Reklama

Zbieram pamięć o przodkach

06/12/2015 18:30
„Tędy ciekła żydowska krew” - Walentyna Żółtowska wspomina ucieczkę z Wołynia. Opowiada, jak w nowej Polsce czuła się jak uchodźca. Tłumaczy, dlaczego po rodzinne historie pojechała na Syberię, Ukrainę i do Afryki

Walentyna Żółtowska, rocznik 1937 roku, urodzona w Korościatynie, gmina Tuczyn, Wołyń. Na ziemi urodzajnej, ale obcej, bo dziś ukraińskiej. Od lat zbiera dokumenty i wspomnienia o rodzinie Zawadzkich, Popijakowskich, Kalczuków. - Przychodzi jesień, zima, wtedy siadam i je opracowuję – mówi kobieta znana wielu złotowianom jako nauczycielka rosyjskiego. Oddajmy jej głos.

Przodkowie ze strony mamy przyjechali na Wołyń znad Biebrzy. To było pod koniec XIX wieku. Bardzo dużo ludzi tam wtedy zjeżdżało, bo tam ziemie urodzajne, dużo przestrzeni. Przodkowie ze strony taty byli kupcami. W Gdyni nawet mieli swój plac. Handlowali produktami rolnymi.

Reklama

W Korościatynie dziadkowie i rodzice mieli gospodarstwo. Pierwszy do wojska, w 1940 roku, trafił brat ojca – Mieczysław. Armia, w której służył, była niewyszkolona, brakowało jej uzbrojenia. Na początku 1941 roku trafił do niewoli i znalazł się w obozie na terenie Ukrainy. Był to duży plac otoczony zasiekami, drutami. Pod gołym niebem. Jeńcy brudni, wychudzeni jak cienie. Z drzew objedzone liście. Z tego obozu nikt nie uszedł żywy. [[pay]] Po wyzwoleniu w Korościatynie ustawiono cokół z nazwiskami żołnierzy zamęczonych w obozie. Mieczysława pominięto, choć cokół stał przed jego domem. Po interwencji jednego z mieszkańców, Mieczysława dopisano na samym dole.

Reklama

Łucjan Kalczuk, pierwszy z prawej, z kolegami podczas wycieczki do Wrocławia

Uciec przed wyrokiem

Po Wołyniu chodziły nieustające wieści o mordach dokonywanych na Polakach przez Ukraińców. Mordy doszły i do Korościatyna. Łukomskich, którzy zamieszkiwali w pobliżu lasu, powiązali drutem i wrzucili do ognia. Któregoś dnia siedziały kobiety niedaleko naszego domu. Podjechał do nich młody mężczyzna. Spytał o Rybacką, ta wstała i poszła z nim do domu. Tam ją zastrzelił. Jej mąż był w tym czasie w Tuczynie – dwa dni leżała na progu.

Reklama

Pewnego razu dziadkowie przyjechali do nas na noc, a pod oknami zaczęli krążyć banderowcy, łomotać do drzwi. „Otwieraj! Co, boisz się?”. Babcia z przewieszonym na ręce różańcem i szalem przytuliła mnie. Często nosiła te dwie rzeczy, jakby zawsze się gdzieś wybierała. Często spoglądała na piec, żeby mnie na nim schowali. Potem jeden z sąsiadów (nie znam nazwiska, bo choć tata dużo zapisywał, to bez nazwisk) ostrzegł tatę: „Łucjan, uciekaj. Został wydany na ciebie i twoją rodzinę wyrok. Może to być tej nocy”. Rano ojciec upozorował wyjazd do młyna i pojechał w kierunku Tuczyna. Mnie mama wzięła za rękę, w drugiej trzymała haczkę i tak opuściliśmy dom. Drzwi zostały otwarte. Zamieszkaliśmy w Równym u ciotki Dominiki Orłowej – wdowie po oficerze armii carskiej Siergieju. Wiem, że na zawarcie ich związku małżeńskiego wymagane było zezwolenie władz carskich. Dominika spełniła warunki zostania żoną oficera: pochodziła z rodziny zamożnych chłopów, była kupcową, miała prezencję i urodę. Jej mąż zginął w 1917 roku w Piotrogradzie, w czasie rewolucji.

Reklama

Pani Walentyna z młodszym rodzeństwem. Od lewej stoją: Lusia, Edward i Wiesława. Wiesia mieszka w Norwegii i jest śpiewaczką operową

Pewnie, że żal było zostawić dobytek i ojciec jeździł jakiś czas na gospodarstwo, ale w domu nie nocował. Spał w polu, w zbożu, co noc zmieniał miejsce. Ciotka Dominika miała mu to za złe. „Jak można zostawić swoją gospodarkę na pastwę losu i iść na poniewierkę?! Myślisz, że ułożysz sobie życie? Myślisz, że w mieście będzie lepiej? Żeby przeżyć niektóre już ostatnie łachy wymienią na chleb, a ty nawet ubrań nie wziąłeś ze sobą...” - wyrzucała Łucjanowi w lipcu 1941 roku. Po długiej wymownej ciszy dodawała: „Jednak szkoda tak wszystko zostawić, ojciec całe życie musiał na to pracować. Jak ty się boisz, to ja pojadę. Mnie starej nic nie zrobią. Może przyprowadzę choć krowę, mleko by było.” Ojciec podjął pracę w piekarni i codziennie przynosił dwie bułeczki. A potem go aresztowali. Pamiętam, że w wigilię przyszedł wysoki, młody oficer w długim płaszczu. Mama została ze mną, niemowlęciem Lusią i rodzicami w podeszłym wieku. Podejmowała się wszelkich prac. Przerabiała odzież i szukała wiadomości o tacie. Chodziła do wróżek, pod mury więzienne – nie miała o Łucjanie żadnych wiadomości.

Reklama

Krew i ewakuacja

Polaków mordowali po wsiach Ukraińcy, a Żydów Niemcy. Po ich wkroczeniu do Tuczyna, z pomocą bojówek ukraińskich, na główny plac w Tuczynie spędzono Żydów. Znajomy mamy, Herszko, błagał: Ninka, oddam ci wszystko, tam jest moja córka, ratuj... Ale mama była bezradna, nie mogła pomóc. Żydów na placu poniżano, bito, gwałcono, a na koniec rozstrzelano.

Potem, gdy przeniosłyśmy się do Międzyrzecza, pamiętam to jak dziś, bawiłam się na ulicy – skakałam. A tam była taka kratka ściekowa. Zajrzałam do niej, a chłopak, który był obok, powiedział: „tędy ciekła żydowska krew”.

Reklama

Gdy my byłyśmy w Międzyrzeczu, to Armia Czerwona zbliżała się do Równego. Tamtejsze więzienie ewakuowano w okolice Przemyśla. A że tam są inne tory i trzeba było więźniów przesadzić, to tacie udało się z placu przeładunkowego uciec. Wrócił do Równego, ale nas już tam nie było. Wcielili go do Armii Czerwonej, gdzie był sekretarzem.

A nas w 1945 ewakuowano na Zachód. Jechałyśmy w lorach – takich odkrytych wagonach. To była wczesna wiosna, padał deszcz, śnieg, a my pod gołym niebem stłoczeni. Później podstawiono wagon dla matek z dziećmi, ale pozostali siedzieli na tobołkach w tych lorach. Pamiętam, że jeszcze Berlin był niezdobyty. Ludzie jechali i krzyczeli: „Koniec wojny! Koniec wojny!”

Reklama

Jak uchodźcy

Dojechaliśmy w poznańskie. W karcie ewakuacyjnej mieliśmy wpisany Lubasz, ale tam, jak zobaczyli takich uchodźców, taką bidę, to nas nie przyjęli. Osiedlili nas więc we wsi Gębiczyn. Chałupa od chałupy bardzo daleko. Jeszcze tam niemieccy gospodarze mieszkali, piachy, coś okropnego. To drugie wygnanie było.

Byłam tam ja, mama, dziadek z chorą prostatą, babcia chora i siostra. Do tego jedna krowa. Chata była tak niska, że mama pobielała sufit z podłogi.

I tam przyjechał po nas wujek z rzeszowskiego. „Jak was tu mogli osiedlić?!” Zabrał nas do Skołoszowa – wsi po Ukraińcach. Stajnia, duża sień, kuchnia, to wszystko razem. 2 ha ziemi po dwóch stronach rzeki. Chaty z gliny, kryte słomą. Gliniane polepy odświeżane rozrabianą gliną. Nic nie lepiej. Dziadkowie mieli posłanie w kuchni na ławie. Wujostwo Bronek i Anka, mama, ja i Lusia miałyśmy pokój, ale latem spałyśmy w stodole. Strasznie było. Zwłaszcza, że chaty we wsi stały puste, bo Ukraińcy grasowali. W dzień byli w lasach, ale w nocy wracali. W chatach były nawet ich garnki z jedzeniem. Wie pan, że mama z innymi kobietami jeździła na te ukraińskie gospodarstwa kopać ziemniaki, żeby było co jeść? A tam Ukraińcy zabijali Polaków. A przecież już po wojnie było. Nawet dzieci tłukli.

Reklama

Pamiętam święta w Skołoszowie. Wujek Bronek przyniósł pięknie ułożony wysoki snopek zboża i wiązankę sianka. Tam układano opłatek. Choinek nie było. W niektórych domach były za to podłaźniczki – dekoracje z papieru pod sufitem. W domu czuć było zapach smażonych racuchów (w nocy podkradałam je babci). A na podłodze rozkładana była słoma.

Powrót taty?

Ojciec mój Łucjan Kalczuk, syn Kalistata, został ranny i przebywał w szpitalu we Lwowie. Tu jest zaświadczenie po rosyjsku o odniesionych ranach, z datą - 27. I. 1945 roku. Po zwolnieniu z wojska pojechał do Międzyczecza, gdzie pracował w biurze. Tam zdobył informację o nas.

Reklama

Pamiętam, że pasłam krowy i na ręce usiadł mi pajączek. Pomyślałam, że będzie dobra wiadomość. Następnego dnia wrócił tata. To jego karta ewakuacyjna z Międzyrzecza 15. XI. 1945 roku. Napisano, że przewoził rogaciznę jedną, świnię jedną, kóz i koni nie miał. Do tego wiózł trzy produkty żywnościowe i siedem przedmiotów użytku domowego.

Tatuś z sąsiadem Silarskim pojechali na Zachód w poszukiwaniu miejsca zamieszkania. Pojechali do Bukowca, powiat Świecie, gdzie Silarski miał rodzinę. I znaleźli gospodarstwo w Korytowie. To jest dokument, że 22 lutego 1946 Łucjan wymeldował się ze Skołyszowa. Jedziemy na Zachód.

Reklama

Objęliśmy majątek po Niemcu – Emilu Barcu. Mam na to dokumenty. To było bardzo ładne gospodarstwo. Córka Barca mieszkała w Tucholi, przyjeżdżała nawet do nas później, ale gospodarstwa nie chciała. Gospodarzyliśmy tam z jeszcze jednym Polakiem do spółki.

Długo tam jednak nie byliśmy, bo ojciec umiał pisać, to i ściągnęli go do partii, do Chojnic. Musiał wstąpić do PZPRu, bo sekretarz Tadeusz Strózik zagroził mu nieprzyjemnościami. Dostaliśmy tam małe mieszkanie, a potem, gdy Strózik poszedł do Bydgoszczy, oddał nam swoje piękne mieszkanie w centrum Chojnic.

Niewidzialny jak Polak

Wie pan, ja to chyba z siedem szkół zaliczyłam. Naukę zaczęłam w Międzyrzeczu. Pani posadziła mnie w ostatniej ławce i nigdy do mnie nie zajrzała. Jak to do Polki. Te laseczki mi nie wychodziły, pani podchodziła prawie blisko, po czym się odwracała i odchodziła. Jak była zabawa i dzieci dostawały kotyliony, prezenciki, to mnie pominięto. Uciekłam do domu. Chodziłam tam do momentu wysiedlenia. Potem uczyłam się w Gębiczynie, Korytowie i Chojnicach. W Skołoszowie zimą nie chodziłam, nie miałam butów.

Tak wyglądała przedwojenna szkoła w Korościatynie. Przed budynkiem stoją uczniowie

Muszę powiedzieć, że moja rodzina przykładała wagę do szkół. Moi dziadkowie – Maryna i Kalistat przekazali w Korościatynie większość swojego domu na szkołę (zostawili sobie dwa pokoiki). Tak wyglądała typowa tamtejsza chałupa. Z bali, kryta strzechą, z żurawiem zanurzonym w studni. A potem rodzice dali plac pod jej budowę. A tu mam dowód ubezpieczeniowy posiadłości w Korościatynie (teraz to jest Malinówka). Wydany przez Polską Dyrekcję Ubezpieczeń Wzajemnych oddział wołyński. Kowel, 24 kwietnia 1925 roku. Z tyłu pieczęć z orłem w koronie.

Język wroga trzeba znać

Ogólniak skończyłam w Chojnicach, zrobiłam kursy pedagogiczne i zaczęłam uczyć w szkole podstawowej. Uczyłam w pierwszych klasach różnych przedmiotów. Gdzieś tam w międzyczasie poznałam Ryszarda – przyszłego męża. A w 1956 roku straciłam ojca. Śmierć swoją zawdzięczał partii. Bo tata był dobrym zarządcą. Dawali mu pegeery do postawienia na nogi, a on robił to doskonale. Remontował, budował mieszkania, nauczycieli zatrudniał. Tylko że ciągle go przenosili i stresu przysparzali. Ostatnim gospodarstwem, które prowadził, były Igły koło Chojnic. Tam tata zmarł na zawał. Miał ogromy pogrzeb, ale mama poniszczyła wszystkie zdjęcia z uroczystości. Pogrzeb był świecki, bo jak mama poszła do księdza, to nie miała tyle pieniędzy, by mu zapłacić.

Jak trafiłam do Złotowa? Mąż dostał pracę w tutejszym urzędzie rejonowym, tym koło pomnika Piasta. Dostaliśmy mieszkanie naprzeciwko dworca. Z puli dla urzędników. O rok mnie Pan nie pyta, muszę sprawdzić w dokumentach.

W Złotowie dostałam pracę w szkole gwardii, tu gdzie jest pałacyk. A ponieważ byłam ze Wchodu, to wciskali mi rosyjski. W ogóle traktowano mnie jak Rosjankę, a to mi się nie podobało. Potem z podstawówki przenieśli mnie do Ekonoma. Był przydział i koniec.

O tym, jaką byłam nauczycielką, niech pan pyta moich uczniów. Niech pan porozmawia z Halinką Jaskółową, ciekawe, co ona powie. Powiem panu, że jak już uczyłam tego rosyjskiego, to się przykładałam, bo wychodziłam z założenia, że język swojego wroga trzeba znać.

I kiedyś, pamiętam, na Zamkowej zaszedł mi drogę przystojny pan. Ukłonił się. Ja pana znam? „Pani uczyła mnie rosyjskiego”. I co, pomógł panu ten język w życiu? „Tak, bo wyjechałem do Niemiec. Jestem przedstawicielem handlowym na Europę wschodnią”.

Podróże z historią

Walentyna Żółtowska od lat gromadzi wszelkie ślady historii rodziny. W latach 60-tych z córką pojechała na Wołyń. Żyją tam jej kuzynowie ze strony Orłowów.

- Proszę, tak wygląda Ukraina. To namalował Korecki – złotowianka pokazuje obraz wiszący na ścianie. Na nim jeźdźcy objeżdżający wołyńskie wsie.

Z kolei z mężem była na Syberii. - To ciekawa historia. Na cmentarzu w Złotowie poznałam Rachelę Malenger – Żydówkę, chirurga, autorkę książek. Pracowałam wtedy w Ekonomie, który opiekował się cmentarzem. Ta Rachela zaprosiła mnie do Permu. Z Moskwy jechałam trasą transsyberyjską. Kto nie wie, ten nie zdaje sobie sprawy, że to jedna z pierwszych linii kolejowych prowadzących do Bajkału. Przeżywałam to bardzo, bo tą trasą wywozili moją rodzinę na Syberię – 78-latka wspomina losy Jadwigi Popijakowskiej i jej synów. Do niej odbyła trzecią historyczno-sentymentalną podróż.

Do Afryki pojechała sama. W Zimbabwe odwiedziła Jadwigę, która na czarny ląd trafiła po zesłaniu na Syberię. Jej mąż – Jan zginął pod Skórką w walkach o Złotowszczyznę. Spoczywa na cmentarzu wojennym w Złotowie. Kilka lat temu jego grób odnalazł Tadeusz - syn, który nigdy nie poznał ojca.

Czy to dziwne, że W. Żółtowska zbiera i opisuje historię rodziny? Ona sama nie ma wątpliwości. - Trzeba to pozbierać. Może robię to dlatego, że nas traktowali jak takich uchodźców. Mój ojciec zbierał wszelkie dokumenty, a ja po nim. Zbieram to dla rodziny, żeby zachować pamięć o przodkach – mówi emerytowana nauczycielka.[[/pay]]

Aplikacja na Androida

Obserwuj nas na Obserwuje nas na Google NewsGoogle News

Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.



Reklama

Wideo zlotowskie.pl




Reklama