Mój ojciec mówił mi, że biegałem po sali już jako 3–4 latek, kiedy on z kolegami grał w tenisa stołowego. Ja tego nie pamiętam. Pamiętam za to obraz dwóch dużo starszych ode mnie chłopaków z podstawówki, grających w pingponga w lipkowskiej sali podczas zimowych ferii. Miałem wtedy 6 lub 7 lat. Bardzo mi się ta gra spodobała. Była szybka, dynamiczna, pełna mocnych uderzeń. I, co najważniejsze, można było w nią grać w sali szkolnej w Lipce.
Jest to sport indywidualny, połączenie szybkości, rotacji, dokładności i siły. Tenis stołowy jest nieprzewidywalny, nigdy nie wiadomo, jak potoczy się następna akcja. Dwóch zawodników może rozegrać ze sobą 10 pojedynków jednego dnia i każda z tych gier będzie inna.
Reklama
Bardzo dobre. Nauczyciel wf–u, pan Józef Paleń, codziennie po południu spędzał czas w sali i można było grać do wieczora. Mieliśmy 5 lub 6 stołów i sala była pełna chętnych do gry, szczególnie zimą. Grali dorośli, jak np. nieżyjący już panowie Mieczysław Józefko czy komendant Lipkowskiej milicji Jan Stolarski, grał mój ojciec, moi wujkowie Janusz Redzimski oraz (kiedy przyjeżdżał ze Szczecina) Marek Redzimski i grała młodzież, jak np. Bogdan Karbownik, starszy z braci Kamysz, Rafał Klimek, Waldek Falkowski czy Ala Siergiejewicz. Grały też dzieci, a między nimi ja i Leszek Wrzeszcz. Czasem trudno było o miejsce przy stole, więc część chętnych siedziała na ławkach i czekała na swoją kolej. Co roku były rozgrywane Mistrzostwa Szkoły w Lipce oraz Mistrzostwa Gminy.
Jako 9–latek byłem czołowym zawodnikiem województwa pilskiego w swojej kategorii wiekowej oraz po raz pierwszy zakwalifikowałem się do „Ogólnopolskiego Turnieju o Puchar Przeglądu Sportowego”. Wtedy zobaczyłem też, jak grają najlepsi zawodnicy w kraju. Poziom starszych ode mnie zawodników zrobił na mnie ogromne wrażenie.
Reklama
Jak wygrałem turniej szkolny, to chciałem wygrać zawody gminne, potem wojewódzkie, następnie strefę (5 województw) i dalej turniej ogólnopolski. Potem trafiłem do Kadry Narodowej do lat 15. Zawsze chciałem więcej. Zostać najlepszym to wygrać Mistrzostwo Europy, świata lub zdobyć mistrzostwo olimpijskie. Tego zrealizować nie zdołałem.
W „Czarnych” Lipka grałem w „A” klasie razem z Tadziem Mientkim, Zdzisławem Kalitowskim, Grześkiem Białkiem i Leszkiem Wrzeszczem. Dopiero w 8 klasie mój ojciec przeniósł mnie do III ligi do „Łobzonki” Wyrzysk, wtedy czołowego klubu w województwie pilskim. Jeździliśmy na mecze starą „nyską” z bardzo niewygodnymi siedzeniami, ale było bardzo wesoło. Byłem najmłodszy z ekipy, w skład której wchodzili m.in. Andrzej Chińc i Tomek Szopieraj. Już wtedy z ojcem planowaliśmy mój wyjazd do większego ośrodka. Najpierw miała to być „Stella” Gniezno, ale jak przyjechałem do COMS–u w Drzonkowie na zawody ogólnopolskie, to zachwyciły mnie tamtejsze warunki i atmosfera. I tak trafiłem do ośrodka szkolenia młodzieży w Drzonkowie koło Zielonej Góry. To był początek wyczynowego sportu, przejście z treningu w wymiarze 10–12 godzin w tygodniu w Lipce na 26 godzin w tygodniu w Drzonkowie.
Reklama
W okresie juniorskim zdobyłem potrójny tytuł Mistrza Polski: w drużynie (z Danielem Saganem i Lucjanem Błaszczykiem), w deblu (z L. Błaszczykiem) oraz w singlu. W seniorach byłem Drużynowym Mistrzem Polski z zespołem z Piaseczna oraz wicemistrzem Polski w singlu.
Grałem w Niemczech przez dwa lata, bez sukcesów. Po awansie naszej ekipy do Bundesligi klub nie przedłużył ze mną kontraktu i wróciłem do kraju.
W latach 80. i 90. tenis stołowy w Polsce mierzył bardzo wysoko. Nasz kraj reprezentował nieżyjący już A. Grubba oraz Leszek Kucharski. Obaj byli zawodnikami światowej klasy. Nas, młodsze pokolenie graczy, szkolił bardzo ambitny trener kadry narodowej Jerzy Grycan, więc treningi były wyczerpujące i trudne, a poziom gry bardzo wysoki. Za granicą jednak zawodnicy mieli ładniejsze sale, nowsze stoły, łatwy dostęp do okładzin, bardzo wysokie wynagrodzenia za grę w lidze i w ogóle wyższy komfort życia.
Reklama
Po ukończeniu 30 lat zacząłem odczuwać dotkliwy ból w plecach. Grałem z tymi dolegliwościami jeszcze kilka sezonów, ale to była męka. W 2008 roku podjąłem decyzję o zakończeniu uprawiania wyczynowego sportu.
Zawsze widziałem się w pracy trenera. Czułem, że stać mnie na wyszkolenie zawodników grających na znacznie wyższym poziomie niż mój własny. Lubiłem się uczyć i miałem w sobie przekonanie, że dobrze rozumiem proces treningowy. Późniejsze doświadczenia zweryfikowały mój pogląd i wziąłem się do jeszcze intensywniejszej nauki.
Reklama
Obcokrajowcy mówią po angielsku, choć w różnym stopniu zaawansowania. Do większości ustaleń dochodzimy podczas treningów, spotkań, odpraw przedmeczowych i podsumowań pomeczowych. W ten sposób udzielanie wskazówek podczas samej gry jest łatwiejsze. Zdarzało się, że miałem w zespole Chińczyków, którzy nie mówili po angielsku, ale wtedy w składzie był również Wang Zeng Yi, który biegle władał polskim. Problemu więc nie było.
Wpływ mojego ojca był kluczowy. To pasjonat sportu w ogóle. Ćwiczył ze mną godzinami, organizował sparingpartnerów, skompletował skład „A” klasy, załatwiał paliwo na wyjazdy na zawody (było wtedy na kartki), finansował te wyjazdy (często na drugi koniec Polski), zabiegał o trudno dostępny sprzęt. Jego wielkie zaangażowanie sprawiło, że mogłem rozwijać swoje zdolności. Bez jego udziału nic by z tego nie wyszło. Jestem mu za to bardzo wdzięczny. Chciałbym przy tej okazji wspomnieć też o panu Józefie Paleniu, emerytowanym nauczycielu z Lipki. To on spędzał całe popołudnia na sali, dzięki czemu mogliśmy trenować do woli. On też towarzyszył mi podczas wielu zawodów różnej rangi. Pamiętam jego słowa: „mogło być lepiej”, którymi kwitował każdy mój występ, nawet kiedy wygrałem zawody strefowe (5 województw) i zakwalifikowałem się na turniej ogólnopolski. Innym razem, kiedy wróciliśmy w sobotę wieczorem po całodziennym turnieju wojewódzkim w Pile, a następnego dnia rano mieliśmy zaplanowany wyjazd do Piły na następne zawody podsumowując mój sobotni występ pan Józef powiedział: „Dopilnujcie tylko, żeby jutro założył skarpetki do pary”.
Reklama
Miłosz ma znacznie łatwiejszy start. Trenuje w jednym z najlepszych klubów w Polsce, z bardzo zaangażowanym zarządem i świetnymi trenerami. Codziennie spotyka na sali mistrzów Polski, których ja w jego wieku mogłem oglądać tylko w telewizji. Miał przyjemność trenować z medalistami Mistrzostw Europy, Świata i Igrzysk Olimpijskich. Do Grodziska przyjeżdżają na mecze Ligi Mistrzów gwiazdy światowego tenisa stołowego. Mój syn ma warunki, o których dzieci z takich miejscowości jak Lipka mogą tylko pomarzyć. Stąd się bierze jego duża przewaga na starcie. Od niego zależy, jak te dogodne okoliczności wykorzysta w kolejnych latach.
Kiedy jeździłem na zawody wojewódzkie do Piły, to nasza lipkowska grupa liczyła czasem nawet kilkanaście osób. Potem grupa kurczyła się i został tylko Leszek Wrzeszcz. Pewnie Leszek więcej wie o tym, co się działo po moim wyjeździe...
Reklama
Jasne, że tak. Jeśli tylko ktoś miałby ochotę się tym zająć, może liczyć na moją pomoc. Niedługo Polski Związek Tenisa Stołowego będzie organizował szkolenia instruktorskie na dużą skalę, więc będzie świetna okazja dla wszystkich chętnych, żeby poznać sztukę treningu tenisa stołowego. Bardzo bym się ucieszył, gdyby tenis stołowy w Lipce został reaktywowany.
Część dzieci ma w sobie tak wielką energię życiową, że nie usiedzą długo w jednym miejscu. Muszą tę energię spalić, spożytkować. Według mnie sport jest dla nich świetną ścieżką. Jest również wielką przygodą. Już we wczesnym dzieciństwie poznajemy najpierw nasz kraj, potem Europę i świat. Mamy kolegów rozsianych po całym globie. Sport to również dochodowy zawód. Jeśli w tenisie stołowym ktoś osiągnie światowy poziom, to może liczyć na zarobki liczone w milionach dolarów. Sport to również droga do osiągnięcia samodzielności, odpowiedzialności, niezależności, autonomii i w konsekwencji większego zakresu wolności. To właśnie wolność jest dla mnie najwyższą wartością.
Reklama
[[/pay]]
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze