Reklama

Większość kobiet w życiu by na to nie poszła

26/12/2022 18:00

Wiktoria Stachowiak przez lata rehabilitowała niepełnosprawne dzieci. Zmieniła zawodowe życie i usiadła za kierownicą ciężarówki. Młoda złotowianka wozi niemal wszystko, od 40–tonowych zestawów z węglem, przez niebezpieczne substancje, po wojskowe samochody

Zdecydowała się zawodowo zasiąść za kółkiem po dwunastu latach pracy z niepełnosprawnymi dziećmi. Zajmowała się hipoterapią i dogoterapią (zajęcia z udziałem koni i psów) w Zabajce w Stawnicy.

– Z powodu choroby musiałam zrezygnować z pracy. Po kilkunastu miesiącach nie byłam jednak w stanie wrócić do pracy z chorymi dziećmi, wewnętrznie się zablokowałam. Czułam, że ta praca mocno obciążała moją psychikę – mówi o tym, dlaczego nie zdecydowała się na powrót. Twierdzi, że w tym czasie nie bardzo wiedziała, co zrobić z życiem, choć przyznaje, że podskórnie czuła, czym może się zająć. Już wtedy miała zakusy na jeżdżenie ciężarówkami, jednak…

Reklama

– Rodzina, otoczenie podeszli do tego negatywnie i w tamtym czasie skutecznie mnie zniechęcili – wspomina.
Nikomu krzywdy nie robię

Długo nie była w stanie się opierać.

– Zdecydowałam się, bo zwyczajnie mam taką możliwość. Praca na wyjazdach nie komplikuje totalnie mojego życia. Inaczej jest wtedy, gdy ma się męża, dzieci i rodzinne obowiązki. Decydując się wtedy na taką pracę, byłabym w nieustannej rozterce. W takiej sytuacji ta praca nie byłaby dobrym rozwiązaniem. A tak, nikomu krzywdy nie robię, sama jestem dla siebie sterem i żaglem, mogę jeździć – porównuje.

Reklama

Nie od razu Wiktoria usiadła za kierownicą dużej ciężarówki. Najpierw przez kilkanaście miesięcy busem woziła części samochodowe w jednej z pilskich firm.

– Niemal codziennie jeździłam do Gdańska. W pewnym momencie stwierdziłam, że skoro mogę jeździć małym autem, to będę mogła i dużym – nie kryje, iż przekonania nabrała, widząc sporadycznie w trasach jeżdżące ciężarówkami kobiety.

– Zwolniłam się i najszybciej, jak się dało, w trzy miesiące, zrobiłam prawo jazdy. Najpierw wsiadłam w samochód, pojechałam zrobić wszystkie badania, a gdy już je miałam, od razu wyrobiłam profil kandydata na kierowcę. Kilkanaście dni później miałam pierwszy teoretyczny egzamin – podobnie jak poźniejsze praktyczne, zdała za pierwszym podejściem.

Reklama

– Przyszło mi to dość łatwo. Moją instruktorką również była kobieta. Od razu powiedziała, że widać, że to czuję, że sobie poradzę. Oceniła, że nie tylko działam, ale myślę za kierownicą – wspomina Wiktoria.

– Jednocześnie zrobiłam uprawnienia na przewóz materiałów niebezpiecznych, tzw. ADR, a także ich przewóz cysterną. Brakuje mi właściwie tylko uprawnień HDS, do przewozu dłużycy. Może kiedyś je zrobię – nie wyklucza.
Już w wieku dziewiętnastu lat zrobiła uprawnienia kategorii E, żeby móc ciągnąć przyczepy i lawety.

Reklama

– Nie wymyśliłam tego bez powodu. Wtedy miałam jeszcze swoje konie i jeździłam na zawody. Już wtedy miałam opanowane cofanie i manewrowanie z osią skrętną na haku – teraz to doświadczenie trzeba było tylko przenieść na blisko 20–metrowe zestawy.

Obiekt zainteresowania

– Już w pierwszą trasę wysłali mnie z Ukraińcem – przyznaje, że musiała wykazać sporo odwagi i determinacji, żeby wsiąść do kabiny z obcym mężczyzną.

– Później wywrotką jeździłam po Polsce. Woziłam 40–tonowe zestawy z węglem, a także wapno i kiszoną kukurydzę. Ciekawe doświadczenie, także za sprawą kiprowania – Wiktoria wspomina moment, gdy podczas rozładunku wapna u rolnika zakopała się w polu i musieli ją wyciągać traktorem. Później przeniosła się na transport międzynarodowy.

Reklama

– Od początku czułam, że ta wywrotka to nie jest do końca to, co bym chciała. Czuło się, że jest kilka metrów krótsza od naczepy. Poza tym ciągnęło mnie, żeby zobaczyć trochę świata.
Dzisiaj jeździ po Europie.

– Codziennie coś innego, różne kierunki. Udało się zobaczyć Hiszpanię, Włochy, Francję, Austrię i kilka innych państw. Nie wiem, co zobaczę, co mnie spotka, gdzie i z czym pojadę – mówi o atutach zajęcia, które mocno ją kręci.

– Jeżdżę z najróżniejszymi ładunkami. Czasami to także wybuchowe substancje – w jej „dorobku” jest również transport militarnych samochodów, które przewoziła do amerykańskiej bazy wojskowej.
Złotowianka nie jeździ dla molocha liczącego dwieście ciężarówek, a w małej, opolskiej firmie.

Reklama

– Prowadzi ją dwóch braci, mają trzy ciężarówki. Kameralny, rodzinny biznes – nie celowała w takie miejsce.

– To był zupełny przypadek. Tę firmę polecił mi znajomy – Wiktoria przyznaje, że jest w niej pierwszą kobietą–kierowcą ciężarówek.

– Przyjęli mnie bardzo pozytywnie – odpowiada na pytanie, czy mieli obawy ją zatrudnić.

– Owszem, w innych firmach czułam pewną dyskryminację kobiet, gorzej patrzono na ewentualną współpracę z kobietą, tym bardziej bez dużego doświadczenia. Z moimi szefami jest inaczej. Sami jeździli jako kierowcy, zawodowo niejednokrotnie spotykali się z kobietami, które jeździły jak oni i widzieli, że dawały sobie radę – przypuszcza, że stąd być może kredyt zaufania.

Reklama

Choć przyznaje, że będąc w trasie niewiele widzi kobiet, które jeżdżą same. Jeśli już, to w parach i to najczęściej z mężami czy partnerami.

– Samodzielnie jeżdżących jest garstka – niekiedy Wiktoria czuje, że jest obiektem zainteresowania, a przynajmniej obserwacji.

– Mam na myśli nie tylko innych kierowców, ale też postronne osoby. To miłe reakcje. Gdy przechodzą, spacerują, szczególnie starsi, machają czy unoszą kciuki – opisuje.
Schować prawko pod poduszkę

– Najgorzej, gdy trzeba parkować przy jakimś centrum dystrybucyjnym, rampie, gdzie jest ciasno, wtedy mężczyźni zerkają, jak sobie poradzę. Działa to trochę stresująco – przyznaje jednak, że późniejsza satysfakcja skutecznie to rekompensuje.

Reklama

Gdyby Wiktoria miała mieć stałego zmiennika do pary na dłuższe trasy, zdecydowanie wolałaby mężczyznę.

– Jakoś nigdy nie miałam za wielu koleżanek, raczej kolegów. Z kobietami mniej potrafię się dogadać. Mam 34 lata, większość moich koleżanek rozmawia o dzieciach, pieluchach, żywieniu niemowląt, spacerach, a ja? Mogę porozmawiać o ładunkach czy o zabezpieczaniu towarów. W takiej pracy lepiej pracować z mężczyznami – nie ma wątpliwości. Obecnie różnie jeździ, choć częściej sama i to jej odpowiada.

Reklama

– Plusy i minusy ma zarówno pojedyncza jak i podwójna obsada. Jest z kim pogadać, druga osoba zawsze może wyjść i spojrzeć, czy zmieszczę się ciężarówką w danym miejscu, nie muszę wyskakiwać zza kierownicy i oceniać, czy naczepa się wciśnie. Przy podwójnej obsadzie minusem jest jednak chociażby dłuższa zmiana. Dzień pracy podwójnej załogi to 21 godzin. Jest to ciężkie fizycznie. Przy jeździe samemu zmiana wynosi 13 lub 15 godzin. Człowiek jest mniej zmęczony, ma więcej czasu na sen i ruch na świeżym powietrzu – podkreśla, że jak tylko może, wypełnia aktywnością przerwy w trasie.

Prysznic w naczepie

– Pauzy trwają 9–11 godzin. W największej części przeznaczam je na sen, przygotowanie posiłków, ale też spaceruję, biegam i zwiedzam, a jak jest możliwość, wyciągam rower i jeżdżę.

Reklama

Brak dostępu do łazienki to jedna z tych kwestii, które najbardziej przeszkadzają Wiktorii w tej pracy.

– To duże utrudnienie. Bywa, że przez dwa dni człowiek nie ma dostępu i możliwości skorzystania z prysznica. Stąd kupiłam sobie prysznic turystyczny i gdy naczepa jest pusta, mogę tam pójść i się w niej wykąpać – złotowianka ma świadomość, że nie jest to tryb życia i pracy dla przeciętnej kobiety.

– Większość z nich w życiu by na to nie poszła – mówi z pełnym przekonaniem.

Potwierdza też, że inną, mniej komfortową częścią tego zajęcia, jest zmęczenie w trasie.

– Muzyka, otwieranie okna, włączanie klimatyzacji, zero ogrzewania, musi być zimno – mówi o sposobach radzenia sobie z organizmem, gdy domaga się snu, a nie można na niego sobie pozwolić.

– Czasami ciężko z tym sobie poradzić. Długo musiałam uczyć się spania w dzień, żeby móc jeździć nocą. Czasami pod rząd – opisuje.

– Oprócz zmęczenia, inną sprawą, która potrafi spędzać sen z powiek, jest trudność znalezienia miejsc do parkowania. Po godzinie osiemnastej, szczególnie w Niemczech, znalezienie takiego, gdzie będzie jeszcze dostęp do sanitarnego zaplecza, graniczy z cudem. A trzeba gdzieś stanąć, bo jestem przecież ograniczona tachografem – podkreśla.

Stres?

– Największy jest jednak wtedy, gdy nocą trzeba wyjść z ciężarówki, żeby skorzystać z toalety – Wiktoria mówi, że świadomość, iż wokół jest więcej kierowców nie ma tutaj znaczenia, nie sprawia, że czuje się bezpieczniej.

– Bardziej na poczucie bezpieczeństwa wpływa to, że jeżdżę nową ciężarówką, w której są dodatkowe zabezpieczenia. Nie ma możliwości, żeby ktoś wszedł do kabiny. Mogą ewentualnie wpuścić gaz i okraść zawartość naczepy, ale żeby mi bezpośrednio coś zrobić, musieliby wybić szyby – nie kryje, że rodzina odczuwa o nią lęk.

– Z czasem może się przyzwyczają, ale zwłaszcza na początku nie było im łatwo. Mama bała się tego, o czym donosi telewizja: napadów, rozbojów na parkingach. Tragizowała, że mnie zgwałcą, uprowadzą, zabiją itd. I córka nie wróci. Tym bardziej, że jestem najmłodsza z rodzeństwa, najdłużej byłam w domu. Tata też na początku łapał się za głowę. Mówił, że jest to niemożliwe, żeby jego „mała” córeczka prowadziła 40–tonowy zestaw. Na szczęście nie musiałam pytać o zgodę na zrobienie uprawnień, nie musiałam brać zaliczki czy pożyczki od rodziców, bo miałam odłożone pieniądze na ten cel już bardzo dawno temu. Brakowało tylko tego impulsu – podkreśla.

Alkoholowy problem kierowców

Gdy jest w trasie, czuje wsparcie innych kierowców?

– Trudno powiedzieć. Natomiast jestem zaskoczona ilością polskich ciężarówek w Europie. Szacuje się, że mogą stanowić nawet 80% wszystkich, jakie przemieszczają się po autostradach. Polaków jest więc od groma, ewentualnie Ukraińców w polskich ciężarówkach. Nie wiem, czy to prawda, ale ponoć polski transport jest najbardziej rozwinięty na naszym kontynencie. Na parkingach widać ludzi, którzy się integrują, wspólnie grillują, rozkładają krzesełka czy… piją alkohol – Wiktoria przyznaje, że to jedna z mniej chlubnych cech kierowców. Z powodu której niektórzy pracodawcy lepiej jednak mówią o kobietach kierowcach.

– Niejeden pracodawca, z którym rozmawiałam, cenił sobie kobiety za to, że są dokładne, lepiej dbają o sprzęt. Może są wolniejsze, ale robotę wykonują dobrze, również papierkową. No i nie piją alkoholu w trasie – przywołuje te rozmowy.

– To jest główny problem kierowców. Gdzie się nie spojrzy, gdy zaczynają pauzę, często zaczynają pić alkohol. To jest nagminne – mówi o swoich spostrzeżeniach.

– Duża część kierowców jeździ nie dlatego, że to lubi i chce to robić, ale dla pieniędzy. Nie radzą sobie z tą pracą psychicznie. To są jednak 24 godziny na dobę w pracy, ciągle w ciężarówce, na emigracji, z dala od rodziny, czasami przez wiele dni. W domach są na weekendy albo nawet rzadziej, w zależności od tego, w jakim jeżdżą systemie. Ciężko byłoby mi skupić się na jeździe, na pracy, wiedząc, że w domu jest np. chore dziecko czy jakaś awaria lub zwyczajna ludzka tęsknota za ukochanymi. Wtedy dla wielu najprostszym rozwiązaniem jest napicie się… Tak tłumaczę sobie to zjawisko – stwierdza.

Inna osobliwość tego zawodu to radiowa komunikacja kierowców.

– Zazwyczaj to ciekawe dialogi, którym niekiedy się przysłuchuję. A jak nie jestem w stanie dłużej tego słuchać, czasami się odezwę. Gdy nie zdają sobie sprawy, że słucha ich kobieta, a włączę się w rozmowę, nagle są skonsternowani, a na antenie robi się cisza – opisuje ze śmiechem.

Garaż lepszy od kuchni

– Za to najfajniejsze w tej pracy jest chyba to, gdy ludzie, również inni kierowcy, z uznaniem, niekiedy nawet z podziwem patrzą, że mała dziewczynka daje sobie radę z takim dużym zestawem – lubi poczucie, że robi coś innego niż przeciętna kobieta, coś, co wzbudza zainteresowanie innych.

– Dzięki tej pracy znacząco wzrosła moja pewność siebie i przekonanie, że bariery są tylko w naszych głowach – zauważa.

Tym bardziej, że Wiktoria ma już za sobą solidny egzamin. Sytuację, w której zachowała się jak rasowy zawodowy kierowca z dużym doświadczeniem.

– Na esce w Polsce wystrzeliła mi opona na osi kierowanej. Lewy przód. Przy 90 km/h. Jechałam już na feldze, ale opanowałam ciężarówkę. Kierowcy byli pełni podziwu, że wyprowadziłam ją bez wywrotki – wspomina, podkreślając, jak bardzo niebezpieczny jest wybuch opony na osi kierowanej. Niemal zawsze oznacza utratę panowania nad pojazdem – z nieskrywaną dumą mówi o tym, jak sobie poradziła.

Przyznaje, że być może w jej pociągu do jazdy jest coś więcej. Bo interesowała się nią od najmłodszych lat.

– Miałam jakieś dwanaście, gdy brat posiadał simsona enduro. Już wtedy go od niego brałam i jeździłam. Od dzieciaka wychowywałam się bardziej z bratem i tatą niż z siostrą i mamą. Więcej byłam w garażu niż w kuchni – wspomina z uśmiechem. Po latach sama również kupiła motocykl, suzuki intruder. Niedawno go jednak sprzedała, bo przy obecnej pracy nie ma za bardzo kiedy nim jeździć.

– W domu jest jeszcze inny motocykl, także gdy mam chęć i czas pojeździć, mam na czym. Inna sprawa, że ostatnio wolę sięgnąć po rower niż motocykl – przyznaje.

Czy za kółkiem ciężarówki Wiktoria usiadła na długi czas? – Nie mam pojęcia. Dwanaście lat pracowałam z niepełnosprawnymi dziećmi i wydawało mi się, że absolutnie nic innego nie mogę robić. Gdy pojawiły się jednak problemy ze zdrowiem, wszystko się odmieniło. Czuję, że mogłabym jeździć wiele lat, ale pewnie mogłabym też robić coś innego. Kto to dzisiaj wie… Nie przywiązuję się do pracy jak kiedyś – przyznaje.

Nawet jeśli przyjdzie kiedyś czas na zmianę, przed Wiktorią i tak do pokonania jeszcze wiele kilometrów.

Piotr Steffen, fot. Wiktoria Stachowiak

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama


Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama