Tysiącom zmarłych towarzyszyła w drodze na miejsce wiecznego spoczynku. Śmierci się nie boi, na pogrzebach nie płacze, z wyjątkiem chwil, gdy stoi nad trumnami dzieci. Kostnica to jej drugi dom
Od lat zajmuje się Pani prowadzeniem modlitw podczas różańców i pogrzebów. Jak fachowo nazywa się praca, którą Pani wykonuje?
To modlitewna usługa pogrzebowa. Pomoc przejścia z godnością i szacunkiem w świat zmartwychwstania tym, którzy żegnają się z nami w tym życiu.
Wierzy Pani, że pomaga zmarłym przejść do życia wiecznego?
Oczywiście. Wydaje mi się, że czasami dostajemy nawet świadectwa tego, że takie życie istnieje. Trzeba tylko umieć odczytywać te znaki. Nawet kilka dni temu dogłębnie osobiście przeżyłam jedno z takich świadectw. Od lat opiekuję się sześcioma grobami bliskich i znajomych. Jestem tym już trochę zmęczona. Przechodząc niedawno obok jednego z nich w myślach odezwałam się do zmarłej, powiedziałam, że mam już dość, jestem zmęczona i nie będę dłużej pielęgnować jej grobu. Coś mnie jednak tknęło, żeby zrobić to raz jeszcze. Gdy wbiłam haczkę, moim oczom ukazał się piękny pierścionek. Czy to nie jest niezwykłe? [[reklama]] Jak zaczęła się w ogóle Pani praca?
W zasadzie całe moje życie jest świadectwem pewnej życiowej niezwykłości. Przez 20 lat ciężko chorowałam i doświadczałam życiowych tragedii. Niemal na oczach moich i mojej mamy tragicznie zginął w wypadku mój trzyletni braciszek, który wpadł pod ciężarówkę. Mama również zmarła wcześnie, miała zaledwie 49 lat, a męża pochowałam, gdy miał 34 lata. Później tragicznie zginął mój chrześniak, ciągle było wokół mnie jakieś cierpienie. Sama przez lata byłam schorowana, a te dramaty jeszcze bardziej pogarszały mój stan. W szóstej klasie ważyłam jakieś 20 kilogramów, wyglądałam jak cień. Gdy straciłam męża, myślałam, że sama lada chwila umrę. Objawienie przyszło właśnie wtedy, gdy 20 lat temu w wypadku zginął wspomniany chrześniak. Odbywał się różaniec, na który nie mogła przybyć pani, która wtedy prowadziła te modlitwy. Wtedy pierwszy raz przeszła mi przez głowę taka myśl: codziennie odmawiam różaniec, jestem w tym kościele właściwie całe życie, dziadek był kościelnym 35 lat... Poczułam, jakby to było pewne zobowiązanie. Całą noc nie spałam, tak o tym myślałam. Tej nocy postanowiłam, że będę odprawiać różańce. Przyrzekłam sobie, że będę z tymi, którzy odchodzą i tymi, których zmarli zostawiają, od początku do końca. Gdy miałam 55 lat zrobiłam nawet prawo jazdy, specjalnie, żeby móc dojeżdżać na pogrzeby poza Złotów. W tej chwili w części miejscowości modlitewną usługę pogrzebową przekazałam innym paniom.
Było to Pani pisane?
Możliwe. Przecież ja nawet urodziłam się przy cmentarzu, tzn. gdy byłam mała, mieszkaliśmy w pobliżu kościoła parafii św. Rocha. [[nowa_strona]] Kiedy jest Pani w kaplicy sama, mówi Pani do zmarłych?
Nie. Robię swoje, poprawiam co trzeba, zapalam świece. Na koniec jedynie ich żegnam i mówię: do zobaczenia. To musi być postawa wielkiego szacunku dla osób, które są już przecież po drugiej stronie. Dlatego nie rozmawiam z nimi, a jedynie z rodziną. Zresztą najważniejsza jest dla mnie właśnie ta chwila, kiedy rodzina wchodzi do kaplicy pierwszy raz. W tym momencie to jest najgorsze miejsce na świecie, kiedy na dobre uświadamiają sobie, że to rzeczywiście się stało, że bliska im osoba odeszła. Czasami zatrzymują się w drzwiach, niekiedy od razu rzucają się na tabliczkę z imieniem i nazwiskiem. Wtedy też widzę mniej więcej, jaka jest to rodzina, a to bardzo istotne.
W jakim sensie?
Musze być trochę psychologiem, wiedzieć, jak zachowywać się wobec poszczególnych osób. Poza tym, są różne okoliczności śmierci zmarłych. Dlatego mam przygotowanych sześć różnych wersji różańca, każda z nich dotyczy innego pogrzebu. Są osoby, gdzie ktoś zginął w wypadku, to się stało nagle, są sytuacje, że odeszła mama, więc różaniec to modlitwa do ukochanej mamy. Albo odchodzi mąż, żona jest w rozpaczy, to też jest inna modlitwa. Zdarza się, że ktoś był raczej bezbożny, na modlitwę czy pogrzeb przyszły zaledwie dwie-trzy osoby, a to się zdarza bardzo często. Do takich osób podchodzę z niezwykłym szacunkiem. Wtedy mam przygotowaną ogólną modlitwę, bo nie wiem, czy zmarły rzeczywiście chodził do kościoła, czy nie. To wszystko jest bardzo ważne. Jednym drobnym błędem można kogoś niechcący urazić. [[reklama]] Zdarzało się, że błędnie oceniała Pani sytuację?
Tak, zdarzały się wpadki. Modliłam się bardzo za żonę po śmierci męża, a później okazało się, że kobieta skądś przyjechała, wcale z nim nie żyła, a ja się nad nią rozczulałam podczas modlitwy. Dlatego podkreślam, że tak ważne jest dla mnie to pierwsze wejście rodziny do kaplicy i pierwsze spotkanie. Bo przecież nie prowadzę wcześniej żadnego wywiadu, nie wypada się pytać. No i trzeba też wiedzieć, jak zakończyć pogrzeb. Dla tych ludzi to jest niezwykle ważne. Te słowa często są przez nich pamiętane przez długie lata, czasami nawet przez całe życie. Tu nie ma schematów, staram się, aby zawsze było to coś innego. Nigdy nie robię tego rutynowo, z każdą rodziną wiążą się osobne przeżycia. [[nowa_strona]] Te rodziny czują to, doceniają?
Tak. Sporadycznie zdarza się, że ktoś jest niezadowolony z jakiegoś powodu, nieprzyjemnie się zachowuje, jest nerwowy czy obojętny. Z kolei inni nawet po latach potrafią podejść na cmentarzu czy na chodniku i podziękować. To jest bardzo motywujące. Ja pochowałam już tyle osób, także w swojej rodzinie, że doskonale wiem, co czują ci ludzie. Dlatego zawsze proszę, żeby nie rozpaczali, bo tak naprawdę zmarli są z nami i prawdopodobnie cierpią w czyśćcu nawet bardziej niż my. Do większości osób to dociera.
Nie mówi Pani do zmarłych – a śnią się Pani czasami?
W ogóle. Przenigdy. [[reklama]] Ilu osobom towarzyszyła Pani w przejściu na tamten świat?
Nie sposób pamiętać. Tak się składa, że w tym roku mija 20 lat jak to robię, więc na pewno są to tysiące ludzi. Patrząc po tym, jak powiększa się cmentarz, mogę powiedzieć, że trzy sektory są „moje”.
Był jakiś szczególny pogrzeb, który utkwił Pani w pamięci?
Zdecydowanie ten śp. Norberta Aleksiewicza. Przede wszystkim ze względu na tłumy ludzi, którzy przyjechali. Z tego względu zupełnie inaczej wyglądała oprawa uroczystości. Był cały kościół ludzi i cmentarz przy parafii Rocha. O wszystko musiałam zadbać, przemyśleć, jak rozplanować, jak ma przejść kondukt itd. Oczy dookoła głowy. Pamiętam też pogrzeb pewnego kierowcy. Zwykły, ale też niezwykle dobry, uczciwy człowiek. Tam również były tłumy. Po latach doświadczeń wydaje mi się, że ludzie zebrani na pogrzebie są jednak pewnym świadectwem tego, jakim było się człowiekiem. [[reklama]] Większość ma wyobrażenie, że o wszystko troszczy się zakład pogrzebowy, a z tego co Pani mówi wynika, że to Pani jest na miejscu za wiele rzeczy odpowiedzialna.
Czuję, że jestem tam potrzebna.
Pani w tej branży to już w zasadzie człowiek-instytucja?
Chyba tak. Ludzie często pytają, czy będę z nimi do końca. To pokazuje, że zależy im, abym była blisko nich i dopilnowała, żeby pogrzeb odbył się z godnością i szacunkiem dla zmarłego. [[nowa_strona]] Tak częste obcowanie ze śmiercią nie przygnębia Pani?
Ja zawsze miałam potrzebę bycia przy tych ludziach. Nie czułam przygnębienia, choć jestem świadoma, że mam wokół siebie dużo śmierci. Paradoksalnie to sprawiło, że zaczęłam żyć po wspomnianych na początku latach traumatycznych doświadczeń. Jak już powiedziałam, przez 20 lat ciężko chorowałam, ale od czasu, gdy zajęłam się modlitwą pogrzebową, nie mam problemów ze zdrowiem. Jasne, że jest wokół mnie wiele smutku, ale dlatego też działam społecznie, udzielam się w kole emerytów, w stowarzyszeniu, lubię popracować na działce. To dla mnie odskocznia. Bo jednak ta druga strona życia też swoje kosztuje. Dwie godziny przed różańcem czy pogrzebem już się nastawiam duchowo, że spotkam smutną rodzinę. Po modlitwie czy uroczystości pogrzebowej też jest mi smutno, ale wiem, że muszę to szybko odreagować. Inna sprawa, że nie zawsze jest to łatwe. Szczególnie ciężko jest wtedy, gdy są pogrzeby dzieci. Na szczęście nie ma ich wiele. Widok rozpłakanych mam, leżących spokojnie dzieci z zabawkami, pamiątkami - to jest rzeczywiście przerażające. Przyznaję, jak wchodzę do kaplicy i widzę białą trumnę, sama jestem chora. Wtedy zdarza się, że płaczę z rodzinami. Na innych pogrzebach tego nie robię, ale gdy umierają dzieci, nie wytrzymuję. [[reklama]] Korzystała Pani kiedykolwiek z pomocy psychologa?
W życiu.
Zdarza się przecież, że w kaplicy leżą koledzy, znajomi, przyjaciele, rodzina.
Wiadomo, że wtedy jest szczególnie trudno. Ale co mam począć? Trzeba się ogarnąć i wesprzeć najbliższych. Mówię wtedy do nich, że tobie ktoś umarł, ale mi również, wiem jak to jest i proszę, zachowaj spokój. Bądź godny, ludzie patrzą.
Na co patrzą?
Czy rodzina płacze, czy nie. M.in. dlatego zawsze apeluję o spokój, stateczność, namawiam do dzielności, przypominam, że jestem przy tych ludziach, że mogą na mnie liczyć. Dlatego też osobiście nigdy się nie rozklejam.
Łzy są naturalne, szczególnie w takich chwilach – dlaczego miałoby ich nie być?
Oczywiście, że mogą, wręcz powinny być. Staram się jedynie powstrzymywać przed zbyt silnym ich uzewnętrznianiem. Choćby dlatego, że część osób przychodzi na pogrzeby, żeby na to popatrzeć. [[nowa_strona]] Żartuje Pani – są tacy, którzy przychodzą na pogrzeb, żeby popatrzeć na dramat i zachowanie pogrążonych w żałobie?
Nie ma ich oczywiście wielu, ale tacy też przychodzą. W ogóle przykre jest to, że ludzie często w takich sytuacjach zwracają uwagę na błahostki, szczegóły, które nie powinny mieć żadnego znaczenia, bo w tym momencie modlitwa jest najważniejsza. A jednak.
Zdarza się, że odmawia Pani usługi?
Nigdy.
Trzeba być religijnym, wierzącym, żeby świadczyć modlitewną usługę pogrzebową?
Nie powinna tego robić osoba niewierząca.
Należy być czystym moralnie, etycznie?
Powinno się być. Z tym różnie bywa, wiadomo, człowiek jest tylko człowiekiem. [[reklama]]
Pani ma w sobie wewnętrzną czystość?
Tak. Chociaż niektórym przeszkadza to, że świadcząc takie usługi jednocześnie pojawiam się na scenie, jestem w kole emerytów, działam w stowarzyszeniu i wszędzie tam świetnie się bawię, jestem wesoła, radosna. A robię to przede wszystkim dla odskoczni, można nawet powiedzieć, że dla zdrowia.
Jak wyglądają kwestie finansowe? W końcu, jakby nie patrzeć, zarabia Pani za sprawą czyjejś tragedii.
One mają absolutnie drugorzędne znaczenie. Jestem na emeryturze, mam więc środki do życia. Gdybym musiała to robić za darmo, też bym się zgodziła. Poza tym, nie ma z tego wielkich pieniędzy, nie o to w tym chodzi. [[nowa_strona]] Boi się Pani śmierci?
Nie, w ogóle. I to jest może w pewnym sensie choroba. Może kiedy znajdę się na granicy życia i śmierci moje podejście będzie inne, ale na dzisiaj nie czuję przed nią lęku.
Mówi się, że jest Pani w swojej pracy bardzo dobra. Pani postawę cechuje nie tylko powaga, ale też spokój, elegancja. Byłoby nadużyciem zacytowanie tytułu filmu i powiedzenie, że ze śmiercią jest Pani do twarzy?
Coś w tym jest. Również wielokrotnie słyszałam, że jestem ciepła, serdeczna, że wprowadzam podczas różańców i pogrzebów pewien charakterystyczny spokój.
Z jednej strony powaga i smutek, gdzie indziej wesołość, aktywne życie społeczne. Które oblicze jest Pani bardziej naturalne, a które „wyreżyserowane” pod potrzebę sytuacji – poczucie humoru na co dzień czy skupienie, powaga modlitwa nad zmarłymi?
Zawsze jestem sobą, jedynie dostosowuję się do sytuacji. Uwielbiam to, co robię. Mam świadomość, że poruszam się w skrajnościach. Zmarli są jednak najważniejsi, reszta jest odskocznią. [[reklama]] Widzi Pani swojego następcę?
Oczywiście, moja córka też się tym zajmuje. Wygląda na to, że będzie to robiła, tak przynajmniej deklaruje. Chce to robić i uważam, że się nadaje. W tej chwili ma nogę w gipsie, a nawet kontuzjowana idzie na różaniec. Wbrew pozorom ma spore doświadczenie, bo pomaga mi właściwie od początku, od czasu, gdy była jeszcze 19-latką. Przejęcie przez nią tej roli to naturalna kolej rzeczy. Obecnie to córka najczęściej zastępuje mnie, kiedy z jakiegoś powodu nie mogę być na różańcu. Dodam, że przez 20 lat tylko raz poważniej zachorowałam, co jest dowodem na to, jak to zajęcie wpłynęło na moje życie i jak zmarli czuwają. Choć przyznaję, że teraz zaczynają się pojawiać problemy reumatyczne. Ale to w tej pracy normalne, w końcu te wszystkie zdrowaśki i litanie odmawiane na mrozie muszą kiedyś odbić się na zdrowiu. Wszystkie panie, które to robiły przede mną, mają lub miały takie problemy i przestrzegały mnie przed nimi.
Ludzie nie lubią widoku kaplicy przedpogrzebowej, często ciarki ich przechodzą na widok tego miejsca. Czym dla Pani jest to miejsce?
To mój drugi dom.
Do kiedy chce Pani towarzyszyć zmarłym w ich drodze na tamten świat?
Jak najdłużej. Mam nadzieję, że pan Bóg pozwoli mi na to do samej śmierci.
Gdy ten dzień nadejdzie, córka będzie tą osobą, która odprowadzi Irenę Skałecką na miejsce wiecznego spoczynku?
Oczywiście. Nie ma innej możliwości. Ona zresztą nikomu innemu by na to nie pozwoliła.
Rozmawiał Piotr Steffen
Obserwuj nas na Google News
Chcesz być na bieżąco z wieściami z naszego portalu? Obserwuj nas na Google News!
Komentarze