Nestor rodu, Jerzy, urodził się w Bądeczu. Do szkoły podstawowej uczęszczał w Wysokiej.
Był czas, że potrzebowali rąk do pracy w górnictwie, z moich roczników większość ludzi wyjechała wtedy na Śląsk. Ja zostałem. Tu się wychowywałem, tu pracowałem. Na piekarza zacząłem się uczyć w 1962 roku. Od tamtej pory cały czas związany jestem z tym zawodem
– wyjaśnia założyciel rodzinnego interesu Tarapackich. Pani Krystyna pochodzi ze Sławianowa. Z zawodu jest fryzjerką. Kiedy Gminna Spółdzielnia wybudowała w Wysokiej kawiarnię z punktami usługowymi, podjęła pracę w zakładzie fryzjerskim. Tak poznali się z Jerzym. Problemy mieszkaniowe pchnęły młode małżeństwo do Sławianowa, do rodziców Krystyny. Potem była praca w piekarni GS Złotów w Kleszczynie i kolejna przeprowadzka, tym razem do Skica, gdzie Tarapaccy mieszkali przez 10 lat. Jerzy zrobił kurs dla kierowników piekarni w Centrali Rolniczej Spółdzielni „Samopomoc Chłopska” w Głuchołazach. Już jako świeżo upieczony kierownik dostał w Kleszczynie pracę z mieszkaniem, tak minęło im kolejne 10 wspólnych lat.
Marzyłem, by otworzyć własny interes, pomysł długo chodził mi po głowie, aż wpadła mi w ręce gazeta z ogłoszeniem o sprzedaży domu z piekarnią w Krajence. To był 1988 rok
– wspomina pan Jerzy. Przemyśleli wszystkie „za” i „przeciw” i umówili się na spotkanie z właścicielami.
Piekarnia przed wojną należała do niemieckiej rodziny. Przy doprowadzaniu budynków do ładu znalazło się świadectwo mistrzowskie właściciela, pozującego w mundurze gestapo. Zginął na wojnie, jego żona nie zdołała uratować podupadającego interesu. Miała rodzinę w Kleszczynie, ale nikt nie chciał przejąć piekarni wraz z nią. Dogadała się wreszcie z obcymi ludźmi, którzy[[pay]] w zamian za opiekę nad starszą panią stali się nowymi właścicielami. To ich ogłoszenie wypatrzył w prasie pan Jerzy. Porozmawiali. Na zgodę kontrahentów przyszło jednak Tarapackim trochę poczekać. Po blisko pół roku, na wiosnę 1989 roku, dobili wreszcie targu. Remont trwał blisko trzy miesiące.
Z produkcją ruszyliśmy w lipcu. Odpowiedzialni za nią byliśmy ja i nasz syn Marek
– wyjaśnia pan Jerzy. Jego małżonka ani myślała otwierać własny zakład fryzjerski:
A tu kto by robił?
– pyta retorycznie gospodyni, która od początku zajęła się sklepem. Rodzinę Tarapackich uzupełniają córki Katarzyna i Joanna.

W piekarni dobre humory to mile widziana codzienność
Przełom lat 80’ i 90’ był wyjątkowym okresem dla wolnorynkowej gospodarki i prywatnych przedsiębiorców. Koniunktura zmieniła się diametralnie i trzeba było umieć się w tym szybko odnaleźć.
Spróbowałem i nie żałuję
– podsumowuje właściciel Piekarni.
Kosztowało nas to wiele pracy i wyrzeczeń, ale trwa to już blisko 30 lat, więc warto było. Na tym terenie nie mieliśmy wtedy konkurencji poza piekarnią GS. W Złotowie działały PSS–y, Stachnik i Lewandowscy. Byliśmy pierwszym prywatnym producentem pieczywa spoza Złotowa, który zaczął tam dostarczać swoje towary
– opowiada pan Jerzy.
Kiedyś wybić się można było głównie dzięki jakości, dzisiaj pod uwagę najczęściej brana jest cena
– zaznacza pani Krystyna i dodaje:
Klienci pod drzwiami Piekarni stali już przed 6:00, w sobotę kolejek potrafiło być nawet kilka.
Byli tacy, co mówili, że w życiu nie jedli lepszego chleba, albo że nie mogą się go najeść do syta
– dodaje jej małżonek.
Nasz pierwszy punkt poza Krajenką to był sklep pani Lewandowskiej w Złotowie. Mały sklepik w suterenie przy ul. Boh. Westerplatte przechodził prawdziwe oblężenia. Co tam tego pieczywa szło, mój Boże!
– kręcąc głową, wspomina Jerzy Tarapacki. Z okolicznych wiosek klienci po pieczywo musieli pokwapić się sami. Przyjeżdżali sprzedawcy, brali odpowiednią ilość i wieźli do siebie.
Tak to się rozwijało. W okolicach miałem 28 punktów, do których dostarczaliśmy pieczywo, teraz jest ich bodajże 24
– wyjaśnia nestor rodu. Interes od początku kręcił się wzorcowo. Kredyt na piekarnię spłacili w ciągu roku. Aromatyczne, gorące bochenki klienci do dziś rozrywają niczym sępy. Zajadają się nimi m.in. w Augustowie, Głubczynie, Skórce, Tarnówce, Węgiercach i w Złotowie. Pieczywa z Krajenki próżno jednak szukać na półkach w marketach.
Kiedyś dostarczaliśmy chleb do sklepu Stokłosy, ale odstraszał nas długi okres płatności. Zamrożonych w ten sposób środków nie można było przeznaczyć na bieżące wydatki. Skupiliśmy się na mniejszych sklepach
Reklama
– wyjaśnia pan Jerzy, który już cztery lata temu, ze względów zdrowotnych, przeszedł na emeryturę, aż do stycznia 2017 roku prowadził jednak piekarnię.
Firmę, póki co, przepisałem synowi Markowi. Różnie to bywa, dzisiaj utrzymać się na rynku jest niezmiernie ciężko. Z tych przedsiębiorców zaczynających swoją działalność u schyłku komuny do dzisiaj została ledwie garstka. Cenowo nie możemy się porównywać z molochami, sieć handlowa coś da taniej, coś drożej i zawsze na swoje wyjdzie, a za nasz chleb wszędzie płaci się tyle samo.
Reklama

Każdy bochenek spędza w piecu około 40 minut
Obowiązek przygotowania zakwasu spoczywa teraz w rękach pani Krystyny. Najpierw trzeba zostawić trochę zakwasu z poprzedniego razu, na tej bazie powstaje przedkwas, czyli zaczątek nowego zakwasu. Dodajemy wodę oraz mąkę i po 7 godzinach fermentacji powstaje półkwas, który przy pomocy tej samej procedury wyrabia się na gęstą masę. Zachodzi ponowna fermentacja (3–4 godziny) i proces powtarzamy raz jeszcze – tak powstaje kwas pełen – zachodzi ostateczna fermentacja, która określa charakter przyszłego bochenka, jego smak, zapach i fakturę. Jak się piecze chleb? Panująca w piecu temperatura waha się w okolicach 260–270 oC, czas wypieku zależny jest od gramatury, np. chleb wypieka się 40 minut. Wszystko musi być dokładnie wyliczone w czasie.
Chleb upieczony bez naturalnego kwasu będzie miękki, a po tygodniu zacznie pleśnieć. Nasz chleb wyschnie, ale nie spleśnieje i to jest ta różnica
– podkreśla pan Jerzy, dodając:
Ludzie nie zdają sobie z tego sprawy, ale zjedzenie trzech
– czterech kromek pieczywa na polepszaczach dziennie daje rocznie trzy kilogramy „trucizny” w postaci m.in. tłuszczów, dioctanu sodu (E262), kwasu L–askorbinowego (E300), gumy guar (E412) czy zakazanego w produkcji karmelu. Prawdziwy chleb zawiera tylko mąkę, drożdże lub zakwas, sól i wodę. To wszystko, nic więcej nie trzeba.
Dziś Piekarnię przy Złotowskiej dziennie opuszcza około 500 bochenków chleba. Do tego dochodzi pieczywo drobne: chałki, rogale, bułki, drożdżówki, pizzerki oraz kilka gatunków chlebów z ziarnami. W Tłusty Czwartek obowiązkowo pojawiają się pączki. Pieką się też inne okolicznościowe wyroby na święta, dożynki, wesela czy komunie. Praca rusza o 16:00 i trwa aż do realizacji wszystkich zamówień, 8–12 godzin, w zależności od dnia. Najpierw przygotowuje się chleb do pokrojenia, potem wypieka się drobne pieczywo, a na końcu resztę bochenków.
Za większość rzeczy odpowiedzialny jest już Marek. Jeszcze jak mieszkaliśmy w Kleszczynie lubił chodzić do piekarni, spędzał tam dużo czasu, napatrzył się i tak wielu rzeczy nauczył. Kiedy syn poszedł do wojska, zatrudniliśmy dodatkowych ludzi
Reklama
– wyjaśnia senior rodu Tarapackich. Przez jego białe od mąki dłonie przewinęło się wielu adeptów piekarnictwa:
Wyuczyłem około 20 uczniów, ale wtedy nie był to problem, bo o krok była szkoła dla piekarzy i młynarzy. Po roku praktyki z mojego zakładu wychodzili fachowcy. Teraz chętnych do pracy w tym zawodzie nie widać. Szkoła zlikwidowana, młyn też od lat milczy
– wzdycha pan Jerzy. Wzmocnień trzeba szukać we własnych szeregach. W Piekarni udzielają się już trzy pokolenia Tarapackich.
Ja byłem pierwszy, teraz jest mój syn, a wnuk Jakub rozwozi już pieczywo po okolicznych miejscowościach. Pracował też w piekarni w Niemczech, ale tam produkcja wygląda zupełnie inaczej
– zaznacza gospodarz.
Zapytani o to, gdzie jedli najlepszy chleb Państwo Tarapaccy wymownie patrzą sobie w oczy.
Najlepszy chleb jadłem u siebie. Mogę go sobie mniej lub bardziej przypiec, skórka może być taka, jaką lubię najbardziej
– mówi wprost dumny Jerzy Tarapacki. A co poleca pani Krystyna?
Wszystko! Najlepiej zacząć od naszego chleba. To naturalny produkt, który mówi sam za siebie. Odwiedzając koleżankę w Bydgoszczy zawsze zabieram ze sobą nasz chlebek, specjalnie spłaszczony, tak żeby było jak najwięcej skórki, a mniej środka. Jedzą to tam jak ciasto do herbatki
– śmieje się pani Krystyna. Po czym poznaje się dobry chleb? Oczywiście po zapachu. Współczesne ulepszacze próbują imitować ten uwodzicielski aromat, ale bez skutku. Nie bez wpływu na końcowy efekt jest oczywiście piec, kiedyś węglowy, teraz przerobiony na gaz, choć wnętrze pozostało właściwie bez zmian – modernizacji uległo jedynie palenisko i drzwiczki do taśm. Do imponującej bryły o rozmiarach półciężarówki na raz wchodzi 130 bochenków chleba. Oryginalny piec jest jednym z dwóch zachowanych tego typu egzemplarzy w Polsce. Spotkani kiedyś na Targach Poznańskich producenci z Niemiec koniecznie chcieli zobaczyć go na własne oczy.
Trzeba też zadbać o wysokiej jakości mąkę, umiejętnie wyprowadzać kwasy, a to kosztuje troszkę roboty
– podkreśla założyciel krajeńskiej Piekarni. W prywatnej działalności nie ma czasu na wakacje w tropikach.
Piekarnia nie miała ani tygodnia, a w zasadzie ani jednego dnia wolnego. Był zysk, ale nie było czasu z tego skorzystać. Urlop? Zapomnij. Chorobowe? Zapomnij. To trzeba po prostu kochać, a do pracy chodzić z przyjemnością. Z przymusu nic dobrego nie wyrośnie
– kończy Jerzy Tarapacki.
Moja mama mówiła, że kiedy spadnie kromka chleba, to trzeba ją podnieść i pocałować
– wspomina pani Krystyna.
Moja babcia jak zauważyła gdzieś leżącą na ziemi kromeczkę, zawsze się schyliła i ją podniosła, mówiąc: Chleba nigdy nie wolno wyrzucać, kury go zjedzą
– dodaje pan Jerzy. Kreślenie na chlebie znaku krzyża to kolejna obecna w domu Tarapackich tradycja, przechodząca z rodziców na dzieci.
Jak jej jednak nauczyć na krojonym chlebie?
Rozmawiał Leszek Chełmowski[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
a pamiętacie te czasy jak w latach 90 za gówniarza po całym dniu zabawy w chowanego z piłką wieczorkiem biegało się całą ekipą do Tarapackich po gorący chlebek i później z kolegami jadło się najpierw środek a później skórkę?
Najlepsze, najprawdziwsze bułki jakie jadłam! Ciasto drożdżowe lepsze niż u mamy :) Piekarnia z prawdziwym chlebem! Pozdrawiamy z Komornik całą Rodzinę Państwa Tarapackich :)
Tu nie trzeba się starać o IP i tak każdy wie czyjego autorstwa są te klamliwe wypociny. Artykuł dotyczy wypieku chleba, ale widocznie nie każdy potrafi czytać ze zrozumieniem. Frustraci
serdeczne pozdrowienia dla Pana Jureczka ;)
Przepyszne pieczywo- tak trzymać!!! Ż tego co wiem to jeździ nie tylko po Polsce ale i po świecie.... Brawo i nie przejmować się byle jakimi komentarzami jakiś śmieciarzy......
Posłuchaj dupo wołowa... artykul jest o pieczywie prawda?? Więc daj spokój ludziom pracującym i weź się do pracy....
Uuu a Ty z Markiem mieszkasz i pracujesz? Wiesz dokładnie że o Tobie będzie głośniej niż myślisz. Zajmij się swoimi sprawami i nawykami. Będzie Ci potrzebne szczęście .
Nawet po 3 dniach ich chleb jest lepszy niż prosto z pieca z jakiegoś marketu. Bułki z serem, bułki zwykle, rogale, chleb, to po prostu wyroby, których podrobić się nie da, chleb jest nawet znany w Koszalinie i Poznaniu - sam czasami wożę rodzinie przy okazji kiedy jadę, bo proszą ;)
Postaramy się o IP, znajdziemy Cię i przekażemy dane Markowi. Zapewne dostaniesz po mordzie przy okazji, a znając jego posturę - będzie bolało jak 5kurvvysyn ;-)
Bardzo dobre wypieki polecam.
Niech czuwaja bo nad Markiem czuwa szatan alkoholowy.jeszcze jak by poczuwali nad pracownikami AA to bylo by pieknie
Popieram najlepszy w Złotowie. ..Jeszcze by się rogale u nas przydały i by był w Sklepach Stokłosy..l
Amen
Najlepszy chleb na Świecie :)
a pamiętacie te czasy jak w latach 90 za gówniarza po całym dniu zabawy w chowanego z piłką wieczorkiem biegało się całą ekipą do Tarapackich po gorący chlebek i później z kolegami jadło się najpierw środek a później skórkę?
Najlepsze, najprawdziwsze bułki jakie jadłam! Ciasto drożdżowe lepsze niż u mamy :) Piekarnia z prawdziwym chlebem! Pozdrawiamy z Komornik całą Rodzinę Państwa Tarapackich :)
Tu nie trzeba się starać o IP i tak każdy wie czyjego autorstwa są te klamliwe wypociny. Artykuł dotyczy wypieku chleba, ale widocznie nie każdy potrafi czytać ze zrozumieniem. Frustraci