Reklama

Wodzirej

02/09/2018 18:00

- Impreza oddycha swoim rytmem i bije swoim sercem. Trzeba je pobudzać i patrzeć na reakcje, żeby pacjent nie zszedł – Paweł Kucharski mówi o tym, co najistotniejsze w prowadzeniu zabawy

- Czasami zdarza mi się, że myślę o tym, iż ludzie się na mnie patrzą, obserwują, coś pewnie sobie myślą. Ale mnie to nie rusza. Robię swoje. Od trzeciej klasy podstawówki jestem na scenie – przekonuje. Od tylu lat? - Oczywiście. Ojciec, zespół Sagat, muzyka – złotowianin wylicza słowa, które definiują jego młodość. - Wychowałem się na scenie – przyznaje, że w świetle takich doświadczeń nie może mu brakować scenicznego obycia. - Od dzieciństwa oswajam się ze sceną i wszystkim, co wiąże się z publicznymi występami.

Urzędnik, sprzedawca, mistrz ceremonii

Przez dekadę był związany z zespołem „NO i CO”, w którym współpracował z Pawłem Betscherem i Mariką Dywan, obecnie Janowską. Poszedł na swoje i od kilku lat ludzie mawiają o nim „człowiek orkiestra”. - Bardziej wolę określenie managera twojej imprezy, ale nie obrażam się na to bardziej popularne stwierdzenie. Choć ta „orkiestra” nie definiuje mnie w stu procentach, bo muzyka to tylko część tego, czym zajmuję się w trakcie prowadzenia imprez i uroczystości – przyznaje jednak, że muzyka jest w tym względzie kluczowa. - Muzyka jest istotną częścią tego co robię, a co wykracza jednak znacznie dalej – trzyma rękę nie tylko nad przebiegiem wesel, ale też innych wydarzeń, jak urodziny, jubileusze, zabawy, bale. - To połączenie funkcji didżeja, konferansjera i animatora w jednym – lubi też o sobie mówić: asystent czy prawa ręka młodej pary. - Często porównuję to do skoków ze spadochronem z instruktorem. Jesteś przypięty, masz cieszyć się lotem, a on odpala w odpowiednim momencie co trzeba i steruje.

Reklama

We wspomnianym zespole grał przez dziesięć lat, do 2014 roku. Do końca tego samego roku, przez dwa lata, był też kierownikiem wydziału promocji w okoneckim magistracie, gdy burmistrzem gminy był Mieczysław Rapta. - Stwierdziłem, że za dużo miałem zajęć, za dużo ciągnąłem srok za ogon – jak mówi Paweł Kucharski, szukał sposobu na połączenie swoich atutów, wiedzy i doświadczenia. - Jestem po politologii, w jej ramach również po dziennikarstwie. W dorobku jest też doświadczenie w administracji samorządowej, marketingu politycznym, public relations, branży ubezpieczeniowej. Nawet odkurzacze sprzedawałem. Robiłem sporo rzeczy, których nie miałem gdzie skumulować. Niby się spełniałem, ale nie wykorzystywałem tego, co przychodziło i wychodziło mi najlepiej, czyli łatwości komunikacji, dobrych interpersonalnych relacji no i muzyki. Wtedy powstał pomysł na „Kucharski Music” – wspomina chwile sprzed 4,5 roku.

Moja hybryda

- Nie ujmując nic didżejom, nie chciałem jednak być jednym z nich. Chciałem się wyróżniać, to był mój pomysł na siebie – tak zrodziła się idea połączenia didżejki z szerszą rolą, w której poza puszczaniem muzyki poprowadzi imprezy, będzie decydował o ich przebiegu, a jeśli trzeba, wcieli się w rolę przewodnika biesiady. - Wziąłem to co najlepsze od didżejów oraz z zespołu, w którym grałem. Tak zrodziła się hybryda mojego autorstwa – twór, w którym obok odtwarzanych w trakcie zabawy utworów, zabawę stanowi muzyka z wykorzystaniem gitary, ale też inne instrumenty, jak bębny.

Reklama

Czy ta mnogość funkcji, którą można określić zarządzaniem zabawą, pozwala muzycznie się rozwijać? - Rozwój poszedł przede wszystkim w kierunkach interpersonalnych, komunikacyjnych, całego backgroundu. To nie jest tak, że siedzę z gitarą pięć godzin i ćwiczę. Ta gitara w pewnym sensie przestała być instrumentem, a stała się narzędziem. Inna sprawa, że mam kilka niespełnionych muzycznych marzeń. Zawsze kręciły mnie rytmiczne rzeczy, najbardziej perkusja. Kiedyś pewnie jakąś nabędę, może wykorzystam ją w pracy, a na pewno będę spędzał przy niej czas hobbystycznie.

Reklama

Skąd Paweł Kucharski zaczerpnął i wciąż czerpie inspiracje? - To nie jest podpatrzone. Nienawidzę kopiować. Wolę tworzyć trendy, nawet jeśli wydają się mało racjonalne. Nie boję się tego. Nie lubię natomiast chodzić po czyichś ścieżkach, wolę sam kosić swoją, nie wiedząc, co się wydarzy – jego zdaniem znalazł sposób na oryginalność. - Jeśli ktoś nie chce ze mną współpracować mogę polecić inny zespół, innego didżeja, ale drugiej osoby, która pracuje w taki sposób jak ja nie polecę, bo najzwyczajniej takiej nie znam – przyznaje. - Swego czasu nowością było to, że do otaczającego mnie backgroundu wprowadziłem telewizory, a gdy inni skorzystali z tego pomysłu, sięgnąłem dalej i obecnie wykorzystuję ledowy ekran. To prawda, że on daje taki polsatowski efekt, ale mnie się to podoba i co najważniejsze, podoba się tym, z którymi współpracuję.

Młodzi chcą poziomu i ciągłych nowości

Efekt, który, jak sam przyznaje, idealnie pasuje na obecne czasy. Czasy, które w wielu aspektach są jednak plastikowe. Chodzi w nich o chwilę, szybkie wrażenie, gdzie bodźce zalewają odbiorców i nie ma miejsca na przemyślenia. - Osoby wchodzące obecnie w związki małżeńskie to są już ci ludzie, którzy mają telefon przyczepiony do ręki – nasz rozmówca przyznaje, że czternaście lat w branży nie jest może długim czasem, ale nawet na tej przestrzeni widać, jak szybko następują kulturowe zmiany. - Trendy, mody na wesela przemijają niezwykle szybko. Pojawiają się i znikają. Jak zaczynałem kilkanaście lat temu nawet nie ustalało się specjalnie, jaki będzie pierwszy taniec. To był „Złoty krążek” i tyle. Zabaw też się szczegółowo nie ustalało.

Reklama

Obecnie? - Ten rok jest np. taki, że co drugie wesele jest z zimnymi ogniami po oczepinach, choć w tamtym roku w ogóle nie było na to mody. Z kolei kilka lat temu był szał na lampiony, których od dwóch-trzech lat w ogóle nie widziałem. Teraz powoli zastępują je balony ledowe, fotobudki czy magiczne lustra, w których wszyscy podchodzą i robią zdjęcia – opisuje.

Paweł Kucharski przyznaje, że są pary, które usilnie chcą uczynić ze swojego wesela pełne niespodzianek show i przesadzają. - Pokazy, niespodzianki, co chwila jedzenie, którego nikt nie jest w stanie przejeść, fajerwerki, lampiony. Ludzie potrafią przesadzić do tego stopnia, że czasami trudno znaleźć momenty na tańce. Niekiedy muszę wręcz wyrywać czas na muzykę – potwierdza, że trend do szybkości, natychmiastowego efektu widać też choćby po tym, jak współcześnie utrwalane są takie uroczystości. - Kiedyś nagrania z wesel trwały po kilka godzin. Dzisiaj 45 minut, maksymalnie godzinę, bo kto będzie to przewijał i oglądał? To krótkie nagrania w formie teledysków, które w bardzo szybkim czasie trafiają np. do mediów społecznościowych – ludzie w tych czasach lubią pokazywać swoje życie w internecie.

Reklama

Paweł Kucharski nie ma wątpliwości, że jeśli chodzi o samą zabawę najlepiej sprawdza się prostota i klasyka. - Rozumiem to, że pokolenia się zmieniają, starsi mają inne oczekiwania. Staram się to wszystko równoważyć. Trzeba pamiętać, że w takich uroczystościach uczestniczą młodzi ludzie, ale również starsi, którym kiedyś wystarczało, że na imprezę przyjeżdżała orkiestra i grała na przyczepie. Tymczasem młode pokolenie jest bardzo wymagające, oczekuje jakości i nieustannie czegoś nowego.

Trzeba przetrwać ten taniec

Choć nie wszyscy. - Czasami u niektórych może się pojawić wątpliwość: nie chcemy tych multimediów, nie chcemy, żeby ktoś chodził z tą gitarą, najlepiej stój w miejscu i graj. Podpowiadam wtedy, że mam kolegę czy znajomy zespół, który ma taki styl pracy, jaki będzie im bardziej odpowiadał i zalecam kontakt właśnie z nimi. Kładę duży nacisk na to, aby oferowane przeze mnie standardy i oczekiwania młodej pary były zbieżne.

Reklama

Gdy zabawa już trwa, czy zdarza się, że goście dają do zrozumienia, iż styl prowadzenia zabawy im nie odpowiada? - Bardzo rzadko – odpowiada muzyczny manager. - Tak samo rzadkością są sytuacje, kiedy ewidentnie trudno jest rozkręcić gości i zachęcić do udziału w zabawie. Czasami jednak tak jest. Miałem takie trzy, może cztery imprezy. Niekiedy dwadzieścia osób potrafi znakomicie się bawić, a czasami jest blisko setka gości, możesz na głowie stawać, a ich to nie rusza. Zawsze daję z siebie maksimum, ale raz na jakiś czas nie ma tej zwrotnej energii. To jedyne sytuacje, gdy dochodzi we mnie do frustracji, której nie mogę zresztą pokazać. Bo na takiej uroczystości wszystko bazuje na energii, która jest bardzo odczuwalna. Wtedy trzeba zachować się jak w tańcu, w którym nie możesz dopasować się do partnerki, ale przecież jej nie zostawisz. Jak trafisz na taką, która jest zawstydzona, jeszcze tańczy nie do rytmu, i tak do końca musisz robić swoje. Nie możesz powiedzieć: na razie. Musisz ten taniec przetrwać… - zdaniem Pawła Kucharskiego w każdej zabawie najważniejsze jest nastawienie ludzi i atmosfera, jaka się między nimi wytwarza.

Reklama

Pójdą tylko za pewnym

- Dlatego zawsze jestem czujny na weselu, obserwuję gości i ich reakcje na moje zabiegi, a ponieważ łączę tradycję z nowoczesnością, wydaje mi się, że mam sposób na „godzenie” młodych i starszych pokoleń. Nawet jeśli młodzież znakomicie bawi się przy aktualnych przebojach, musi się znaleźć czas na to, żeby wykonać takie utwory jak „Szła dzieweczka do laseczka”. To jest trochę jak z jedzeniem, dlatego nazwisko Kucharski tym bardziej zobowiązuje: przecież na stole jedzenie też jest różne, a każdy musi mieć coś dla siebie. Ta moja funkcja to taki trochę weselny psycholog – porównuje.

- Czasami od początku widać, że to będzie znakomita uroczystość. Najczęściej jest tak, że ludzie mają chęć zabawy, tylko trzeba ich do tego rozruszać i dać poczucie odwagi. Z doświadczenia wiem, że muszą się oswoić z sytuacją. Tym bardziej, że niekiedy ewidentnie są w szoku, że ktoś podchodzi do nich i każe krzyczeć – opisuje reakcje na swoje weselne poczynania, zwłaszcza te, którym towarzyszy megafon. - Muszę być jednak zdecydowany. Jakbym zastanawiał się nad tym, co ludzie powiedzą, co o mnie myślą, natychmiast wyczuliby moje wahanie. A to pierwsza przeszkoda do dobrej zabawy. Pójdą tylko za kimś, kto jest pewny tego, co robi – zapewnia.

Reklama

Przekonuje też do jeszcze jednej reguły, która, jego zdaniem, od kilku lat coraz częściej się potwierdza. - Słoń nadepnął ludziom na ucho. Sporadycznie na imprezach zdarzają się miłośnicy muzyki, świadomi odbiorcy, którzy wyczują każdą nutę. Większość nie zwraca na to uwagi, ma to gdzieś, aby było łubu dubu i bit. Nie ma potrzeby, żeby zespoły wysilały się na wirtuozerię. Zresztą, które to teraz robią... Większość gra obecnie z podkładami.

- Jestem też od tego, żeby gasić pożary. Kilka razy zdarzyło mi się, że zabrakło prądu. Udawało się zaradzić sytuacji, wciągając gości w inne zabawy. Raz do tego stopnia to wyszło, że ludzie myśleli, że wszystko było zaaranżowane – wspomina. - Moim zadaniem jest sprawić, żeby dobrze wspominali ten start, ten pierwszy, najważniejszy dzień, w którym jest ślub i wesele. Żeby zrobić z tego imprezę życia.

Reklama

 

Piotr Steffen,

fot. Hubert Nowak

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Sandra - niezalogowany 2018-09-02 20:02:44

    Facet z głową na karku ♡

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Taka - niezalogowany 2018-09-02 23:51:49

    Jestes dobry w tym co robisz,bylam na zabawie z Tobą jako wodzirejem,bylo super :) pozdrawiam

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama