Reklama

Wyszedłem z gołymi rękoma

24/06/2012 00:00
Był podkuwaczem koni, mechanikiem, pracownikiem fizycznym, brygadzistą, agronomem, wreszcie dyrektorem PGR. Zarządzał gospodarstwem w Buntowie, potem w Józefowie i w Sławianowie. Całe życie poświęcił rolnictwu, w lipcu obchodzić będzie 60-lecie pracy. Z Janem Klimasem rozmawia Patrycja Koplin

Z perspektywy czasu PGR-y ocenia się jako gospodarstwa nierentowne, nie mające szans utrzymania się w gospodarce rynkowej. Słusznie?

Powiem tak: od 1981 roku funkcjonowaliśmy w Sławianowie w oparciu o własne środki. Nie mieliśmy żadnych kredytów, wszystkie zakupy, których dokonywaliśmy były opłacane z naszej kasy. Z naszych pieniędzy utwardziliśmy podwórko, ulice, w Skicu wybudowaliśmy dwa budynki mieszkalne, działaliśmy. Proszę mi wierzyć, że jeśli w PGR była dobra załoga, a praca właściwe zorganizowana, naprawdę wiele można było zrobić.

Ludzie jak mantrę powtarzają, że PGR został rozkradziony. Rzeczywiście było tak, że każdy ciągnął w swoją stronę?

Wie Pani, w wojsku kompania jest taka, jaki jest szef i w PGR było tak samo. Jeśli ktoś pozwalał na kradzieże, to albo się do tej pracy nie nadawał, albo nie był fair. U mnie dozór był dokładnie dobierany, jeśli któryś z brygadzistów sobie nie radził, to trudno, musiał odejść.

W końcu przyszedł czas, że odejść musieli wszyscy. W 1993 ostatecznie zlikwidowano wszystkie PGR-y. PGR w Sławianowie nie został zlikwidowany, trafił w Pańskie ręce dużo wcześniej. Widział Pan szansę w rolnictwie?

W 1982, kiedy Agencja Własności Rolnej Skarbu Państwa [obecnie Agencja Nieruchomości Rolnych – przyp. red.] brała do siebie najlepszych, Sławianowo poszło na pierwszy ogień. Opłaciło nam się to, dostałem naprawdę bardzo dobre pieniądze. To była ponad siedmiokrotna wysokość średniego rocznego wynagrodzenia. Przez okres Agencji (dwa lata) umiałem sobie trochę grosza odłożyć. Jak przyszło co do czego, przyjąłem gospodarstwo w dzierżawę. Uzbierałem wadium i przystąpiłem do konkursu. Najpierw założyliśmy spółkę pracowniczą, było nas sześćdziesięciu, każdy zadeklarował udziały, a jak przyszło do przetargu, wszyscy zrezygnowali. Ekonomicznie inwestycja miała się nie udać, ale mimo to się zdecydowałem. Przejąłem w dzierżawę 1200 ha, w 84` wykupiłem dokładnie 420 ha, budynki sławianowskie i tak zacząłem gospodarzyć. Przy wykupie miałem sześćdziesięciu ludzi. Żadnego człowieka nie wyrzuciliśmy na bruk. Wypowiedzenie otrzymali tylko ci, którzy chcieli, ponieważ można było wówczas przejść na wcześniejszą emeryturę. Sukcesywnie ludzi wypuszczałem, dzisiaj, razem ze mną, jest 25 osób.

Ma Pan żal o to, że koledzy się wycofali?

Nie, myślę, że to było moje szczęście, dlatego że aby dobrze rządzić, naprawdę trzeba mieć wielką świadomość. Nie chciałbym, żeby mnie oskarżano np. o korupcję, a wie Pani, że czasami trzeba postawić dobry obiad. I to niekoniecznie ze swoich pieniędzy, może być z funduszu reprezentacyjnego.

Prawdą jest, że PGR zostały sprzedane za bezcen?

Wie Pani, to było tak. To, że mieliśmy dobre wyniki, to dla mnie, jako przejmującego gospodarstwo w prywatne ręce, było bardzo niekorzystne. Ci, co byli zadłużeni częściowo wykupywali gospodarstwa za swoje długi. I wykupywali nie z Agencji, tylko z banku, za 1/3, 1/4 wartości. Ja musiałem zapłacić 100% ceny. Poza tym trzeba wziąć pod uwagę fakt, że u nas nie było bogaczy. Ludzie nie mieli pieniędzy, więc państwo sprzedawało PGR-y za realną cenę. Na te czasy cena była taka a nie inna, dopiero z czasem rosła. Proszę sobie wyobrazić, że hektar ziemi w tamtych czasach kosztował 2 tys. zł, a dzisiaj kosztuje 22 tys. zł. Takiego skoku nikt nie mógł przewidzieć. Niech pani zobaczy, ilu z naszych osiemnastu dyrektorów pracuje dzisiaj w rolnictwie? Nie ma żadnego. Nie było łatwo, zwłaszcza, że ludzi przyzwyczajonych do PGR-owskich czasów, obstających przy tym, że wszystko im się należy, trudno było przyzwyczaić do pracy w prywatnym gospodarstwie.

Takich ludzi dzisiaj mamy w Sejmie, w Senacie – ludzi roszczeniowych, którzy nic nie zrobili, ale znają dwa słowa: dajcie mi. I tam chapią pieniądze, które im się nie należą. Bo gdyby człowiek miał trochę honoru, to by powiedział: „dziękuję, ja się do tego nie nadaję”. Proponowano mi kiedyś, żebym startował do Senatu, ale ja znam swoje miejsce w szyku. Nie pójdę, bo wiem, że się tam nie nadaję.

Wstępne żądania pracowników, że im się należą jakieś wielkie pobory, też były na nic. Dostali tyle, ile wypracowali. Z czasem ludzie się stabilizowali, widzieli, że ja się mocno nie bogacę, że pomału wchodzimy w obrót i jakoś poszło. Dzisiaj znowu pracujemy jak kiedyś – na własnych środkach. Na chwilę obecną nie mam jakiegoś zadłużenia, nie mam kredytów, obracamy środkami własnymi.

Zgadza się Pan z twierdzeniem, że osoby niegdyś w PGR pracujące są dziś życiowo zupełnie nieporadne?

To niezupełnie tak jest. Ja miałem naprawdę dobrych ludzi, dlatego kiedy otwarto granice, to 50% z mojej załogi odeszło. Ci co mieli czerwone paszporty wyjechali. Musiałem tworzyć skład od nowa, musiałem dobierać mniej doświadczonych ludzi. Trzeba było trochę nimi pokierować. Pamiętam, kiedy z tych moich 1200 ha oddałem 300 na rozwój mniejszych gospodarstw, nikt z moich przyjaciół ze Sławianowa nie kupił ani hektara. To było bardzo duże rozczarowanie. Buntowo, Łobżenica – tam poszła ziemia.. Kiedy sytuacja się poprawiła, wprowadzono dopłaty, rolnicy zaczęli protestować, chcieli, żeby im oddać ziemię. Ale jak ja im miałem ziemię oddać? Miałem 60 pracowników i trzeba im było dać pracę. Powiedziałem: proszę bardzo, 20 ha i jedną rodzinę. Nie chcieli rodzin.

Wie Pan, że są tacy, którzy mówią: „Klimas się dorobił na PGR”?

Z PGR wyszedłem z gołymi rękoma, nic nie wziąłem. Źle zrobiłem, bo powinienem wykupić np. Zalesie, a nie Sławianowo. Tu pracowałem, tu zostałem, a to niektórych w oczy kole. Trzeba wiedzieć, że kiedy przejmowałem PGR, to powołany został nowy administrator, Roman Klemczak, on tu zarządzał, on wszystko przekazywał. Komisyjnie. Pamiętam, że do przetargu stawała też spółka z Radawnicy. Dawali ośmiokrotnie więcej, ale przetarg nie był uczciwy, bo notariusz, który przyjmował oferty, przyjął ją po godzinach, kiedy biuro było już zamknięte. Oferta nie została wzięta pod uwagę. Spółka wniosła wtedy skargę do Agencji, miałem kupę kontroli, na bieżąco przyjeżdżała policja, sprawdzali, czy wycena jest właściwa. Mnie to nie interesowało, bo nie ja ją robiłem.

Ludziom ciężko jest w takie historie uwierzyć…

Opowiem Pani taką anegdotę: kupił Niemiec holenderską krowę, która dawała 8 tysięcy litrów mleka rocznie. Wszyscy sąsiedzi przychodzili, co roku jeden brał od niej jałówkę i jakoś się hodowla rozwinęła. Polak kupił holenderkę i też przychodzili wszyscy sąsiedzi, ale żaden nie chciał cielaka, tylko życzył mu, żeby krowa zdechła. I tu jest ta sama sytuacja. Powtarzam: ci co się na PGR dorobili nie są dziś na rolnictwie. Zrobili pieniądze, sprzedali to, co w PGR-ach było i już ich nie ma. To, o czym Pani mówi, mówi partacz, który nie umie sobie w życiu poradzić.

Z reguły rolnik ma rękawy zakasane do pracy i gumowce na nogach. Pan chodzi w koszuli z kołnierzykiem, w garniturze, więc ludzie mówią: Klimas ma.


Ależ proszę Pani, niech Pani nie myśli, że ja chodzę w garniturku i nic nie robię. Każdy kto ma choć 100 ha musi raz po raz w garniturze do gminy jechać, ja muszę chodzić tak ubrany cały miesiąc, bo wszystkim zarządzam. To jest moja rola. Myśli Pani, że łatwo jest zarządzać? Jest to jedno z najtrudniejszych zadań. Gdybym teraz wpuścił tutaj człowieka w gumowych butach, to pół roku i nie ma gospodarstwa. Ktoś musi zarządzać i ktoś musi pracować. Zresztą każdy dzień zaczynam od obchodu obór.

Więc nie jest Pan dyrektorem, który z daleka pokazuje palcem, co trzeba zrobić?

Kiedy pracowałem w PGR w Buntowie wykonywałem wszystkie prace, również te fizyczne, dlatego nie jestem teoretykiem, jestem głębokim praktykiem, mam doświadczenie.

Podsumowując, można się wzbogacić na gospodarstwie?

Z całą pewnością tak. Jeszcze teraz dokupiłem 50 ha, bo chcę utworzyć dwa gospodarstwa: jedno dla syna, jedno dla córki. Jeśli będą dobrymi menedżerami to będą powiększać dorobek, a jeśli będą słabymi to sobie nie poradzą. Ja przejąłem zniszczoną oborę po PGR. Ktoś powie: byłeś w PGR, widziałeś, co brałeś. Tak, ale trzeba wiedzieć, że takie były czasy.

Dzisiaj, po 60 latach pracy w gospodarstwie, czuje Pan, że jest we właściwym miejscu, na właściwym stanowisku?

Za żądne skarby bym się z nikim nie zamienił. Mam 75 lat i ciągle pracuję, jak trzeba, zastąpię kombajnistę, który jedzie na obiad. Tyle tylko, że trzy lata temu jak przychodziła sobota to myślałem: „cholera, znowu wolne”, a dzisiaj na tę sobotę czekam. To się właśnie zmieniło.
Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości