- Często jestem zadumany, myślę o przeszłości, rozliczam się z nią, z tego, jaki byłem... Tak mówi człowiek o opinii urodzonego dyplomaty, tego, który potrafi łagodzić obyczaje. Jednak dyplomatyczna misja, której podjął się w 2008 roku, spaliła na panewce. Z Wiktorem Penkałą rozmawia Piotr Steffen
Nauczyciel, dyrektor szkoły, przewodniczący krajeńskiej rady w latach 1998-2002, działacz, społecznik – trochę zebrało się tych składowych życia publicznego gminy Krajenka. Dzisiaj jest Pan całkowicie wyłączony z tego wszystkiego?
Nie, bo jeżeli człowiek jest związany z tą ziemią i przeżył tutaj wiele pięknych chwil, to nie można się z tego ot tak wyłączyć. Tym bardziej, że co rusz zdarzają się powody do tego, żeby gdzieś być, aktywnie w czymś uczestniczyć, jak choćby ostatnia zbiórka pieniędzy dla małego mieszkańca naszego sołectwa. Przy okazji muszę powiedzieć, że jestem bardzo dumny. Ta impreza była wzorcową, podobne powinny się odbywać w każdej wsi. Tacy właśnie mamy być na co dzień – nie zamykać się w sobie, ale myśleć też o innych, o ich potrzebach. Nie umniejszając zasług poprzednich sołtysów i rad sołeckich, pani Ewa Chromiec i obecna rada sołecka są naprawdę ideałem, o którym marzyliśmy. Zdaję sobie sprawę, że nie należy chwalić dnia przed zachodem słońca, ale nie sposób nie pochwalić, kiedy jest taka mobilizacja, a współpraca układa się pomyślnie nie tylko w samej radzie sołeckiej, ale także z całym środowiskiem, co pokazała choćby frekwencja na wspomnianym festynie. [[reklama]] Tereny gminy Krajenka dają dzisiaj Panu więcej radości niż rodzinne łobżenickie strony?
Tamte strony dawały radość, gdy dorastałem. Tam się wychowałem, kształciłem, grałem w piłkę - byłem bramkarzem. Muszę się pochwalić, że w jednym z tamtejszych lokalnych tytułów prasowych przeczytałem niedawno, że gdyby sporządzić ranking bramkarzy wszechczasów w łobżenickiej piłce, można byłoby mnie uznać za bramkarza numer jeden. Do dzisiaj jestem związany z wieloma ludźmi stamtąd. Absolwenci z 1959 roku, kiedy i ja kończyłem łobżenickie liceum ogólnokształcące, spotykają się od dwudziestu lat każdego roku.
Dzisiaj obserwuje Pan wszystko z innej perspektywy. Brakuje Panu tej oficjalnej przynależności do życia publicznego?
Nie brakuje, ponieważ utrzymuję wiele kontaktów, wiele bardzo dobrych relacji, które umożliwiają mi regularną obecność przynajmniej w życiu naszego sołectwa. Często jestem zapraszany na różne uroczystości, choćby te dla emerytów, byłych pracowników szkoły. Kontakt ze szkołą jest tak dobry, że pan dyrektor pozwolił mi zorganizować Koło Miłośników Turystyki Rowerowej Szprycha, które działa przy szkole już od kilku lat. Wspólnie z młodzieżą podczas rowerowych podróży poznajemy piękno okolicznych ziem, zarówno złotowskiej jak i pilskiej. Zajęcie więc mam.
Ma Pan opinię urodzonego dyplomaty. Człowieka, który wręcz łagodził obyczaje. To kwestia charakteru czy to raczej wypracowana metoda na postępowanie z ludźmi?
Tak zostałem wychowany, tego nauczyło mnie życie, bo stosunki międzyludzkie stoją u mnie na pierwszym miejscu. Hołduję zasadzie, że każdy człowiek ma w sobie więcej dobrego niż złego, a sztuką jest jedynie wydobyć z niego i wykorzystać to dobro. Wydaje mi się, że zawsze potrafiłem to czynić, zawsze mi się to udawało, nawet wtedy, gdy miałem do czynienia z ludźmi, którzy byli mi nieprzychylni.
Zawsze Pan taki był, czy bywało, że w zaciszu gabinetów potrafił Pan wstrząsnąć rozmówcą?
Jako przewodniczący rady zawsze dbałem, żeby sesje miały przyjazny charakter. Na początku każdej starałem się, żeby atmosfera nie była podgrzewana i niepotrzebnie napięta. Komisje były od twardych dyskusji, oczywiście na argumenty, tam był czas nawet na kłótnie, bo tam miały zapadać decyzje. Jak pamiętam, nigdy nie było jednak tak, że posiedzenie kończyło się konfliktem czy nieporozumieniem. Nie przypominam też sobie, żebym kiedykolwiek musiał kimś wstrząsnąć. Zasada jest, wbrew pozorom, dość prosta: ludziom po prostu trzeba dać funkcję, pracę, po prostu czymś ich zająć. W życiu prywatnym czy publicznym zawsze dążyłem do tego, żeby panowały, nie tylko w naszej gminie, ale także między gminą i powiatem, zgoda i harmonia. Cieszę się, że dzisiaj wreszcie zmierza to w dobrym kierunku. [[nowa_strona]] Nie podobały się Panu samorządowe relacje za kadencji burmistrza Szczerbiaka?
Chcąc mówić o byłym burmistrzu najpierw muszę coś opowiedzieć. W 1982 roku, kiedy naszej szkole nadano imię księdza Maksymiliana Grochowskiego, Janusz Szczerbiak był zastępcą naczelnika. W szkole na piętrze odbyła się nieoficjalna uroczystość. Była na niej m.in. rodzina księdza Grochowskiego, były również władze samorządowe, czyli m.in. pierwszy sekretarz, naczelnik i zastępca naczelnika Janusz Szczerbiak. Pod koniec uroczystości głos zabrał pewien kapłan, który z Sopotu przywiózł rodzinę księdza Grochowskiego. W samych superlatywach wypowiedział się o uroczystości, a na koniec powiedział zdanie, które dla mnie osobiście było bardzo ważne i dogłębnie mnie wzruszyło. Cytuję, bo będę pamiętał to zdanie przez całe życie: „Jesteśmy bardzo zbudowani tym, że dyrektorem tej szkoły jest głęboko wierzący katolik”. Po kilku kolejnych słowach ksiądz podziękował za gościnę, a ja, jako gospodarz, odprowadziłem gości do samochodu. Kiedy wróciłem nie było pierwszego sekretarza, nie było naczelnika, nie było przewodniczącego Frontu Jedności Narodu, wszyscy się zmyli. Został tylko Janusz Szczerbiak. Dla mnie to był dowód odwagi, potrafił zachować się inaczej niż przełożeni, w zgodzie ze swoimi poglądami. [[reklama]]
Niemniej, tak jak powiedziałem, stosunki międzyludzkie traktuję nade wszystko, a były burmistrz z niektórymi nie potrafił podtrzymywać ich we właściwy sposób. Jestem przekonany, że Janusz Szczerbiak może zawdzięczać swoją wyborczą porażkę sprzed dwóch lat przede wszystkim temu, że nie potrafił być w tym względzie dyplomatą. Mógł może nawet mieć dobre chęci, ale jego metoda nie sprawdziła się, bo niektóre jego argumenty w sporze na linii gmina-powiat były po prostu problematyczne.
Panu zależało na poprawie tych relacji?
Bardzo. Muszę nawet się przyznać, że w 2008 roku podjąłem dyplomatyczną próbę pojednania burmistrza ze starostą Jaskólskim. To było przed uroczystością 650-lecia Głubczyna. Chciałem, ażeby na tej uroczystości doszło do symbolicznego zbliżenia, z prostych ludzkich względów i w myśl zasady, że zgoda buduje, a niezgoda rujnuje. Nie będę wnikał w niuanse, bo nie o to przecież chodzi, powiem tylko, że moja dyplomatyczna misja spaliła na panewce. A zrobiłem wiele, w zasadzie wszystko co mogłem. Była to jedna z nielicznych w moim życiu porażek.
W tym momencie wiedział Pan już, że potrzeba tej gminie świeżej krwi? Gdy nadeszły wybory chciał Pan zmiany w fotelu burmistrza?
Nie. Jestem człowiekiem wiary i do końca wierzyłem, że te relacje da się poprawić. Uważałem, że można było zażegnać ten konflikt. Powiem więcej – gdyby były burmistrz wygrał wybory, byłbym uparty i znalazłbym sposób na poprawienie tych relacji z powiatem.
Rozumiem, że nie głosował Pan na Stefana Kitelę?
Rzeczywiście nie głosowałem, poparłem poprzedniego burmistrza. Dlatego, że chciałem dać mu szansę. Uważam, że miał 99% cech pozytywnych, ale ten 1%, te negatywne relacje, jak widać dla większości przeważyły, co by świadczyło, że społeczeństwo było już zmęczone tamtą sytuacją. Jestem przekonany, że gdyby w 2008 roku powiodła się moja misja pojednania burmistrza ze starostą, Janusz Szczerbiak wygrałby ostatnie wybory. W mojej ocenie te wybory pokazały, że możesz być wręcz wybitnym specjalistą, alfą i omegą, ale jeśli nie masz właściwie poukładanych relacji międzyludzkich, poniesiesz porażkę. Dobre relacje z ludźmi są kluczem do wszystkiego. [[nowa_strona]] Marian Lashmann, Janusz Szczerbiak i Stefan Kitela – którego z nich ceni Pan najbardziej jako samorządowca i człowieka?
Nie wybiorę jednego. W ogóle uważam, że nasza gmina ma szczęście do burmistrzów. Naczelnik Baćkowski rozwinął gminę, Janusz Szczerbiak to fachowiec potrafiący pozyskiwać pozabudżetowe środki, z kolei Marian Lashmann był właśnie burmistrzem, który miał właściwie poukładane międzyludzkie relacje. O panu Stefanie Kiteli nie mogę za wiele powiedzieć, dopiero od dwóch lat piastuje swój urząd, ale trzeba przyznać, że umiejętnie realizuje zadania poprzednika, a teraz zaczyna również swoje autorskie projekty. Jego atutem jest też to, że w prasie nie pojawia się żadna negatywna informacja o byłym burmistrzu, co świadczy o jego dobrym charakterze. Powiem tak – gdybyśmy wybrali najlepsze cechy każdego z nich, mielibyśmy idealnego, wzorcowego burmistrza.
Podsumowując Pana życie publiczno-społeczne – jest w ogóle ktoś, z kim do dzisiaj pozostała zadra, z kim nie udało się Panu pojednać?
Nie ma takiego człowieka. Nawet gdyby ktoś taki był, do końca życia męczyłbym go o pojednanie.
Ostatni okres Pana życia to zmaganie się z chorobą.
Pięć lat temu przeszedłem operację usunięcia guza podłopatkowego. Okazało się, że nie był złośliwy. Niestety po roku musiałem poddać się kolejnej operacji, ponieważ guz znalazł się w innym miejscu, też został usunięty. Trzecia operacja wymagała oczyszczenia otoczenia miejsca pojawienia się guza i usunięcia części mięśnia podłopatkowego. Zostałem skierowany na leczenie onkologiczne, przez pięć tygodni codziennie poddawano mnie promieniom leczniczym. Obecnie jestem pod stałą opieką wybitnego onkologa, doktora Karola Nowickiego, mam nadzieję, że leczenie przebiega w dobrym kierunku. Choć nie ma co ukrywać, że w sensie fizycznym życie odczuwam dzisiaj inaczej niż pięć lat temu. Ale nie poddaję się, a codzienny optymizm i pogoda ducha przezwyciężają chorobę. Dlatego się trzymam, poza tym otoczenie jest mi bardzo przychylne, nie tylko najbliższa rodzina, na którą zawsze mogę liczyć, ale całe sołectwo. Wszyscy dodają mi siły, zwłaszcza ukochana małżonka, z którą jesteśmy już 51 lat. [[reklama]] Jest Pan dojrzałym człowiekiem, życiowo ukształtowanym. Fakt takiej choroby może jeszcze takiego człowieka zmienić czy nie wpływa raczej na jego osobowość?
Po takim doświadczeniu człowiek nabywa pewnej retrospekcji. Często jestem zadumany, myślę o przeszłości, rozliczam się z nią, z tego, jakim byłem człowiekiem. Przede wszystkim, jaki byłem dla innych.
Jak wypada to rozliczenie?
Chyba pozytywnie i dlatego jeszcze żyję. Muszę powiedzieć, że życie, które przeszedłem było pogodne, może z wyjątkiem trudnego dzieciństwa, o którym nie chciałbym jednak mówić. Życie uświadomiło mi, że trzeba mieć wiarę w siebie i drugiego człowieka. A że żyję i mieszkam w środowisku, które jest przychylne, to też mnie buduje. Zresztą Głubczyna nie da się nie lubić, tutaj mieszkają różni i bardzo ciekawi ludzie. Cieszy mnie fakt, że widzę coraz więcej matek z wózkami, że wielu się tutaj buduje. [[nowa_strona]] Co jest dla Pana większą podporą: wiara w mieszkańców Głubczyna, którzy dają Panu radość i satysfakcję, czy jednak wiara w Boga?
Wiara w ludzi, którzy na co dzień nas otaczają, jest ważna. Miałem to szczęście, że na swojej życiowej drodze napotykałem tych właściwych. Wystarczy wspomnieć choćby nauczycieli, z którymi współpracowałem. Ze szczególnym sentymentem myślę dzisiaj o Stanisławie Pikuliku, Janie Widawskim, Grzegorzu Bogaczu, Elżbiecie Thomas, Helenie Horst, Ewie Bogacz, Teresie i Andrzeju Pyszniakach, Bronisławie Garduła, Alicji Łagodzie-Tomczak, Wojciechu i Piotrze Kokowskich, Marii i Stefanie Radzkich czy Andrzeju Pietrzaku i jego małżonce. Wspierają mnie również Parafianie z czcigodnym Proboszczem Mirosławem Krupińskim. Czuję też opiekę nad sobą śp. księdza Grochowskiego. Kiedy zbliżał się 1939 rok ksiądz Grochowski czuł, że to będą jego ostatnie chwile. Podczas imienin, które zorganizowało dla niego społeczeństwo Głubczyna powiedział: „Gdy mnie już nie będzie, duch mój nad wami będzie czuwał i wam doradzał”. Wziąłem to sobie do serca i wierzę, że ten duch naprawdę nade mną czuwa.
Ale jednak wiara w Boga jest najważniejsza. Starałem się, aby całe moje życie było świadectwem wiary i czuję, że zdałem egzamin tego świadectwa.
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze