Reklama

Zawsze chciałem więcej - mówi T. Redzimski, gwiazda tenisa

19/01/2018 11:00
Z jednym z najbardziej znanych lipczan rozmawia Łukasz Opłatek

Pamięta Pan okoliczności, w jakich zakochał się w tenisie stołowym?

Mój ojciec mówił mi, że biegałem po sali już jako 3–4 latek, kiedy on z kolegami grał w tenisa stołowego. Ja tego nie pamiętam. Pamiętam za to obraz dwóch dużo starszych ode mnie chłopaków z podstawówki, grających w pingponga w lipkowskiej sali podczas zimowych ferii. Miałem wtedy 6 lub 7 lat. Bardzo mi się ta gra spodobała. Była szybka, dynamiczna, pełna mocnych uderzeń. I, co najważniejsze, można było w nią grać w sali szkolnej w Lipce.

Co jest w niej takiego pociągającego?

Jest to sport indywidualny, połączenie szybkości, rotacji, dokładności i siły. Tenis stołowy jest nieprzewidywalny, nigdy nie wiadomo, jak potoczy się następna akcja. Dwóch zawodników może rozegrać ze sobą 10 pojedynków jednego dnia i każda z tych gier będzie inna.

Reklama

To była końcówka lat 80–tych. Jakie wówczas panowały w Lipce warunki do uprawiania tego sportu?

Bardzo dobre. Nauczyciel wf–u, pan Józef Paleń, codziennie po południu spędzał czas w sali i można było grać do wieczora. Mieliśmy 5 lub 6 stołów i sala była pełna chętnych do gry, szczególnie zimą. Grali dorośli, jak np. nieżyjący już panowie Mieczysław Józefko czy komendant Lipkowskiej milicji Jan Stolarski, grał mój ojciec, moi wujkowie Janusz Redzimski oraz (kiedy przyjeżdżał ze Szczecina) Marek Redzimski i grała młodzież, jak np. Bogdan Karbownik, starszy z braci Kamysz, Rafał Klimek, Waldek Falkowski czy Ala Siergiejewicz. Grały też dzieci, a między nimi ja i Leszek Wrzeszcz. Czasem trudno było o miejsce przy stole, więc część chętnych siedziała na ławkach i czekała na swoją kolej. Co roku były rozgrywane Mistrzostwa Szkoły w Lipce oraz Mistrzostwa Gminy.

Szybko został Pan liczącym się graczem w regionie. Sukcesy Pana napędzały i wciągały w świat tenisa stołowego?


Czytasz artykuł premium. Pozostało jeszcze 89% tekstu[[pay]]

Jako 9–latek byłem czołowym zawodnikiem województwa pilskiego w swojej kategorii wiekowej oraz po raz pierwszy zakwalifikowałem się do „Ogólnopolskiego Turnieju o Puchar Przeglądu Sportowego”. Wtedy zobaczyłem też, jak grają najlepsi zawodnicy w kraju. Poziom starszych ode mnie zawodników zrobił na mnie ogromne wrażenie.

Reklama

Jak to jest być w czymś najlepszym? W tym czasie w regionie nie było na Pana mocnych.

Jak wygrałem turniej szkolny, to chciałem wygrać zawody gminne, potem wojewódzkie, następnie strefę (5 województw) i dalej turniej ogólnopolski. Potem trafiłem do Kadry Narodowej do lat 15. Zawsze chciałem więcej. Zostać najlepszym to wygrać Mistrzostwo Europy, świata lub zdobyć mistrzostwo olimpijskie. Tego zrealizować nie zdołałem.

Będąc w szkole podstawowej grał Pan w III lidze. Wiedział Pan wówczas, że tenis stołowy będzie miłością Pana życia?

W „Czarnych” Lipka grałem w „A” klasie razem z Tadziem Mientkim, Zdzisławem Kalitowskim, Grześkiem Białkiem i Leszkiem Wrzeszczem. Dopiero w 8 klasie mój ojciec przeniósł mnie do III ligi do „Łobzonki” Wyrzysk, wtedy czołowego klubu w województwie pilskim. Jeździliśmy na mecze starą „nyską” z bardzo niewygodnymi siedzeniami, ale było bardzo wesoło. Byłem najmłodszy z ekipy, w skład której wchodzili m.in. Andrzej Chińc i Tomek Szopieraj. Już wtedy z ojcem planowaliśmy mój wyjazd do większego ośrodka. Najpierw miała to być „Stella” Gniezno, ale jak przyjechałem do COMS–u w Drzonkowie na zawody ogólnopolskie, to zachwyciły mnie tamtejsze warunki i atmosfera. I tak trafiłem do ośrodka szkolenia młodzieży w Drzonkowie koło Zielonej Góry. To był początek wyczynowego sportu, przejście z treningu w wymiarze 10–12 godzin w tygodniu w Lipce na 26 godzin w tygodniu w Drzonkowie.

Reklama

Co uważa Pan za swój największy sukces?

W okresie juniorskim zdobyłem potrójny tytuł Mistrza Polski: w drużynie (z Danielem Saganem i Lucjanem Błaszczykiem), w deblu (z L. Błaszczykiem) oraz w singlu. W seniorach byłem Drużynowym Mistrzem Polski z zespołem z Piaseczna oraz wicemistrzem Polski w singlu.

Grał Pan w największych polskich klubach, ale ma Pan też doświadczenia zagraniczne, prawda?

Grałem w Niemczech przez dwa lata, bez sukcesów. Po awansie naszej ekipy do Bundesligi klub nie przedłużył ze mną kontraktu i wróciłem do kraju.

Dostrzegł Pan różnicę w podejściu do tenisa w Polsce i poza nią?

W latach 80. i 90. tenis stołowy w Polsce mierzył bardzo wysoko. Nasz kraj reprezentował nieżyjący już A. Grubba oraz Leszek Kucharski. Obaj byli zawodnikami światowej klasy. Nas, młodsze pokolenie graczy, szkolił bardzo ambitny trener kadry narodowej Jerzy Grycan, więc treningi były wyczerpujące i trudne, a poziom gry bardzo wysoki. Za granicą jednak zawodnicy mieli ładniejsze sale, nowsze stoły, łatwy dostęp do okładzin, bardzo wysokie wynagrodzenia za grę w lidze i w ogóle wyższy komfort życia.

Reklama

Dlaczego zakończył Pan karierę zawodniczą?

Po ukończeniu 30 lat zacząłem odczuwać dotkliwy ból w plecach. Grałem z tymi dolegliwościami jeszcze kilka sezonów, ale to była męka. W 2008 roku podjąłem decyzję o zakończeniu uprawiania wyczynowego sportu.

Dziś, jako trener, święci Pan triumfy z Bogorią Grodzisk Mazowiecki. Droga szkoleniowca była dla Pana naturalnym wyborem?

Zawsze widziałem się w pracy trenera. Czułem, że stać mnie na wyszkolenie zawodników grających na znacznie wyższym poziomie niż mój własny. Lubiłem się uczyć i miałem w sobie przekonanie, że dobrze rozumiem proces treningowy. Późniejsze doświadczenia zweryfikowały mój pogląd i wziąłem się do jeszcze intensywniejszej nauki.

Reklama

W obecnej drużynie ma Pan kilku obcokrajowców, w tym Azjatów, którzy nie mówią po polsku. Jak ich prowadzić?

Obcokrajowcy mówią po angielsku, choć w różnym stopniu zaawansowania. Do większości ustaleń dochodzimy podczas treningów, spotkań, odpraw przedmeczowych i podsumowań pomeczowych. W ten sposób udzielanie wskazówek podczas samej gry jest łatwiejsze. Zdarzało się, że miałem w zespole Chińczyków, którzy nie mówili po angielsku, ale wtedy w składzie był również Wang Zeng Yi, który biegle władał polskim. Problemu więc nie było.

Pomówmy o sprawach rodzinnych. Zastanawiam się, jaki wpływ na wybór tej drogi życiowej miał Pana tata, wielki miłośnik tenisa stołowego.

Wpływ mojego ojca był kluczowy. To pasjonat sportu w ogóle. Ćwiczył ze mną godzinami, organizował sparingpartnerów, skompletował skład „A” klasy, załatwiał paliwo na wyjazdy na zawody (było wtedy na kartki), finansował te wyjazdy (często na drugi koniec Polski), zabiegał o trudno dostępny sprzęt. Jego wielkie zaangażowanie sprawiło, że mogłem rozwijać swoje zdolności. Bez jego udziału nic by z tego nie wyszło. Jestem mu za to bardzo wdzięczny. Chciałbym przy tej okazji wspomnieć też o panu Józefie Paleniu, emerytowanym nauczycielu z Lipki. To on spędzał całe popołudnia na sali, dzięki czemu mogliśmy trenować do woli. On też towarzyszył mi podczas wielu zawodów różnej rangi. Pamiętam jego słowa: „mogło być lepiej”, którymi kwitował każdy mój występ, nawet kiedy wygrałem zawody strefowe (5 województw) i zakwalifikowałem się na turniej ogólnopolski. Innym razem, kiedy wróciliśmy w sobotę wieczorem po całodziennym turnieju wojewódzkim w Pile, a następnego dnia rano mieliśmy zaplanowany wyjazd do Piły na następne zawody podsumowując mój sobotni występ pan Józef powiedział: „Dopilnujcie tylko, żeby jutro założył skarpetki do pary”.

Reklama

Pytam o to, bo rodzinne tradycje kontynuuje Pański syn. Miłosz ma 11 lat, a za sobą debiut w Lotto Superlidze, czyli najwyższej klasie rozgrywkowej w Polsce. Wychowuje Pan przyszłego mistrza?

Miłosz ma znacznie łatwiejszy start. Trenuje w jednym z najlepszych klubów w Polsce, z bardzo zaangażowanym zarządem i świetnymi trenerami. Codziennie spotyka na sali mistrzów Polski, których ja w jego wieku mogłem oglądać tylko w telewizji. Miał przyjemność trenować z medalistami Mistrzostw Europy, Świata i Igrzysk Olimpijskich. Do Grodziska przyjeżdżają na mecze Ligi Mistrzów gwiazdy światowego tenisa stołowego. Mój syn ma warunki, o których dzieci z takich miejscowości jak Lipka mogą tylko pomarzyć. Stąd się bierze jego duża przewaga na starcie. Od niego zależy, jak te dogodne okoliczności wykorzysta w kolejnych latach.

Rozmawiamy o tenisie stołowym w Lipce, a słyszałem teorię, że po Pana wyjeździe ten sport tutaj zamarł. Zgodzi się Pan z tym?

Kiedy jeździłem na zawody wojewódzkie do Piły, to nasza lipkowska grupa liczyła czasem nawet kilkanaście osób. Potem grupa kurczyła się i został tylko Leszek Wrzeszcz. Pewnie Leszek więcej wie o tym, co się działo po moim wyjeździe...

Reklama

Myśli Pan, że mógłby pomóc lokalnym pasjonatom sportu wskrzesić popularnego ping ponga?

Jasne, że tak. Jeśli tylko ktoś miałby ochotę się tym zająć, może liczyć na moją pomoc. Niedługo Polski Związek Tenisa Stołowego będzie organizował szkolenia instruktorskie na dużą skalę, więc będzie świetna okazja dla wszystkich chętnych, żeby poznać sztukę treningu tenisa stołowego. Bardzo bym się ucieszył, gdyby tenis stołowy w Lipce został reaktywowany.

Pański przykład pokazuje, że warto postawić na sport, prawda?

Część dzieci ma w sobie tak wielką energię życiową, że nie usiedzą długo w jednym miejscu. Muszą tę energię spalić, spożytkować. Według mnie sport jest dla nich świetną ścieżką. Jest również wielką przygodą. Już we wczesnym dzieciństwie poznajemy najpierw nasz kraj, potem Europę i świat. Mamy kolegów rozsianych po całym globie. Sport to również dochodowy zawód. Jeśli w tenisie stołowym ktoś osiągnie światowy poziom, to może liczyć na zarobki liczone w milionach dolarów. Sport to również droga do osiągnięcia samodzielności, odpowiedzialności, niezależności, autonomii i w konsekwencji większego zakresu wolności. To właśnie wolność jest dla mnie najwyższą wartością.

Reklama

[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama
Najnowsze wiadomości