Nie było wspanialszego kolegi od niego. W swym wiekowym neseserze zawsze nosił stos kartek, na każdej zapisana ważna sprawa, którą pilnie należało się zająć. Dokładny, elegancki, pomocny, kochany... Zdzisław Pasymowski oczami przyjaciół
-Po co Was tu tylu przyjechało? - pytał przed tygodniem retorycznie podczas mszy żałobnej ks. Sławomir Krasiński, proboszcz parafii w Wieczfni Kościelnej niedaleko Mławy, gdzie pół tysiąca osób żegnało ś.p. Zdzisława Pasymowskiego. Przyjechali z całej Polski, bo chcieli oddać hołd człowiekowi, który wpłynął na ich życie swą dobrocią, pogodą ducha, wiedzą, skrupulatnością, pracowitością i skromnością. Nawet na swoim pogrzebie udzielił ostatniej lekcji, o tym, co jest w życiu naprawdę ważne... To, by zawsze być dobrym człowiekiem.
Wspomnienia, część pierwsza..
Zdzisław Pasymowski był mężczyzną eleganckim, pedantycznym w każdym calu. Dystyngowany, zawsze uśmiechnięty przemierzał ulice Krajenki. W ręku nosił swój neseserek pełen „spraw do załatwienia”, zapisanych na wielu kartkach w kratkę. A każda kartka to jeden ludzki problem do pilnego rozwiązania. Był niezwykle wrażliwy, uczynny i skuteczny. Będąc dyrektorem Niepublicznego Gimnazjum zapisał się na kartach historii krajeńskiej oświaty jako przyjaciel uczniów, ich rodziców i nauczycieli. Uczniowie z trudnościami, którzy nigdzie nie mogli się odnaleźć, pod skrzydłami Dyrektora Zdzisława rozwijali talenty, kończyli gimnazjum i kontynuowali naukę w szkołach ponadgimnazjalnych. Kiedy zakończył dyrektorowanie, kilkoro nauczycieli odeszło wraz z nim. Pielęgnował pamięć o absolwentach, śledził ich losy, gromadził wycinki z gazet, zbierał zdjęcia i inne pamiątki. Był osobą bardzo pracowitą. Nawet ze szpitalnego łóżka wspierał wychowanków i zachęcał do powołania Klubu Absolwenta i organizowania kolejnego zjazdu. Był skromny, nie zabiegał o zaszczyty i wyróżnienia. Cieszył się życiem, podróżował. W wielu domach pozostały tysiące kartek z pozdrowieniami zapisanymi równym pismem. W ostatnich chwilach swego życia wysyłał kartki, listy pożegnalne, by horacjańskie non omnis moriar po raz kolejny prawdą się stało. Maria Polańska
Zdzisław Pasymowski rozmawia na schodach ze Stanisławem Polańskim. To jeden z pierwszych dni pracy w Krajence
Znaliśmy się ponad czterdzieści lat. Na początku tej znajomości był pewien dystans, jednak nie trwał długo. Nie było wspanialszego kolegi od Zdzisława. Doskonały pedagog, który o młodzieży uczonej przez siebie wiedział wszystko, często dzięki temu wyprowadzając wielu młodych ludzi na życiową prostą. Był jak dobry ojciec, bo w każdym widział tylko te dobre cechy. Charakterystyczne było częstowanie przez niego czekoladą i bardzo częste stosowanie zdrobnień. Bywało, że głos w słuchawce telefonu mówił: „Romeczku, szykuj się! Jedziemy na szkolenie”. Był mistrzem wyszukiwania konferencji, tak jakby ciągle chciał dążyć do perfekcji, wiedzieć, potrafić jeszcze więcej. Przez ostatnie lata działaliśmy razem w Zarządzie Okręgu ZNP i OPPZ w Poznaniu. Zdzisław należał do komisji rewizyjnej ZG ZNP i m.in. dlatego bardzo dużo podróżował. Można go było spotkać w pociągach od Szczecina do Zakopanego i od Augustowa do Wrocławia. Wizytował m.in. ośrodki wczasowe ZNP. Z jego wyjazdami wiąże się też pewna ciekawostka. Otóż w wielu hotelach czy restauracjach był już doskonale znany. Od wejścia witano go słowami: „Dzień dobry Panu, życzy Pan sobie ten sam pokój co zawsze?”. Cenił dobre i zdrowe jedzenie, potrafił je ocenić i wskazywać, gdzie nie warto się zatrzymywać na posiłek, a gdzie można coś dobrze zjeść. Inna historia: gdy któregoś razu czekał na pociąg podeszła do niego ekipa telewizyjna i pytała o to, co sądzi na temat pokazu modelek odbywającego się na dworcu PKP. Podobał mu się. Zafascynowany Złotowem i Krajenką, choć przecież nie pochodził z tych stron. Dokładny, perfekcyjny, niejednopłaszczyznowy jak rysunek techniczny, którego uczył. Nigdy się nie skarżył. Tytan pracy, którą wykonywał do ostatnich swoich dni. Gdy trafił do szpitala nikomu o tym nie powiedział. Nikogo nie chciał martwić, kłopotać. Kiedy dowiedziałem się o jego chorobie i spotkaliśmy się na jednym z oddziałów powiedział mi: „Nie mów nikomu. Nie chcę, żeby mnie takiego widzieli”. Zależało mu, by był zapamiętany jako człowiek pełen energii, uśmiechu, życia, choć to życie powoli w nim gasło. Roman Marciniak
Dobry Człowiek. Tak Go zapamiętałam. Zawsze gotowy do pomocy, służył nią o każdej porze dnia. Gustawa Turek
Zdzisław pojawił się w Krajence w 1965 roku. My dwa lata później. Gdy zaczynaliśmy był wicedyrektorem Technikum Przemysłu Spożywczego, niedługo później też naszym sąsiadem i przyjacielem. Nie stawiał barier, nie traktował z góry pomimo ważnych stanowisk, które pełnił, bo swego czasu był też kuratorem oświaty. W naszym wspólnym domu to on pilnował, by dokładnie były spisane wszystkie wskazania liczników, a jeśli wiedział, że gdy będzie odczyt może być na wyjeździe informował nas o tym z dużym wyprzedzeniem. Nie podróżował samochodem, choć miał prawo jazdy. Miał nawet samochód. Powiedział mi nawet kiedyś, jak wyglądała jego pierwsza i chyba ostatnia przejażdżka w rodzinnych stronach. „Jasiu, nie zatrzymałem się przed drogą główną i wymusiłem pierwszeństwo. Jak ten kierowca na mnie krzyczał. Ty nie masz pojęcia...”. Pamiętam też, jak któregoś razu oznajmił, że pralnia przy internacie nie będzie już działała i że będzie musiał nauczyć się prać. Kupił własną pralkę i nie tylko prał, ale i prasował, układając ubrania idealnie. Choć mieszkał sam nie był raczej człowiekiem samotnym. Pamiętał o wszystkich i wszyscy pamiętali o nim. To było widoczne też na pogrzebie, gdy odczytano jego list pożegnalny, w którym wymienił wszystkich tych, którzy przybyli, by uczestniczyć w jego ostatniej drodze. Jego życiem była praca i szkoła, której poświęcił się bez reszty. Często było tak, że do domu przychodził się tylko wyspać. Zapewne chciałby, żeby to pożegnanie, wspomnienie o nim znalazło się w kronice szkolnej, ale nie ma już tej szkoły, którą tak ukochał. To bardzo go bolało do samego końca. Nadzieją napawa jedynie fakt, że pamięć o nim przetrwa w sercach absolwentów. Alicja i Jan Skwirowscy
Najpierw był moim nauczycielem, później, gdy także postanowiłam uczyć, mentorem. Wzorem pedagoga, którego nic nie było w stanie wyprowadzić z równowagi. Największe problemy potrafił oceniać słowami: „nie martw się, poradzimy sobie”. Dla niego nie istniało pojęcie emerytury ani spraw, których nie można rozwiązać. Do samego końca był aktywny. Działał na rzecz przywrócenia dawnego wymiaru i prestiżu Zespołu Szkół Spożywczych w Krajence. Był przeciwny włączaniu go do Centrum Kształcenia Zawodowego i Ustawicznego w Złotowie. Wspierał nas w Klubie Przyjaciół Szkoły, który zawiązał się w marcu tego roku. Będzie mi brakowało jego ciągłej troski o nas, odwiedzin, żartów, towarzystwa.... Alicja Kacperek
Sz. Chwaliszewski
[[reklama]]
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze