- Ja byłam w trzeciej klasie, gdy mąż przyszedł tu do pracy – Stanisława Przezwicka słynie z tego, że lubi opowiadać. Nic dziwnego, że ona zaczyna historię tej miłości.
Zakazanej, bo między nauczycielem Liceum Pedagogicznego w Złotowie, a jego uczennicą.
– Rzeczycki Władek też z uczennicą się pojął, Bronek Jaworski też – Tadeusz Przezwicki obrusza się na te słowa.
Stanisława: To nie znaczy, że na terenie szkoły odbywały się miłostki typu nauczyciel - uczennica. Mój mąż mnie unikał.
Tadeusz: Broniłem się jak tylko mogłem – mówi humorystycznie. - No a potem już nie wytrzymałem.
Stanisława: Ja byłam w szoku, jak po maturze mąż mi się oświadczył. Jak to tak, bez oznak miłości? Róże przesłał przez koleżankę. Trudno było mi uwierzyć, że on skierował swoje uczucia w moim kierunku. On jednak uparcie się mnie trzymał, mimo że ja mu robiłam takie różne...
Tadeusz: Świństwa. Mówiła, że za mąż wychodzi...
Stanisława: A ja żadnego chłopaka wtedy nie miałam. Planowałam wrócić w rodzinne strony i podjąć pracę w Słupcy. Nie znalazło się tam miejsce, a poza tym potrzebne było zaświadczenie, że mnie stąd puszczą.
Tadeusz: Bo absolwenci powinni zostać na tym terenie.
Stanisława: Wszystko było tak, że ja musiałam męża tu spotkać. Jego rodzina i przyjaciele namotali tak, że ja po pół roku zdecydowałam się na ślub ze swoim profesorem.
Tadeusz: Horst nie dał jej zgody na odejście i był bardzo dumny, że był współudziałowcem tego małżeństwa.[[pay]]
Stanisława i Tadeusz są ze sobą ponad pół wieku. Wychowali trójkę dzieci.
- Wie pan, że Przezwickich w Polsce jest tylko 17? - pani Stanisława podsuwa mi wydruk z Mapy Nazwisk. Powiat złotowski jest w nim jasnozielony. Żółta jest za to Sejneńszczyzna- ojczyzna pana Tadeusza. To okolice Sejn i Suwałk, teren o który walczył dziadek naszego rozmówcy - Franciszek. Gdy w 1918 roku dziadek został pierwszym wójtem gminy Krasnopol w powiecie sejneńskim, stał się jednym z czołowych wojowników o Polskę w obecnych granicach. Odzyskanie niepodległości przez Polskę po I wojnie światowej nie było jednoznaczne z tym, że Sejneńszczyzna, Suwalszczyzna i Augustowszczyzna były wolne. Litwini rościli sobie pretensje do tych ziem. - Jemu i trzem innym Piłsudski dał polecenie - jedźcie chłopaki do Paryża, gdzie ustalają granice. Dziadek pojechał z tymi kumplami. Powojowali, powojowali i tamci rządzący przyznali im rację i te ziemie zostały w Polsce – pan Tadeusz pokazuje na książkę, która o Franciszku właśnie napisała jago małżonka. Najstarsza wzmianka o rodzinie Przezwickich sięga w niej połowy XVIII wieku. - A wracając do nazwiska, to są jeszcze w Polsce Przeźwiccy, ale my jesteśmy ci twardzi. Przez „z” - pan Tadeusz kręci młynka palcami.
Tadeusz Przezwicki urodził się w 1934 roku w Babańcach. Jego rodzice byli rolnikami. Mama miała na imię Marianna, a ojciec Franciszek. - W ogóle w tej rodzinie to same cudactwa. Każdy, kto się pierwszy urodził musiał mieć imię swojego ojca, czyli albo Michał, albo Franek. Mój ojciec zrobił wyłom historyczny i pierwszego syna nazwał Lechosław – złotowianin dowcipkuje ze śmiertelnie poważną miną. Z tego zapamiętali go uczniowie „Pedagoga” i „Wieczorówki”.
Z wojny pan Tadeusz niewiele pamięta. Raz Rosjanie, raz Niemcy. W czasie wojny rodzina została wysiedlona do wioski litewskiej w Klejwach. I tyle. Pisać i czytać uczył się u pani Borewiczowej. W Sejnach ukończył i podstawówkę, i liceum ogólnokształcące. - Po ogólniaku rok pracowałem w szkole podstawowej w Przerośli koło Suwałk, a potem zachciało mi się być pedagogiem i pojechałem do Gdańska do Wyższej Szkoły Pedagogicznej na wydział biologii i chemii – wspomina 81- latek. Po reorganizacji tej uczelni przeniesiono nas na Uniwersytet Łódzki, który ukończyłem w 1957 roku. Taki nakaz. Na szczęście w 1957 roku nie było już przydziału pracy. Wybierałem wedle własnego chcenia. Były Ziemie Odzyskane, wozy jechały na Zachód i ja się zabrałem. Zatrzymałem się w Darłowie. Pracowałem w jedenastolatce. Pełniłem też tam funkcję metodyka biologii. Dwa lata tam odsiedziałem, ale że miałem morza dosyć, bo za mocnym pływakiem to nie byłem, więc przyjechałem do Złotowa – o wakacie w Liceum Pedagogicznym dowiedział się w kuratorium w Koszalinie. - Powiedzieli, że Złotów to jest miasto powiatowe. Czyli jadę do miasta powiatowego. Czyli jakaś ranga. A jak wysiadłem na dworcu, spojrzałem, a tu po lewej stronie ziemniaki, po prawej kawałki zboża jeszcze rosną. Aż do dzisiejszego „Ekonoma” się to ciągnęło – młody nauczyciel pomyślał „cholera, może to nie to miasto?” - A droga była wredna, zakurzona, byle jaka. Z dworca prowadził chodnik, ale jak jechała z przeciwka matka z wózkiem, to się otarliśmy łokciami, taki był malutki – krótko mówiąc, pierwsze wrażenie nieszczególne.
Pierwsze kroki skierował do dyrektora Liceum Pedagogicznego - Władysława Rzeczyckiego, ale go nie zastał. Spotkał za to Jana Dowejko. - Jasiu pracował w internacie. Zabrał mnie do siebie, nakarmił jak trzeba, u niego też przenocowałem – wspomina. Następnego dnia zameldował gotowość do pracy. I trafił pomiędzy doświadczonych pedagogów z przedwojennym wykształceniem. - Czułem się tu jak knot, bo tu same takie twarze podeszłe. Był pan Władysław Miś – profesor przedwojenny z południa Polski, fizyk. Pani Janina Kosibowa była pedagogiem (babcia na nią mówiliśmy), Stefciu Kamprowski uczył muzyki i śpiewu, Józef Kopeć – geograf i turysta, pani Janina Weberowa - kierowniczka internatu, Bronek Jaworski to sportowiec, no i był Tadeusz Horst – brzmi to jakby T. Przezwicki streszczał książkę o oświatowej historii Złotowa.
- Metody nauczania były stare, przedwojenne. Pan Misiu, z nas najstarszy, był niepokonany. U niego musiało być tak, jak chciał. Nikt nie szurał, taka była dyscyplina. Żadnych podskoków – krótka to, ale trafna charakteryzacja. - Szkoła miała rowery i zawsze w czerwcu Józef Kopeć organizował obozy. Przez Warmię, Mazury, pod Białystok – jego także pan Tadeusz ma na zdjęciu. - Przez Warmię i Mazury to i ja jechałam. W 14 dni zrobiliśmy na szkolnych rowerach ponad 1000 km – wtrąca pani Stanisława. - Jadąc w stronę Białegostoku obowiązkowe było zajechanie do dwóch wsi tatarskich: Bohoniki i Kruszyniany. Król Jan III Sobieski ich tam osadził za zasługi – kontynuuje nasz bohater.

Matura rocznik 1963/1964. Siedzą od lewej B. Jaworski, T. Przezwicki, H. Suchodolska, R. Blechacz, J. Weber, A. Arys, T. Horst, Wł. Rzeczycki, J. Kosiba, St. Kamprowski, L. Macek, K.Kęsik, H.Glier
O swojej pracy nie bardzo chce opowiadać, ale od czego jest pani Stanisława: - Mąż był młody i wprowadzał nowe metody nauczania. Na żywych eksponatach pracowaliśmy - kazał nam ciąć dżdżownice i oglądać pod mikroskopem – mówi.
- Z tej świeżości nasprowadzałem mikroskopów. Prawie na każdej ławce był. Kupowałem je w Centrali Zaopatrzenia Szkół w Koszalinie. Były też żaby, ale je to najpierw musiałem elegancko uśmiercić i do formaliny. I jak była potrzeba, to się wybierało po jednej żabce na 2-3 osoby – biolog otwiera się powoli. - A my na te lekcje biologii szliśmy jak do teatru. Nie dość, że Tadeusz przygotowywał eksponaty wizualne, to jeszcze kazał nam z nimi coś zrobić, a przy tym miał szalone poczucie humoru. Nie mówię tego dlatego, że jesteśmy razem – na potwierdzenie żona przytacza anegdotę: „Kiedyś na spacerze w parku zobaczył uczennicę jak siedziała na ławce z chłopakiem. Na lekcji zapytał ją o podział komórki. Ona mówi: komórka się dzieli... A on: siedzieli na ławce i trzymali się za ręce. I cała klasa w śmiech”. - Niektórzy mają pozapisywane te jego powiedzonka i żarty – do ręki dostaję zdjęcie klasy maturalnej z 1965 roku, której wychowawcą był przez 5 lat. Są na nim m.in. śp. Roman Kęciński i jego była żona profesor Jowita Kęcińska-Kaczmarek.

Pochód I-majowy. Na przedzie pan Tadeusz
Dziś trudno w to uwierzyć, ale na początku lat 60-tych w dzisiejszym „Ekonomie” istniał istny zwierzyniec. Po pracowni biologicznej biegały świnki morskie i białe myszki, nad wychodkiem znajdującym się w miejscu obecnych garaży mieszkały gołębie, a obok spacerowały rajskie kurki. - I kogucik tam był, bo wiadomo, że musi być familia. A on to był bohater. Obok sąsiedzi też mieli kokoszki, to jak przyszła od nich któraś kura, on łapał ją za skrzydełko, do bramy odprowadził – poszła won – tym razem T. Przezwicki śmieje się ze wspomnienia. Ciekawe jak jego byli uczniowie pamiętają „ogród botaniczny” zorganizowany przez nauczyciela biologii na rogu Bohaterów Westerplatte i Grochowskiego. Na 3, a może i 5 arach młodzież kopała, siała i pieliła. - To był obowiązek. Tak samo jak sprzątanie Zwierzyńca, czy wyjazdy na wykopki do okolicznych PGR-ów oraz polowania na imperialistycznego wroga – stonkę – żartuje staruszek.
W 1965 roku Tadeusz Przezwicki przeniósł się do „Wieczorówki”, czyli do Wieczorowego Liceum Ogólnokształcącego dla Pracujących. - Zaczęły powstawać Studia Nauczycielskie i „Pedagog” kończył swoje istnienie. A w „Wieczorówce” powstałej przy dziennym Liceum Ogólnokształcącym było już kilka klas. Zostałem tam dyrektorem – twierdzi biolog. W tym czasie zakłady pracy kładły nacisk na dokształcanie pracowników, którzy przez perturbacje wojenne mieli luki w wykształceniu. - Wymagali ukończenia iluś klas, a może nawet matury. Był taki czas, że na wieczorówce uczniów było więcej aniżeli w dziennym ogólniaku. Uczyli się u nas m.in. przewodniczący Powiatowej Rady Narodowej pan Marian Adamiec i sekretarz Urzędu Powiatowego pan Stanisław Betscher – wspomina pan Tadeusz. Najwięcej jednak było milicjantów. Stworzono z nich osobną klasę. - Trochę cwaniactwa tam było – zaczyna emerytowany nauczyciel, a pani Stanisława już się śmieje. - Zapowiadała się klasówka z rachunków. Otwierają się drzwi, wchodzi milicjant w czapce, znaczy że służbowo i zwraca się do nauczyciela: pan komendant milicji wzywa tego i tego, bo jest potrzebna praca terenowa. Zabrał go i poszedł.
W „Wieczorówce” Tadeusz Przezwicki spędził trzy lata. Jego następcą został pan Władysław Biały. - W 1968 r. przeszedłem na Inspektora Oświaty i Wychowania w powiecie. Pracował tam Eligiusz Banis, Henryk Kaaz z Zakrzewa, pani Janina Polaszek była inspektorem od spraw przedszkolnych, a kadrowcem był Leon Horst. Czyli z dwoma Horstami w życiu pracowałem – pan Tadeusz podkreśla to kilka razy. W gestii inspektorów leżało nie tylko dbanie o poziom nauczania w szkołach, ale też zabezpieczanie odpowiednich warunków funkcjonowania. Obsługiwali 67 szkół podstawowych, kilka przedszkoli i Liceum Ogólnokształcące w Złotowie. - Za mojej kadencji powstały szkoły w Rudnej, w Piecewie, Śmiardowie Złotowskim, a także Dom Nauczyciela w Stawnicy. Trzeba było zdobyć materiał budowlany, więc mobilizowało się władze gminy. „Słuchajcie, są pieniądze żeby u was powstała szkoła, pomóżcie” - z tej pracy złotowianin jest bardzo dumny.
W 1973 roku ponownie przeniósł się na „Wieczorówkę”, gdzie funkcję dyrektora pełnił przez następne trzy lata.

Studniówka Liceum Ogólnokształcącego dla Pracujących - 16 II 1974
W 1976 roku pan Tadeusz podjął pracę w Zespole Opieki Społecznej w Złotowie, gdzie pełni funkcję zastępcy dyrektora szpitala do spraw służb społecznych. - To było to, co teraz nazywa się opieką społeczną. Miałem trzech pracowników, każdy opiekował się dwiema gminami i tak jeździliśmy po wsiach do osób zgłoszonych w gminie, że potrzebują pomocy. Chodziło o kłopoty rodzinne czy pedagogiczne – przełożonym T. Przezwickiego był wówczas Julian Łach. Lekarz-legenda w Złotowie. - To był super człowiek. Bardzo zdyscyplinowany. Gdy pracował w Przychodni Zdrowia, to szedł do pracy pół godziny przed jej rozpoczęciem – wspomina.
Ostatnim miejscem pracy naszego rozmówcy był ponownie Inspektorat Oświaty, ale swoim zasięgiem obejmował tylko złotowskie przedszkola i szkoły podstawowe oraz Liceum Ogólnokształcące. Pan Tadeusz przypomina sobie, że w tym czasie przy współudziale pani Donaty Kilar – wtedy dyrektora Miejskiego Zespołu Ekonomiczno-Administracyjnego Szkół, na terenie Złotowa powstały 3 nowe przedszkola , budynek oświatowy na ulicy Szkolnej 3 (wybudowany w czynie społecznym) i wbudowano kamień węgielny pod nową szkołę (obecnie Zespół Szkół Samorządowych nr 1).
- W ZOZ mieli do mnie anse, bo odszedłem bez żadnego uprzedzenia... - pan Tadeusz zaczyna, a pani Stanisława kończy: - To był stan wojenny i decydowały czynniki wyższe...

40-lecie matury LP rocznika 1961-1962. W pierwszym rzędzie Tadeusz Przezwicki, Józef Wejner, Bronisław Jaworski
Na emeryturę Tadeusz Przezwicki przeszedł w 1986 roku. Jako emeryt pracował na pół etatu z młodzieżą w Świetlicy Dworcowej, przez rok był nauczycielem biologii w Szkole Podstawowej nr 3. Nadal ma kontakt ze swoimi uczniami. O dziwo najlepszy z maturzystami z 1965 roku, których wychowawcą był przez 5 lat. W tym roku spotkali się na Zaciszu w 50. rocznicę egzaminu dojrzałości. - Jasiu Żuchowicz jest muzykantem, on grał pięknie. Jolka przygotowała program artystyczny z różnymi niespodziankami, toasty były... - czy w takiej sytuacji warto stawiać pytanie jakim nauczycielem był pan Tadeusz?[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Znam Państwa Przezwickich bardzo sympatyczni ludzie :)
Znam Państwa Przezwickich bardzo sympatyczni ludzie :)