To był człowiek pełen zasad. Dobrze wychowany, kulturalny, niczym absolwent przedwojennego gimnazjum. Troszczył się o wszystkich. O wszystkich pamiętał. Często mawiał ''nie martw się, będzie dobrze''.Druga część wspomnień przyjaciół o śp. Zdzisławie Pasymowskim
Nie znaliśmy się długo, raptem kilkanaście lat. Jednak to, co dało się w panu Zdzisławie dostrzec od samego początku, to niesamowite wręcz dystyngowanie. Był jak absolwent przedwojennego gimnazjum. Przykład tzw. kindersztuby, która praktycznie już nie istnieje. Zawsze wiedział, jak się zachować, kiedy ukłonić, kiedy uśmiechnąć, kiedy pocałować kobietę w rękę. Właśnie w ten sposób się witał. Zawsze tak samo. Nie gnał i radził to innym, by mieli czas na spotkania, rozmowy.
Przez swoje zachowanie nigdy nie tracił w oczach ludzi szacunku. Potrafił być bowiem dyrektorem czy kuratorem, ale nadal pozostawał Zdzisławem Pasymowskim: ciepłym, otwartym na pomoc i gotowym rozwiązywać problemy, które wydawały się nie do rozwiązania. Nie różnicował nikogo.
Pamiętam, że gdy zaczynałam pracę w krajeńskim oddziale powiatowego ogniska pracy pozaszkolnej, nie znałam nikogo. Przedstawiał i wprowadzał mnie pan Zdzisław. Zrobił też coś więcej. Zabrał mnie na zwiedzanie cmentarza w Krajence. Przez ponad godzinę spacerowaliśmy, a on opowiadał o ludziach, nauczycielach przy każdym kolejnym nagrobku. Imiona, nazwiska, dokonania – wiedział wszystko.
Jak mówił, do władz związków zawodowych nie chciał dostać się dla własnego interesu. Ten nie był dla niego ważny. Chciał być reprezentantem tych, którzy nie zawsze byli traktowani sprawiedliwie. Walczył o nich.
Gdy na pogrzebie odczytywana była lista podziękowań, wiedziałam, że musiał ją pisać sam. Wszystko się zgadzało, wszystko przewidział. Przewidział, kto pojawi się, aby się z nim pożegnać.
Ciekawostką jest też miejsce na pieczątki w jego związkowej książeczce. Ostatnia z pieczątek została wbita na kilka miesięcy przed jego śmiercią. Tak jakby właśnie tak miało się stać. Tak jakby to też przewidział.
Anna Gola-Kleszcz
Beata Buczkowska-Linke
Znajomość ze śp. Zdzisławem Pasymowskim mógłbym podzielić na kilka etapów. Ten ostatni, pożegnalny, zrobił na mnie największe wrażenie. To była dla nas, absolwentów, ostatnia lekcja. Lekcja tego, co jest w życiu ważne.
Śp. Zdzisław kochał szkołę i swoją pracę, trwał w niej do końca. Gdy dowiedział się, że zachorował, miał świadomość tego, co dalej się będzie działo. Miał świadomość, że tak jak zawsze to w życiu robił, wszystko musi poukładać, przygotować, po to by pożegnać się przed podróżą. Ostatnią podróżą. Jednocześnie nie obciążał nikogo swym cierpieniem. Był pełen godności, szlachetności, serca, pomimo tego, że coraz bardziej opadał z sił.
Zawsze wiedziałem, że jest wyjątkowy, jednak dopiero podczas pogrzebu zdałem sobie sprawę, jak wielki jest to człowiek. Ilu ludzi przyjechało oddać mu hołd w jego ostatniej drodze.
Okazało się, że dla swojej rodziny, od której mieszkał przecież tak daleko, to była równie wielka strata jak dla nas. Oni też byli filarem jego życia. Oni i oświata w Krajence, o której losie myślał do ostatnich swoich dni, marząc pewnie, że odzyska ona dawny blask.
Brygadier Marek Kowalski, zastępca komendanta głównego PSP
Zdzisław Pasymowski na zawsze zostanie dla mnie człowiekiem wyjątkowym. Poznaliśmy się na pewnym zakręcie mojego życia. Przerwałem szkołę zawodową, trafiłem do wojska. Tam jednak pozwolono mi kontynuować naukę. Wybrałem Technikum Przemysłu Spożywczego w Krajence. Moim wychowawcą został pan Zdzisław. Obawiałem się, jak to będzie, jak odbiorą mnie pozostali w klasie. Wojskowy wśród nich... Pierwszych chwil nie zapomnę nigdy, pan Zdzisław podszedł do mnie i od razu zwrócił się po imieniu, co więcej zdrobniale. „Wacuś...”- powiedział. „Widzę, że coś się martwisz, nie martw się. Dasz sobie ze wszystkim radę” - dodał. No jak miałem nie dać rady? On we mnie wierzył jak chyba wcześniej nigdy nikt. Nie mogłem go zawieść. Tak było z wieloma osobami. Motywował nas, tych, którym nie zawsze było z górki. Staraliśmy się dla niego, a on wiedział, że w konsekwencji robimy to dla siebie. Był dla nas jak ojciec. Pamiętam, że do matury uczyłem się jak nigdy wcześniej w życiu i zdałem.
Chociaż szkoła się skończyła kontakt między nami pozostał. Chociaż mieszkaliśmy w tej samej miejscowości zawsze na święta wysyłaliśmy sobie kartki. To było zabawne, gdy patrzyło się na pieczątki jedynie z krajeńskiej poczty. Choć formalnie nim nie był, Zdzisław Pasymowski stał się członkiem mojej rodziny. Uczestniczył w jej życiu. Poznał moją narzeczoną, a później żonę, dzieci.
Smutne są ostanie wspólne chwile, ale też niosą w sobie przesłanie. Wiedział, że jest z nim już źle, że nie wyjdzie z choroby, a mimo to mówił, tak jak pierwszego dnia, gdy się poznaliśmy, trzydzieści lat wcześniej: „Wacuś, nie martw się, ze mną wszystko będzie dobrze”. Nie chciał, by inni martwili się o niego. To on zawsze martwił się i wspierał innych.
Wacław Brzeziński
W naszym domu Zdzisław Pasymowski był Wujkiem, choć nie byliśmy ze sobą spokrewnieni. Mówiłam na niego Wujek od zawsze. Szesnaście lat temu ten zaszczyt zaczął też obowiązywać mojego męża, a później nasze dzieci. Wujek towarzyszył nam w radosnych i smutnych chwilach. Był na naszym ślubie, chrzcinach, rocznicach, komuniach.... Tej ostatniej już nie doczekał. Nie zabrakło Go w ostatnich chwilach żegnania Rodziców. O tym, jakim był człowiekiem, niech świadczą jedne z ostatnich słów, którymi zwrócił się do nas, już ze szpitalnego łóżka, na kilka dni przed śmiercią. Zapytał: „czy czegoś Wam nie potrzeba?”. I to zatroskane spojrzenie, te oczy gotowe do pomocy…
Ewa Polańska - Ciechanowska
Zdjęcia z arch. rodziny i przyjaciół. Wspomnień wysłuchał Sz. Chwaliszewski
[[reklama]]
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze