Zwierzę zdychało przez całą noc, bo nie miał kto ulżyć mu w cierpieniu
Stasiek usłyszał o zdychającym psie wracając ze spaceru z naszym czworonogiem. Rozmawiały o tym na podwórzu jakieś kobiety. Podszedł, sprawdził i… przeraził się. Pies leżał, ledwie dysząc, paskudną ranę na podbrzuszu obsiadły mu roje much. Klatka, a raczej to co z niej zostało, wyglądała na mocno zaniedbaną. Wiedzieliśmy, że z likwidowanych jakiś czas temu ogródków działkowych coś tam jeszcze zostało, nie przypuszczaliśmy jednak, że ujadający niegdyś w niej, groźny pies nadal się tam znajduje.
Z ustaleniem właściciela psa nie miałam większych problemów. Sąsiedzi wiedzieli, do kogo zwierzę należy. – Proszę go uśpić, bo na pomoc weterynarza jest już chyba zbyt późno – poprosiłam. – To pies męża, zostałam z tym sama, nie mam na to pieniędzy – usłyszałam od żony pana groźnego kiedyś rotwailera. Ustaliłyśmy, że ja pokryję koszt zabiegu, pani miała tylko wyrazić zgodę.
I w swej naiwności myślałam, że to koniec cierpień psa. Wykonałam pierwszy telefon – po przedstawieniu mu sprawy weterynarz poinformował mnie, że jedzie teraz do swych stałych klientów, ma pilne sprawy i możemy o czymkolwiek porozmawiać później. Kiedy więc mogę zadzwonić ponownie? – Teraz nie będziemy o tym rozmawiać, później. Później już nie odebrał ode mnie telefonu.
Drugi telefon – drugi lekarz weterynarii. I taki sam wstęp: że jest pies do uśpienia, że właścicielka biedna, ale że ja zapłacę. Tylko proszę przyjechać i wykonać zastrzyk. – Proszę zadzwonić do kolegi (tu padło nazwisko), może on, ja jestem poza miastem, u klienta.
Trzeci telefon – i największe zaskoczenie. – Podam Pani numer telefonu do pana z Urzędu Miejskiego, tam trzeba dzwonić. – Ale po co, skoro chcę prywatnie uśpić psa? Jak to zgłoszę, właścicielka czworonoga mogłaby mieć problemy, a tego nie chciałam. Chciałam tylko ulżyć zwierzęciu. – Ale co ja zrobię z padliną? – zdradził powód niechęci do wykonania zastrzyku kolejny lekarz zwierząt. - Musiałbym przechować to w jakiejś chłodni, potem oddać zakładowi utylizacji zwierząt. Kto mi za to zapłaci? Miasto podpisało umowę z weterynarzem spoza Złotowa, to niech się tym zajmą.
Nie znalazłam już numerów telefonów innych weterynarzy. Zdezorientowana i wkurzona, zadzwoniłam do urzędnika, wskazanego mi przez weterynarza. – Miasto zajmuje się tylko bezpańskimi psami, a ten ma właściciela – usłyszałam.
I gdy przyznałam mu rację zadzwonił mój mąż. Opowiedziałam mu o problemie i usłyszałam, że on zgłaszał sprawę tego psa, opuszczonego i zaniedbanego, już blisko pół roku temu! Zgłaszał w Urzędzie Miejskim właśnie, bowiem teren, na którym stoi pozostałość po klatce i szopce, należy do miasta. Ponieważ od dawna psa nie było słychać, nie ujadał, nie szczekał, mąż myślał, że urzędnicy miejscy sprawą się zajęli. [[reklama]] To wszystko działo się w poniedziałek wieczorem. O 22.30 przestałam wydzwaniać po weterynarzach. Z przykrością oświadczyłam synowi, że nie dam rady pomóc psu. O transporcie dogorywającego, zaropiałego, ale jednak kiedyś groźnego psa nie mogło być mowy. Bo i do kogo, skoro wszyscy byli zajęci... Z młodszym pomodliliśmy się tylko wieczorem, by pies szybko zdechł, by dłużej nie cierpiał.
Tylko nijak nie potrafię wytłumaczyć temu starszemu, ale i samej sobie, dlaczego, skoro chciałam za usługę normalnie zapłacić, nikt nie chciał się jej podjąć?! Dlaczego żaden z lekarzy weterynarii nie znalazł czasu (i chęci chyba bardziej niż czasu), by wykonać ten jeden zastrzyk. Czy prosiłam o zbyt wie?
PS.
Rano nie trzeba już było „pomagać” psu. Zdechł. Pojechałam do Urzędu Miejskiego, by zabrali padlinę. Pan Grzegorz Bąbiński nie zbył mnie, po raz kolejny powtarzając, że to nie sprawa miasta. Pomógł. Podobnie jak pan Mitkowski z MZUK. Za to, że zachowali się jak ludzie, bardzo im dziękuję.
Angelika Leszczyńska
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze