Reklama

Wszystkie dzieci Pietrzyków i Skowrońskich

Z Okonka dotarła do nas bardzo smutna informacja - w czwartek odbył się pogrzeb Aliny Kowalskiej-Pietrzyk, która zmarła w wieku 63 lat. Swoje życie poświęcała cudzym dzieciom od lat tworząc im wspaniały i rodzinny dom zastępczy. Pragniemy przypomnieć artykuł z 2020 r., którego bohaterami była rodzina Pietrzyków z Okonka

Czy zastanawialiście się Państwo kiedyś jak to jest każdego dnia gotować obiad na… 15 osób? I to nie w restauracji! Jak duże należy mieć garnki, i ile? A jak poustawiać 45 par butów letnich, a potem zimowych, na jednym małym korytarzyku? Czy są kolejki do łazienki? Do pralki? Jak zorganizować wyjazd na biwak, jeśli zajmuje się pół obozowiska? A tak bardziej poważnie - czy da się zarządzać gromadką nieswoich i swoich dzieci bez rygoru i konfliktów? Jak być sprawiedliwym? Czy pomaga w tym wiara w Boga?

Reklama

Dwa takie wyjątkowe domy

Wiesława i Ryszard Skowrońscy z Zakrzewa oraz Alina i Mariusz Pietrzyk z Okonka od dwóch dekad prowadzą w naszym powiecie dwa rodzinne domy dziecka. Pierwsza z par wychowała piętnaścioro dzieci, druga ósemkę. Ilość dzieci w danym domu zależy od jego statutu, wielkości, warunków, rozporządzeń i… ustawy.

– Chodzi też o to, by nie rozdzielać ze sobą rodzeństwa – mówi Alina Pietrzyk z Okonka, mama biegających po domu Weroniki, Lary, Oli, Nikoli, Oskarka, Darii, Justyny i Karoliny.

– Dlatego jeśli przyjmuje się do siebie rodzeństwo, ilość maksymalna dzieci może być zwiększona z powodu tak zwanych „szczególnych okoliczności”. U Skowrońskich z Zakrzewa jest podobnie.

Reklama

– Mieliśmy kilka par rodzeństwa – mówi Wiesława – bo nie wyobrażaliśmy sobie ich rozdzielić.

Nie, nie żałuję, przeciwnie – bardzo dziękuję

Oba małżeństwa prowadzą swoje małe placówki od lat. Nie żałują ani dzisiaj, ani nigdy wcześniej nie żałowali swojej decyzji.

- 15 grudnia minie nam 20 lat, kiedy pracujemy z dziećmi – mówi Ryszard Skowroński.

– Żona jest szefową, a ja jestem tutaj zatrudniony. Funkcjonujemy jak mała firma. Skowrońscy zajmują lub zajmowali się: Ewą, Robertem, Kasią, Marcinem, Kamilem, czterema Dominikami, kolejną Kasią, Andżeliką, Damianem, Aldoną, Jerzym i Justyną.

Reklama

– Choć tak właściwie to szykujemy się na emeryturę - mówi Wiesława – to nigdy, ani przez chwilę nie żałowaliśmy tamtej decyzji o otwarciu takiej placówki. Mnie strzeli w tym roku 40 lat pracy z dziećmi w ogóle – dodaje ta zawodowa nauczycielka.

– A my o żadnej emeryturze jeszcze nie myślimy – mówi z kolei Alina - choć nasze dwudziestolecie przypada w kwietniu 2021 roku. Teraz, szykujemy Justynkę, najstarszą córkę, do samodzielnego życia. Mąż przygotowuje jej mieszkanko w Wałczu i idzie na swoje – mówi dumna Alina. Justyna ma 24 lata, jako 7-latka była pierwszym dzieckiem w ich placówce.

Reklama

Państwo Skowrońcy z najmłodszą córką


Mama i tata

- My też dostawaliśmy zawsze małe dzieci – mówi Wiesia - więc zanim urosły, to mijało dużo czasu. Stąd i u nas była mała rotacja. A teraz ich Kasia, najstarsza z Zakrzewa, już kończy studia.

– Dzieci kolejnej Kasi nie mówią do nas inaczej jak tylko: babciu i dziadku – mówi zadowolony Ryszard – to mobilizujące i prawdziwie wzruszające.

– To najlepsza zapłata – dodaje Wiesia, choć zaznacza, że takowej nikt nie oczekuje. – Teraz mamy u nas pięcioro dzieci. Ale myślimy, że jeszcze jakieś do nas przyjdzie... Telefon zawsze mamy pod ręką – dodaje.

Reklama

Bo to właśnie przez telefon, w dzień lub w nocy, otrzymuje się informację, że pilnie potrzebna jest rodzina zastępcza.

- Mówią nam o wszystkim, opowiadają o życiu dziecka. Ale nie zawsze, czasami w ogóle nie wiedzieliśmy, kto przyjedzie. Nie odmówiliśmy ani razu.

Wiesława mówi także, że jest nawet tego pewna, że wkrótce trafią do nich kolejne dzieci: – To bardzo przykre, ale też bardzo realne: po pandemii będzie ich kolejna fala. Niektórzy rodzice, niektórzy będą mieli po prostu… dość swoich dzieci – jeśli można tak oględnie to ująć… - wyjaśnia.

Reklama

Napatrzyłem się w młodości

- Nie wiemy skąd bierzemy siły – odpowiadają na moje kolejne pytanie Skowrońscy.

– Po prostu to robimy! To nasze życie – mówi Ryszard – nie mamy innego. 20 lat temu, mając swoje dzieci, więc nie wypełniając żadnej luki w małżeństwie, jak to powszechnie się mówi, zrobiliśmy uprawnienia i wszelką dokumentację, papiery, pozwolenia, zgody i… czekaliśmy na dzieci. 18 miesięcy czekaliśmy. Przygotowania do tego kroku, jakby tak to podliczyć w całości i uczciwie, w sumie trwały aż 5 lat.

- Gdybyśmy mieli podjąć tę decyzję jeszcze raz, to na pewno byłaby taka sama – wtrąca Wiesia.

Reklama

- Miałem kolegę za młodych lat, którego rodzice pracowali w domu dziecka. Jeździliśmy tam czasem i zostało mi to w głowie. Wybudowaliśmy później dom i stwierdziliśmy, że mamy warunki.

Tak samo Alina. - Ja jestem więcej niż pewna, że jestem na świecie właśnie po to, żeby pomóc takim dzieciom w trudnym okresie ich życia. Może ich prawdziwa mama się opamięta? Może ojciec się nawróci i przestanie pić? Może stwierdzą, że chcą swoje dziecko z powrotem? Jeśli będziemy pewni, że mu będzie tam dobrze i że tego chcę – spakujemy je i zawieziemy. Mama to zawsze mama, należy o tym każdego dnia pamiętać! Jej serca nikt nie zastąpi! Oni kochają rodziców mimo wszystko. My też nigdy nie mówimy o ich rodzicach źle, bo to byłoby jeszcze większe cierpienie. Jeśli natomiast chcą o tym rozmawiać, mówimy na przykład, że mamie i tacie się po prostu nie udało i że są tutaj, żeby przeczekać ten zły czas…

Reklama

Wychodzą na ludzi

W obu domach dziecka są dzieci rodziców żyjących, z rodzin patologicznych, krótko mówiąc: odebrane rodzicom. Są to dzieci po tak zwanych przejściach. Opieka nad nimi jest tym bardziej trudna.

– My mamy chłopca z wadą serca – mówi Wiesia. Justysia ma z kolei dyskalkulię. Ale jakiś większych problemów w sumie nigdy z nimi nie mieliśmy. Z tych dzieci, które odeszły, to tylko jedno miało problemy. Widzimy jednak, że już teraz zaczyna myśleć inaczej. Jego złe nawyki zostały wyeliminowane.

– My też mamy dodatkowe obciążenia u dzieci, ale traktujemy je jako normalność – mówi Alina. – Choć bywały problemy w szkole, wyjazdy do specjalistów.

Reklama

Czy trudniej jest wychowywać czyjeś dziecko? - Trudniej. Dzieci przychodzą do nas już z bagażem doświadczeń. Z drugiej strony jest też genetyka, która moim zdaniem też swoje robi. Mało które jest całkowicie zdrowe. Zawsze jest jakiś uszczerbek na zdrowiu. Najważniejsze jednak, że wychodzą na ludzi.

Nic na siłę

- Nie chcę być na siłę ich mamą – mówi Alina o swoich podopiecznych – Daję im też dowolność czy chcą mówić na mnie mama czy ciocia. Zostawiamy im dowolność. Zwykle jest tak, że jak przychodzi do nas malutkie dziecko, to od razu jesteśmy dla niego mamą i tatą. Czasami starszak pyta, czy może tak do nas mówić. Odpowiadamy zawsze, że jeśli ma taką potrzebę, to oczywiście może. My z mężem – mówi o swoim głównym zadaniu i roli - przygotowujemy je „tylko” do samodzielnego radzenia sobie w życiu. A jeśli rodzic się „nawróci”, a sąd rodzinny wyda zgodę na oddanie mu dziecka, a ja będę przekonana, że to dobra decyzja, to spakuję dziecko i zawiozę do domu. Jest zatem w tym wszystkim – opisuje dalej - coś takiego, że trzeba tutaj trochę ostrożniej podchodzić z uczuciami, bo jak się człowiek rozkocha w dziecku „na zabój”, to będzie tylko gorzej. Co nie zmienia faktu, że kochamy i to bardzo! Ale odpowiedzialnie – dodaje.

Reklama

Starsze zajmują się tym co młodzież lubi najbardziej  - ciuchy i włosy


Własne dzieci rozumieją

Oba małżeństwa mają także swoje własne dzieci: Skowrońscy dwoje, Pietrzykowie także. Jak one dawały sobie radę z taką ilością rodzeństwa?

- Zuzanna będzie miała w tym roku 39 lat i Szymon - 30 – mówi Wiesia.

– W jakiś naturalny sposób przyjęły nasze postanowienie o otwarciu domu dziecka. Choć bywały zazdrosne, bo nagle, nie ktoś, ale wiele „ktosiów”, się u nas pojawiło na raz. Myślimy jednak, że traktowaliśmy dzieci sprawiedliwie. Ale żadne chyba nie zechce tego po nas przejąć.

- U nas – mówi Alina - najstarszy szykuje się na przejęcie placówki – uśmiecha się - studiuje resocjalizację.

– My – mówi Ryszard - wczoraj mieliśmy okrągłą rocznicę: 40 lat po ślubie, wszyscy zadzwonili z życzeniami – cieszy się.

- Dzieci traktują się jak rodzeństwo. Jeżdżą do siebie na wakacje, odwiedzają się. Jak mają problem to dzwonią, czasami jest tu naprawdę gorąca linia. Pietrzykowie z kolei mają dwóch synów. Poszli już w świat, mieszkają w Poznaniu.

- Mamy nadzieję, że jeden z nich przejmie po nas to wszystko, bo też w to wszystko w naturalny sposób wrósł. Jak rozpoczynaliśmy to Tadziu miał przecież tylko dwa latka.

Zmiany prawne

Obie zarządzające placówkami rodziny zauważają także, że na przestrzeni kilku ostatnich lat opieka państwa w stosunku do ich placówek stale się zmieniała.

- Przez te lata, chyba pięć razy zmieniono nam ustawę o rodzicielstwie zastępczym – mówi Ryszard – Ta ostatnia jest dosyć dobra. Przemianowano nas z Rodzinnego Domu Dziecka na Placówkę Opiekuńczo–Wychowawczą typu Rodzinnego.

Co to zmienia w praktyce? - Jesteśmy inaczej traktowani. W sumie lepiej. Jako instytucja, nie jako jakiś tam prywatny dom… - Jest jednak więcej biurokracji – mówi Wiesia, stąd ona, jako kierownik placówki ma o wiele więcej pracy.

- Najtrudniejsza jest właśnie ta współpraca z urzędami. W czasie gdy one zajmują się bieżącymi sprawami domu jeśli chodzi o kwestie księgowe i dokumentacyjne, główne role w kuchni i w obejściu przejąć musieli Oni: mężowie.

– Mój mąż gotuje lepiej niż ja – mówi Alina o Mariuszu – no i ciągle coś remontuje, teraz mieszkanko w Wałczu.

- Jak tak obserwujemy na spotkaniach – dodaje Ryszard - to niestety mało przybywa takich placówek, jak nasza. Szkoda.

Jedziemy na wakacje

Rok w rok obie rodziny starają się wyjechać z dziećmi na urlop.

– Urlop – mówi od razu Ryszard - to w tym wypadku za duże słowo. My nie mamy urlopu. Jaki to urlop z dziećmi? To jest praca 24 godziny przez siedem dni w tygodniu. Przecież ich nie zamkniemy i nie wyjedziemy?!

– Czasem udaje nam się samemu gdzieś wyskoczyć – wtrąca Wiesia. – Kiedyś mieliśmy opiekunkę do pomocy, to udawało nam się zaliczyć weekend tylko we dwoje. Teraz, wyjeżdżamy już wspólnie, kupiliśmy działkę rekreacyjną w Kujanie. Chłopcy lubią pójść na ryby, pograć w piłkę. Do wody mamy blisko. Fajne miejsce. Mamy trochę warzyw, trochę drzewek. Są dwa domki. Jeden już wyremontowaliśmy, a drugi czeka na remont. Jak się dobrze ułożymy, to 14 osób może tam spać jednocześnie.

Pietrzykowie z kolei jeżdżą nad polskie morze. Z Okonka to w końcu około 90 km. Uwaga – ruszają minimum na dwa samochody, choć zdarzało się i więcej.

Niech nikt nie zazdrości

Obie panie spotkały się także z krzywdzącymi opiniami na swój temat, że otwierając dom dziecka zarabiają.

– Zawsze wtedy od razu ripostuję – mówi Wiesia – że jeśli ktoś mi zazdrości pieniędzy, to zapraszam na jeden dzień do dzieci. Wychowywać cudze dzieci, jak i uczyć, jest trudniej. Cudzemu dziecku pozwolisz na mniej. Taka jest prawda. To właśnie z tego stresu chyba i odpowiedzialności. Kiedyś, jak dzieci były jeszcze mniejsze i było ich więcej, byliśmy razem na wycieczce w okolicy, na jakimś festynie, i jeden stół to było wtedy dla nas za mało. Komentowano wokół, że „ale sobie dzieci narobili”. O byciu dzieciorobami też już zatem słyszeliśmy.

- Nie traktuje tego jako pracę – mówi Alina. - Gdyby tak było, nie mogłabym tego robić. My nie możemy, co chyba jest oczywiste, podjąć żadnego innego zatrudnienia. Tu nie ma odpoczynku, nie ma urlopu. Trzeba być twardym – mówi Alina.

Dom dziecka a koronawirus

- My jakoś bardzo tego nie odczuliśmy – mówią Skowrońscy - Wiadomo, że musiałam od razu załatwić wszystkim laptopy, żeby mogli brać udział w lekcjach i to zrobiłam. Nie było problemu. Musieliśmy jednak trochę się nagimnastykować, bo utrzymać w domu takich szesnasto-, siedemnastolatków nie jest wcale łatwo.

– Zdalna nauka zajmowała bardzo dużo czasu – mówi Alina.

- Wszystkie nasze dzieciaki są w wieku szkolnym. A po południu… - U nas słowo nuda – opisuje dalej – była odmieniana przez wszystkie przypadki. Choć mamy swój plac zabaw, ogród, warzywniak.

Jest co robić! Sam dom ma ponad 230 m2. Kilka łazienek, można od rana do wieczora sprzątać. A propos. W Zakrzewie jeśli chodzi o sprawy tak przyziemne jak sprzątanie, są jasne zasady i ustalone dyżury.

– U nas, w cyklu tygodniowym, każdy ma do „ogarnięcia” łazienkę lub kuchnię. Kiedyś zmiana była codziennie. Ale gubiliśmy się w kolejności – mówi Ryszard – a dzieci się nie wyrabiały czasowo – dodaje Wiesia. Pralka, zmywarka, jest tego zawsze więcej niż w przeciętnym domu. Mamy przecież duże garnki.

W tym zakątku Alina czasami ukrywa się z mężem przed dziećmi


Życie codzienne

- Dla mnie nie ma różnicy, czy gotuję w małym, czy w dużym garnku – mówi Wiesia.

- W zeszłym roku zostało nas czworo i nie umiałam nic ugotować w tych małych garnuszkach.

- Ja się sam nauczyłem gotować, bo musiałem – dodaje Ryszard, który, jak i mąż Aliny, pomaga jej zarządzać zakupami.

Tak: zarządzać, bo tutaj zakupów się nie robi, tylko nimi zarządza.

- Mamy zamrażarki, zawsze coś do jedzenia w zanadrzu, czasami zabijemy świnię. Oczywiście, że jest różnica – mówi Alina - usmażyć cztery kotlety, a usmażyć piętnaście. Ale na to się nie patrzy. To już normalka.

- U nas nie ma dnia, żeby nie był ugotowany obiad. Dzień w dzień jest świeży, pyszny obiad – mówi Wiesia.

– U nas dzisiaj spaghetti – wtrąca Alina – dzieci bardzo je lubią. Kilka paczek makaronu, litry sosu, ale tylko dwa garnki brudne – śmieje się. – Jedzą aż im się uszy trzęsą.

Pietrzykowie lubią też razem pichcić. Pieką domowe ciasta, które miałam możliwość posmakowania.

- Ważna jest też samodzielność dzieci. Nie robimy im kanapek na przykład. Jest szwedzki stół, szykują sobie sami. Taki siedmiolatek, to wiadomo, że może sobie już to zrobić sam – mówi Ryszard. – Ale fakt, bez zmywarki nie dalibyśmy rady. Jest to duże udogodnienie.

Bóg i przyszłość

Pomaga jednak nie tylko zmywarka, ale i wiara w Boga.

- Tak, bardzo. Mój pierwszy zawód to w końcu teolog – mówi Alina. - Tak zostałam ukształtowana i tak staramy się też prowadzić nasze dzieci. Ale mieliśmy też chłopca, który mając 17 lat powiedział, że jest ateistą. I my to uszanowaliśmy. Nic na siłę.

A jakie mają plany na przyszłość? - Chcemy, żeby mieszkania, które budowaliśmy z mężem w Radości koło Okonka – mówi Alina – były mieszkaniami dla naszych dzieci. Kupiliśmy ten budynek jako ruinę, zrobiliśmy tam nowy dach, instalacje, ekologiczną oczyszczalnię ścieków, studnię. Chcielibyśmy to wszystko oddać dzieciom. Papiery leżą w starostwie i czekamy, aby oddać dom do użytku. Swego czasu Pietrzykowie byli także w popularnym programie telewizyjnym.

– Tak, zgłosiliśmy się do telewizji, ale nie po to, żeby żebrać, tylko po to, żeby pokazać innym, jakie pojawiają się problemy, gdy dzieci opuszczają takie domy jak nasz. Dostają wyprawkę z PCPR-u. Mogą kupić sobie meble, pralkę, ale jak nie masz miejsca, gdzie to złożyć, to jaki to ma sens? – pyta retorycznie Alina.

- Stąd moje marzenie, żeby dawać tym dzieciom jednak coś więcej. Koleżanki śmieją się ze mnie, że podnoszę poprzeczkę.

– My mamy wesele naszej Kasi w lipcu – mówią Skowrońscy - już nie możemy się doczekać. Ma fajnego chłopaka. Mają zamiar kupić działkę, chcą się budować. Jej chłopak przyszedł do nas jako nasze kolejne dziecko.


Julita Milczyńska

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

  • Awatar użytkownika
    Za szybko. - niezalogowany 2022-12-23 10:21:02

    To jest przykład, to jest powołanie, to jest ta właściwa świętość, której teraz dostępuje śp. Pani Alina.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Smutna - niezalogowany 2022-12-23 18:07:43

    Najlepsze co mnie w życiu spotkało, to Alinka, Mariusz i ich szczęśliwa 13. Każdy, kto mógł doświadczyć dobroci i przyjaźni z ich strony, jest prawdziwym szczęściarzem, jak ja i moja rodzina. Alinki będzie mi bardzo brakować, jest dla mnie wzorem do naśladowania.

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis
  • Awatar użytkownika
    Okonek - niezalogowany 2022-12-23 21:06:51

    Pani Alinko, tyle dobra, tyle serca... Żal, smutek ogromny mnie wypełnia. Była Pani wspaniałą osobą!

    odpowiedz
    • Zgłoś wpis

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości