Reklama

Wyrzeczenia, praca i duma

28/11/2011 00:00
Jacek Pulikowski napisał, że rodzicielstwo to najważniejsza kariera w życiu rodzica. Jak to się ma do karier naszych dwóch piłkarzy Pawła Buzały i Jakuba Wawrzyniaka? Jaki wpływ rodzice mieli na przyszłych zawodników? Jak oni wpływają dzisiaj na swoich rodziców?

Rodzice Pawła Buzały, mama Lucyna i tata Marek od razu zaobserwowali, że syn, poprzez swoją ruchliwość i zadziorność, miał predyspozycje do uprawiania sportu. Mama Pawła była ze sportem na bakier, ale tata uprawiał niegdyś piłkę nożną – wspólnie dostrzegli, że należy wspierać syna w jego pasji. Duży wpływ miał również drugi syn państwa Buzałów, Przemysław, którego Paweł podglądał, próbując mu dorównać. Paweł od początku obijał wszystkie ściany w domu, pokazując, jakim to żywotnym był dzieciakiem. Zazwyczaj grał ze starszymi, którzy niejako również wychowywali go na boisku. - Już jako młody chłopak przychodził do naszej sypialni, opowiadając, że chce grać jak Diego Armando Maradona – wspominają rodzice. I, jak podkreśla mama, od chwili, gdy zaczął treningi ambitnie pracował, aby zbliżyć się umiejętnościami do swojego idola. Tata powtarzał Pawłowi, że sport wychowuje i nauczy go życia. Specjalnych problemów wychowawczych Paweł nie sprawiał. Jak podkreśla tata, od początku widział dobre nastawienia Pawła do piłki nożnej.
[[reklama]]
Tęsknota, samotność

Początkowo złotowianin próbował swoich sił w Szczecinku, z którego po roku wrócił do Złotowa. W jednym z meczów na tyle spodobał się trenerowi z Poznania, że ten postanowił ściągnąć go do swojego zespołu. Trzeba przypomnieć, że wcześniej nie poznali się na umiejętnościach Pawła w Szamotułach, gdzie nie zwrócił uwagi ze względu na niewystarczające warunki fizyczne. Jednak pan Marek przyznaje, że ambicją Pawła była gra na profesjonalnym poziomie, co pomagało mu w walce z tęsknotą, samotnością, a także warunkami, w których Paweł mieszkał będąc w Poznaniu, a te były dalekie od ideału. - Było ciężko. Pojechaliśmy pewnego dnia do Pawła, który miał kontuzję i był bardzo zawiedziony. Różne myśli przechodziły mu wtedy przez głowę. Na szczęście do akcji wkroczyła mama, która dała jasno do zrozumienia, że może wrócić, ale wtedy na dobre kończy z piłką nożną, zabierając się do nauki – relacjonuje ojciec. To okazało się zwrotnym punktem w karierze Pawła. Postanowił zawalczyć, gdyż pracowitość, upór i sumienność, odziedziczone po rodzicach, dawały nadzieję na sukces. Pan Marek wspomina, że razem z drugim synem wstawili Pawłowi w poznańskim okno, aby miał światło w pokoju. Mama zajmowała się gotowaniem wszelkich przysmaków. - Jak tylko mogliśmy, wspieraliśmy syna. Również finansowo, bo wtedy jeszcze nie zarabiał.

Charakter po mamie

Kiedy nastąpiła fuzja Lecha Poznań z Amicą Wronki w drużynie zabrakło miejsca dla Pawła, co okazało się zbawienne dla jego późniejszej kariery. Trafił do drugoligowej Lechii, która, przy znacznej pomocy Pawła, awansowała do ekstraklasy. Okres kilkuletniej gry w Lechii to dużo lepszy czas w karierze zawodnika, ale trzeba pamiętać, że nie tylko lekkie chwile przeżywał wtedy złotowianin. Rodzina ciężko znosiła porażki syna. Nauczyła się też, że po przegranych meczach telefonów nie ma co wykonywać. Gdy gra się nie układała, pani Lucyna wychodziła z pokoju, nie chcąc oglądać boiskowych wydarzeń. - W takich chwilach Paweł zawsze mógł liczyć na rodzeństwo, szczególnie starszego brata, który przejmował opiekę mentalną nad młodszym – wspominają rodzice. - Kiedy było źle syn przyjeżdżał do domu i nikt tak jak tata nie potrafił go pocieszać – mówi pani Lucyna, przyznając, że charakter syn odziedziczył przede wszystkim po niej.


Charakter po mamie zapał sportowy po tacie - Lucyna i Marek Buzałowie

Samochód w prezencie


- Dzisiaj szczególnie cieszy nas to, że pozostał tym samym chłopakiem jakim był, gdy wyjeżdżał z rodzinnego domu. Dzisiaj wiemy już, że sodówka nie może uderzyć mu do głowy - przekonują. Szczególnie dba o to mama, która trzyma w tym względzie rękę na pulsie. - Jest prawdomówny, czasami nerwowy, ale lojalny wobec swojego otoczenia – mówi pan Marek.

Na pytanie o to, co dał mu sport i dlaczego wybrał akurat taką dziedzinę, rodzice zgodnie mówią, że spełnia marzenia z dzieciństwa i innego zawodu nie mógł wybrać. - A sport uczy go samodyscypliny, poukładania, dzięki czemu nie ulega pokusom. Ma grubszą skórę, uodpornił się bardziej na krytykę, bo tego też uczy sport – zapewnia ojciec. Paweł, jak podkreślają rodzice, często rewanżuje się za wcześniejszą pomoc, chociaż oni wcale tego nie oczekują. Podarował rodzicom m.in. auto, a gdy jest ku temu okazja, spontanicznie lubi też zabrać ich do kina czy na zakupy.

Wiadomo, że sport to źródło dobrych, ale zarabianych przez krótki czas pieniędzy. - Paweł ma tego świadomość. Kończy kursy trenerskie, zabezpiecza się finansowo, przygotowuje do późniejszego życia. Na tę chwilę nie wyobraża sobie powrotu do Złotowa, chce być tam, gdzie jest wielka piłka. Jeśli taka będzie jego wola, będziemy go w niej wspierać – zapowiadają.

Dawidziuk zastąpił ojca

W przypadku Jakuba Wawrzyniaka przygoda zaczęła się, gdy chodził do trzeciej klasy podstawówki. Z tego okresu utkwiło ojcu w pamięci to, że syn wrócił z meczu w dresie Sparty Złotów, co dzisiaj odbiera za znak, że Kubę już wtedy coś w tym sporcie ruszało. - Ja jako zapalony kibic postanowiłem zadbać, aby ten zapał w Kubie nie wygasł, żeby swoje obowiązki wykonywał odpowiedzialnie – opowiada Roman Wawrzyniak. - Gdy syn kończył szkołę podstawową zaczęli z nami nawiązywać kontakty zainteresowani. Największe wrażenie zrobił na mnie Andrzej Dawidziuk z MSP Szamotuły. Czułem, że weźmie on odpowiedzialność za Kubę, kiedy mnie nie będzie stale przy synu. I ja i wspomniany trener widzieliśmy determinację syna. Wierzyliśmy, że będzie z niego piłkarz. Gdy Jakub trafił do szamotulskiej szkółki rodzice często go odwiedzali, a rozmowy telefoniczne były niemal na porządku dziennym. Zdawaliśmy sobie sprawę, że to ciężki okres w życiu młodego człowieka – wspomina ojciec dzisiejszego reprezentanta Polski.

Prośba do Boga

- Kończąc szkółkę w Szamotułach Kuba rozpoczął kolejną, prawdziwą, jak ja to nazywam, szkołę życia w Stargardzie Szczecińskim. Tam były straszne warunki, pieniędzy nie było w zasadzie żadnych. Wspieraliśmy wówczas finansowo syna, który jak tylko mógł odwdzięczał się w każdy możliwy sposób, choćby pomagając bratu w rozwożeniu pizzy. Na Kubę zawsze zresztą można było liczyć, nawet wtedy, gdy miał poważną kontuzję złamania nogi i w śrubach pomagał nam skończyć domek letniskowy.

Charakter zawodnika sprawił, że ojciec zawsze był też stosunkowo spokojny o jego losy. - Piłka była dla Kuby ponad wszystkim. Zawsze wiedziałem, że o jego umiejętności czysto sportowe i cel życiowy mogę być spokojny. Od początku miałem przeczucie, że ta jego przygoda z piłką może się udać. Od zawsze, jak pamiętam, proszę Boga jedynie o to, aby omijały go kontuzje.

Życiowy egzamin

- Wychowywaliśmy syna tak, aby zawsze samodzielnie podejmował decyzje i aby nigdy nie musiał się ich wstydzić. Jak każdy rodzic wiem, że sport to niepewne źródło utrzymania. Na tę chwilę Kuba ma podpisany z Legią kontrakt do 2014 roku, jest w klubie dobrze zorganizowanym i na razie byt ma zapewniony. Tym bardziej, że inwestuje pieniądze w nieruchomości, więc o jego finansową przyszłość jestem spokojny – mówi ojciec.

Największym życiowym egzaminem była dla rodziny Wawrzyniaków sprawa dopingu, którym Jakub miał się rzekomo posiłkować podczas gry w Panathinaikosie Ateny. - To był chyba dobry przykład tego, że potrafimy radzić sobie ze stresem. Byliśmy u Kuby na tym meczu, gdy poddano go kontroli. Dziwnym trafem od początku roku został wylosowany siódmy raz do kontroli antydopingowej, gdzie w Grecji zawodnicy podobno wybierani są losowo. Wróciliśmy do domu i gdy dostałem telefon od Kuby, od razu czułem w jego głosie, że coś jest nie tak.

Łzy

- Wykryto w jego organizmie niedozwolone substancje. Szok był duży. Świat się Kubie zawalił. W takich chwilach sprawdza się maksyma, że możemy liczyć tylko na najbliższych. I mam nadzieję, że Kuba czuł nasze wsparcie. Autentycznie czułem zresztą podświadomie, że Kuba jest niewinny. Pomógł nam profesor Smorawiński, pracujący przy Polskim Komitecie Olimpijskim. Nie życzę nikomu, żadnemu rodzicowi, aby przez coś takiego musiał przechodzić. Paradoksalnie to jeszcze bardziej zjednoczyło naszą rodzinę. Sport dał Kubie odporność w szerokim rozumieniu tego słowa – mówi ojciec.

Rodzicielska duma? Jak mówi ojciec Jakuba, szczególnie rozpierała go na meczu mistrzostw Europy w Austrii i Szwajcarii, kiedy pod koniec meczu naszej reprezentacji z gospodarzami Polacy krzyczeli: gramy u siebie. - Łzy same popłynęły mi do oczu – wspomina wzruszenie.

Karol Zabel
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama