciągu dnia odbywają się trzy treningi. Każdy z innym instruktorem. Na macie ciasno, bo oprócz Polaków ćwiczą Hiszpanie, Amerykanie, Nowozelandczyk, Niemiec, Japończycy. Po godzinie pot leci po każdej części ciała. Krótkie komendy i dziesiątki powtórzeń.
Japończycy długo przygotowywali się na nasz przyjazd. Wszystko musi być perfekcyjnie przygotowane. Nie ma miejsca na improwizację, goście muszą być zadowoleni. Hiszpanie patrzą trochę zazdrosnym okiem, jak Polacy traktowani są przez Japończyków. Nie mogą wyjść ze zdumienia, że z nami żartują, klepią po ramieniu. Jest luz, nie ma rygoru, surowości w spojrzeniu. Wszystko przed nimi, może za kilkanaście lat będą traktowani podobnie.
Sensei Marian Wiśniewski traktowany jest tu ze szczególnym uznaniem. Podczas pobytu wypadają jego 60-te urodziny. Nie, nie siadamy przy stołach ustawionych na świeżym powietrzu, jak to jest w zwyczaju. Urodzinową kolację Japończycy wyprawiają senseiowi w sali ćwiczeń - dodżo Iwama. Byle kto wejść tu nie może, a żeby jadać?! Marianowi łezka w oku się kręci. Nie spodziewał się, że dostąpi takiego zaszczytu. To chyba jeden z najważniejszych dni w jego życiu. Prezent odbiera z rąk człowieka numer trzy w japońskim aikido - 80-letniego senseia Hiroshi Isojamy (8 dan). Prezent to ręcznie robiony tradycyjny japoński kaftan. Żartujemy z jubilata, że nie ma wyjścia, trzeba parę kilo zrzucić.
Japończycy drugiego dnia pobytu zabierają nas na całodniową wycieczkę. Pokazują letnią willę cesarza, buddyjskie i szhintoiztyczne świątynie, zabierają nas do parku narodowego w okolicach miasta Nikko. Tam każdy może zrobić sobie zdjęcie z mistrzami aikido. Prawą rękę chwyta Isoyama, lewą sensei Inagaki. Lekki ruch kciukiem i delikwent, który prosił o zdjęcie, pada na kolana. Starsi panowie nie kryją radości, że mogą wykorzystać swoje małe „sztuczki”, by pokazać swoją moc. Do zdjęć ustawia się kolejka. Każdy chce znaleźć się w ułamku sekundy na ziemi. Takie chwile to rzadkość.
Widać, że nasi gospodarze są dumni z dziedzictwa swojego kraju, cieszą się, że mogą nam je pokazać. Wszędzie setki zwiedzających.
Ostatniego dnia pobytu w Iwama organizujemy polski wieczór. Gdy odbywają się treningi w kuchni gotowany jest polski żur, przyrządzane są pierogi przywiezione z Polski, na stół idą wyroby z polskiej dziczyzny. Po dodżo rozchodzi się zapach polskich potraw, jakże inny od tych wydobywających się z japońskich restauracji czy barów. Wieczorna kolacja wygląda imponująco, Japończycy czują respekt przed mocą polskiej wódki.
...Po czterech dniach pobytu w Iwama obieramy kurs na Tokio. Mieszkamy w samym centrum tętniącej życiem stolicy. W Tokio czeka na nas przewodniczka - Polka, która...
...W niezwykłym muzeum Edo można zrozumieć, skąd wzięła się japońska potęga, jak przez wieki kształtowała się tutejsza społeczność. Uderza niewielka ilość...
...Dziś Japonia to miejsce, gdzie najnowocześniejsza technologia współgra z tradycją. Japończycy nie mają z tym problemu. Może dlatego, że wyznają zasadę, że...
...W przedostatni dzień naszego pobytu odbywają się wielkie pokazy aikido w Budokanie. Członkowie klubu mają nieco ponad minutę, by...
Subskrybuj i czytaj wszystkie artykuły bez ograniczeń[[pay]]
Po czterech dniach pobytu w Iwama obieramy kurs na Tokio. Mieszkamy w samym centrum tętniącej życiem stolicy. W Tokio czeka na nas przewodniczka - Polka, która kilka lat temu wyszła za mąż za Japończyka. Mąż ma pod Tokio kilka hektarów ziemi, na których od pokoleń uprawiają... sałatę. Podobno dobry biznes. Barwnie opowiada nam o codziennym życiu Japończyków, o swoich relacjach z teściami i o tym, że wcale nie łatwo żyje się kobietom w Japonii, szczególnie tym lekko wyemancypowanym. Świetna babka.
Tuż obok wspaniałego muzeum Edo spotykamy kilku zawodników sumo. Co chwila wyłaniają się ze stacji metra, idąc na wielką halę, na której odbywają się doroczne zawody. Niestety, biletów już dawno nie ma. Na pocieszenie pozostaje nam zrobienie sobie zdjęć. Zawodnicy poproszeni o wspólne zdjęcia nie robią z tego najmniejszego problemu. Nie gwiazdorzą, wiedzą, że promocja to część ich pracy.
W niezwykłym muzeum Edo można zrozumieć, skąd wzięła się japońska potęga, jak przez wieki kształtowała się tutejsza społeczność. Uderza niewielka ilość informacji na temat drugiej wojny światowej. Co najwyżej można zapoznać się z informacją na temat skali i skutków nalotów dywanowych, dokonywanych na Tokio przez Amerykanów. Patrząc na zrównane z ziemią miasto przypomniałem sobie zdjęcia tysięcy ciał Tajów, umęczonych przez Japończyków w Indochinach... Chwilę później jesteśmy już w sektorze mówiącym o latach 70-tych. Pani przewodnik opowiada, jak to Japończycy wysłali delegacje po całym świecie, by podpatrywali, robili zdjęcia, by po powrocie opowiadali, co warto produkować, co warto ulepszyć.
Dziś Japonia to miejsce, gdzie najnowocześniejsza technologia współgra z tradycją. Japończycy nie mają z tym problemu. Może dlatego, że wyznają zasadę, że najważniejsze jest nazwisko, a dopiero później imię. Najpierw liczy się rodzina i dobro ogółu, a dopiero później jednostka. Jakże inne podejście w stosunku do naszego. Może to jest odpowiedź, dlaczego tak bardzo wyprzedzili innych? Ultranowoczesny port w Yokohamie robi na mnie piorunujące wrażenie. Wszędzie szkło i aluminium, a do tego w centralnym miejscu park ze wspaniałą roślinnością. Port to jednak nic. Przejazd kolejką przez tzw. dzielnicę przyszłości w Tokio oszałamia. Odaiba - dzielnica wybudowana na sztucznej wyspie, usypanej ze śmieci, jawi się jak miejsce z filmów o odległej przyszłości. Pociąg sunie na magnetycznej poduszce, nie ma maszynisty, wszystkim steruje komputer. Pasażerów z pierwszego rzędu od tego świata oddziela jedynie szyba wagonu. Wszyscy mamy włączone smartfony, filmując to, co dookoła nas. Zwykli Japończycy w milczeniu i bez emocji przyglądają się naszym rozdziawionym minom. Na zwykłych Japończyków i turystów czeka na wyspie cała masa atrakcji. Interaktywne Muzeów Przyszłości, replika statui Wolności, wspaniałe centrum wystawiennicze Toyoty to tylko nieliczne z nich.
W przedostatni dzień naszego pobytu odbywają się wielkie pokazy aikido w Budokanie. Członkowie klubu mają nieco ponad minutę, by przed tysiącami widzów zademonstrować swój układ. Pokaz wyznaczony jest na 15.20. 15.20 to 15.20 - uderzenie w japoński bęben wyznacza moment rozpoczęcia, kolejne - moment zakończenia. Nasi ćwiczą na centralnej macie. Mat jest w sumie pięć, ułożone dokładnie tak samo jak pięć kropek na kostce do gry. Trzy lata temu bardzo się stresowali, teraz jakby mniej. Chyba już wiedzą, że to nie zawody, że to forma swego rodzaju demonstracji przynależności. Kilkadziesiąt minut później na jednej z mat swoje umiejętności demonstruje sensei Inagaki, jeden z naszych gospodarzy. Kilka dni wcześniej do udziału w pokazie zaprosił Wojtka Wiśniewskiego. To dla niego wielki zaszczyt. Patrzymy z dumą na efektowny pokaz, w którym bierze udział złotowianin.
Ostatniego dnia pobytu każdy z nas idzie w swoją stronę, każdy ma wolne. Jedni idą zwiedzać, inni na zakupy. My ruszamy do centrum handlowego w poszukiwaniu największego sklepu, który sprzedaje wyłącznie Pokemony. Obiecaliśmy młodszemu synowi, że przywieziemy mu pamiątkę. Czternaście otwartych na okrągło kas stale obsługuje klientów sklepu. Pokemony są dosłownie wszędzie. Obładowani maskotkami wracamy do hotelu. Jeszcze tylko kolacja i wcześnie rano kurs pociągiem na lotnisko, skąd do Polski prawie jedenaście godzin lotu. Długo, ale było warto.[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze