Rozmowa z Michałem Centką ze Świętej, którego czasami można zauważyć, podnosząc głowę w stronę nieba
Pan Michał od zawsze był fanem adrenaliny. Gdy stwierdził, że „przyziemne” sporty to za mało, postanowił wzbić się w powietrze. Ten magiczny, pierwszy raz nastąpił w 2015, w czasie Euro Eco Meetingu. Od tego czasu regularnie lata. Temat lotnictwa nie jest Michałowi obcy.
Mój wujaszek Janusz Centka jest czynnym pilotem. Przez 30 lat pracował w LOT, latał boeingami i przy każdej okazji zabierał mnie. Widziałem lotnictwo z bliska. Mało tego, wujek jest dwukrotnym mistrzem świata w szybownictwie, wielokrotnym mistrzem Polski
Reklama
– mówi. Tak więc powietrzny bakcyl w rodzinie Centka jest przenoszony genetycznie.

Tego lipca pojechałem na lotnisko, zobaczyłem, zapoznałem się z paralotnią. Paralotnią – uprzężą i skrzydłem, czyli podstawą. Odgałęzieniem jest motoparalotnia, która, jak nazwa wskazuje, posiada silnik. Ale na nią potrzeba specjalnego zezwolenia. Dostałem radio, przez które mogę się komunikować w razie czego. Spytali mnie, czy się boję wysokości. Właściwie to jeszcze nie wiedziałem, na co się piszę i powiedziałem, że jestem gotowy. No i wystartowałem. Tego dnia odbyłem trzy loty. Warunki atmosferyczne były fantastyczne. Akurat nad Złotowem szalała burza i widziałem z Piły, jak pioruny waliły w miasto
Reklama
– wyznaje Michał. Paralotniarstwo wymaga również wiedzy w dziedzinie fizyki. Tego dnia, podczas pierwszego lotu odbył szybki kurs. Bardzo szybki, bowiem na niebie tak został podrzucony przez termikę z powodu tej burzy, że od razu zaliczył lekcję dla zaawansowanych, by wiedzieć, jak sobie z tym poradzić i bezpiecznie wylądować.
Byłem wtedy na takiej wysokości, że z Piły było widać te dwa duże kominy w Złotowie.
Najwyżej wzniosłem się na wysokość 1700 m. Z takiej odległości Złotów zaczyna zlewać się w plamę. Za to widać wiatraki Chodzieży, Okonka, pobliskie miasteczka takie jak Święta, Nowy Dwór. Aparatem telefonu jestem w stanie objąć całe miasto
Reklama
– mówi Michał.
Czasem latam z ptakami, jaskółkami, a wieczorem z nietoperzami. Babie lato wygląda pięknie. Albo w maju, gdy kwitnie rzepak i wszystko z góry jest żółte, pocięte na czworokąty. Gdy budowano ostatni wiatrak w Blękwicie kręciłem się pomiędzy nimi. Zimą, gdy Jezioro Miejskie było zamarznięte, zleciałem motoparalotnią na dół i przetarłem stopami po tafli lodu, a następnie z powrotem w górę.
Czasem można odkryć naprawdę ciekawe rzeczy, jak opuszczony domek przed Świętą, otoczony małym laskiem na środku pola lub przekonać się, jak Jezioro Zaleskie jest faktycznie długie. Co do głowy w chmurach, to jest to bardzo niebezpieczne, ale że Michał bardzo lubi zastrzyk adrenaliny, to doświadczył parę razy lotu w białych barankach.
Zmarzłem tam
– wyznaje.
Latanie pobudza do wielu refleksji. Dlaczego miasta skupiają się w szare wyspy na zielonym tle, dlaczego w tym miejscu, w jakim są? Co spowodowało, że cywilizacja została ukształtowana w ten sposób?

Trzeba zdać egzaminy i przede wszystkim wyszkolić się
– tłumaczy. Wymaga to wielkiej wiedzy.
Wyszkolić się na paralotnię, czyli przede wszystkim znać się na swobodnym lataniu, wyszukiwaniu warunków atmosferycznych, kominów powietrznych, termiki i tak dalej
– tłumaczy. Szybki przerywnik naukowy! Termika – pionowe prądy powietrza powstałe na skutek nierównomiernego nagrzania się Ziemi promieniami słonecznymi. Przykład: tegorocznego lata, wyjątkowo upalnego, nad wodami występują bąble termiczne, niewidoczne da oczu, jednakże odczuwalne w powietrzu. Bardzo odczuwalne – bąbel 3m/s oznacza, że podrzuca on 3 metry wyżej w ciągu jednej sekundy, czyli w czasie jednej sekundy można zostać podrzuconym na dach bungalowu. To automatycznie zmienia perspektywę, prawda?
Ptasie akrobacje często widoczne na niebie tak naprawdę są manipulacją kominami, bąblami powietrznymi oraz termiką. Gdy wirują, to znaczy, że kręcą się wokół komina powietrznego i tam działa właśnie termika. Latanie paralotnią wymaga jedynie wiedzy, żeby się nie zabić, jednakże do motoparalotni potrzebne są już papiery. By nią latać, powietrze musi być idealnie spokojne. Zima to gratka dla motoparalotniarzy. Hulaj dusza, termiki nie ma – można latać calutki dzień. Od wschodu do zachodu, oczywiście. Latanie nocą jest zakazane. Można myśleć: „No przecież jak jest silnik, to można chyba kontrolować lot podczas tych porywów?”. To jest niedocenianie siły powietrza.
W dzień latamy paralotnią, czyli z plecakiem, bez żadnego napędu. Z tego względu, że może nam podwinąć skrzydło. Napęd z tyłu spowoduje, że całe skrzydło się rozleci i się połamiemy
Reklama
– tłumaczy.
Po ośmiu miesiącach od pierwszego styku z paralotnią zrobiłem sobie uprawnienia do wykonywania lotów na paralotni i motoparalotni, czyli jestem pilotem. Mam świadectwa kwalifikacji plasu lotniczego
– chwali się Michał.
Tak naprawdę to jest to najtańszy sport lotniczy i, jak ktoś chce spróbować, nie boi się i jest odważny, to paralotnia i motoparalotnia są najlepszym wyjściem. W lataniu najlepsza jest wolność i swoboda. Jestem tam sam, zapominam o szarej codzienności. To jest bezpieczne. W motorze zawsze może ci coś tam wyskoczyć, możesz mieć poważny wypadek, zderzyć się. W paralotni nic ci nie wyskoczy. To polega tylko na twoich umiejętnościach, a nie na losie. Można pojechać na lotnisko i spróbować
Reklama
– zachęca Michał. Nowy sprzęt kosztuje około 20 tys. złotych, a używany można zdobyć za około 10 – 12 tysięcy.
Kto wie, może wkrótce nie będzie sam na niebie nad Złotowem?
Patrycja Trojanowska
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze